Piątek,...
Upalny, lipcowy dzień. Fabryka Mercedesa w Rastatt, niewielkim niemieckim mieście tuż przy granicy z Francją. Do montującego siedzenia Tomka podchodzi brygadzista, nazywany tu „kapo”. – Szybciej, szybciej, polska świnio! – krzyczy po niemiecku. Tomek nie wierzy własnym uszom. Zaciskając zęby, pracuje jednak dalej. Przecież przyjechał tu trochę zarobić.
Piątek, około godziny siedemnastej trzydzieści. Na parkingu przy dworcu głównym PKP w Opolu stoją dwa autokary „Piniora”. Jeden przyjechał z Gliwic, drugi z Raciborza. Wokół nich kilkadziesiąt osób ze sporym bagażem. Ludzie w różnym wieku. Wyjeżdżają do pracy w Niemczech. Prawie każdy ma więcej niż jedną torbę, choć za nadbagaż trzeba zapłacić dwadzieścia złotych. Przeważnie w jednej z nich znajdują się zapasy jedzenia na kilka tygodni. Po godzinie osiemnastej autokary ruszają w stronę przejścia granicznego w Zgorzelcu.
To takie proste
W śląskiej prasie, pośród wielu ogłoszeń dotyczących pracy za granicą, systematycznie pojawia się anons firmy o skrótowej nazwie „BCD” sp. z o. o., poszukującej kobiet i mężczyzn do „prac fizycznych w branży recykling”. Firma ta określa siebie jako wiodącego partnera w pośrednictwie pracy do Niemiec. Nie wymaga znajomości języka niemieckiego. Wystarczy zadzwonić lub zgłosić się do jednego z biur firmy, znajdujących się w Gliwicach, Raciborzu i Oleśnie.
Wasal mego wasala
– Firma „BCD” sp. z o. o. to jednak dopiero pierwsze ogniwo łańcucha – mówi Tomasz, student Akademii Muzycznej w Katowicach i organista w jednym z raciborskich kościołów. – Kolejnym, już za granicą, jest firma „Westglob”. To ona decyduje, do jakiego miasta pojedzie konkretna osoba. Siedziba firmy mieści się w Neustadt, ale autobusy z polskimi pracownikami zatrzymują się w Zweibrücken. Tam podpisywane są umowy o pracę – opowiada. – Choć przy zgłaszaniu w biurze w Polsce zapewniali mnie, że umowa napisana będzie po polsku, na miejscu okazało się, że kilka zadrukowanych drobnym drukiem stron to tekst niemiecki – dodaje. – Po podpisaniu umowy zabrano wszystkim osobom dowody osobiste, paszporty lub dokumenty stwierdzające obywatelstwo, a następnie busami rozwożono nas do wyznaczonych miast. Kiedy dotarłem do Rastatt, miejsca zakwaterowania, przechodziłem już pod skrzydła kierownika hotelu, który decydował, w jakim zakładzie będę pracował – relacjonuje Tomek. Dokumenty wracały do właścicieli po kilku dniach lub dopiero przed samym odjazdem. Każda z tych trzech „instancji” pobierała stosowną prowizję w wysokości przeważnie około 20 proc. wynagrodzenia, jakie otrzymywał zatrudniony w danym zakładzie pracownik. Za godzinę pracy zostawało mu na rękę od 4,6 do 5,1 euro.
Skoszarowani
Hotel dla pracowników z Polski mieści się na peryferiach miasta, przy Bergstrasse. Dwupiętrowy budynek z obszernym, wysokim poddaszem. Kiedyś były tam koszary żołnierzy francuskich. Na parterze jadalnia, toalety, kilka pokoi oraz biuro kierownika hotelu – Jurija, około trzydziestoletniego Rosjanina. Nie mieszka w hotelu. Przyjeżdża tam tylko załatwić formalności. Na drzwiach biura listy – kto i gdzie pracuje. Zmieniane są codziennie. Jest też dokładny spis mieszkańców hotelu, łącznie z datami urodzenia. O zgodę na ich umieszczenie nikt nikogo nie pytał. Wyżej kolejne pokoje. W nich piętrowe prycze, wąskie, metalowe szafki na ubrania, szkolne ławki zamiast stołu, kilka krzeseł.
Druga strona medalu
To, co mówią w biurze pośrednictwa pracy, to jedno, a prawdziwa rzeczywistość – drugie. – Kiedy zgłosiłem się do firmy „BCD” sp. z o.o., nie wiedziałem, że będę pracował przy produkcji części samochodowych. To miała być praca przy segregacji odpadów. Tak powiedziano mi w Polsce – opowiada Tomasz. Przez cztery tygodnie musiał jednak wykonywać o wiele cięższą pracę, o której nie miał zielonego pojęcia. Został tylko pospiesznie „przeszkolony” przez jednego ze współpracowników. – Ponieważ był to okres urlopowy, musiałem obsługiwać dwa stanowiska, na których normalnie pracuje dwóch wykwalifikowanych pracowników. Ich stawka godzinowa wynosi od dziesięciu do nawet siedemnastu euro. Co chwilę byłem też w bardzo ordynarny sposób poganiany – mówi. – Dopiero, gdy przełożony zorientował się, że rozumiem te wyzwiska, podszedł do mnie i przeprosił – dodaje Tomasz.
Jak dobrze spotkać rodaka
W fabryce Mercedesa w Rastatt oprócz Turków, Rosjan, Albańczyków, Serbów i Niemców, których wbrew pozorom nie jest tam zbyt wielu, pracują także Polacy na stałe mieszkający w Niemczech. Wielu z nich często nie przyznaje się, że potrafi mówić po polsku albo przybiera wobec przyjezdnych rodaków pozę przyjaciół... fałszywych przyjaciół, „meldujących” przełożonym o każdym ich niedociągnięciu.
Polska specjalność?
Rudolf ma czterdzieści siedem lat. Prowadzi duże gospodarstwo rolne w Wojnowicach pod Raciborzem. Do pracy za pośrednictwem tej firmy wyjechał po raz pierwszy. I – jak mówi – ostatni. Podobnie jak Tomasz, pracował w fabryce Mercedesa. – Nie taka była umowa! – emocjonuje się. – W ubiegłym roku byłem w Holandii, gdzie zgłosiłem się do pracy w ogrodnictwie i rzeczywiście pracowałem przy pielęgnacji ogrodu. Dostawałem 6,5 euro na godzinę. A tam, w Mercedesie, za takie pieniądze kazano mi sobie żyły wypruwać! – mówi zdenerwowany. Nie był zadowolony także z warunków, jakie panowały w hotelu. – Daleko mi do bycia abstynentem, ale przyjechałem tam pracować, a nie upijać się. Tymczasem w każdy weekend ponad dziewięćdziesiąt procent ludzi, którzy mieszkali w hotelu, piło prawie do nieprzytomności – opowiada Rudolf. – Bójki, a nawet pobicia, były na porządku dziennym – dodaje. Mieszkał w pokoju razem z 24-letnim Sebastianem. Ich pokój był blisko jadalni – hotelowego „centrum towarzysko-rozrywkowego”. – Ten chłopak, będąc kompletnie pijanym, potrafił nieraz o czwartej nad ranem włączyć muzykę na cały regulator. Zupełnie ignorował tych, którzy chcieli się wyspać. Kiedy zwracało mu się uwagę, reagował bardzo agresywnie – żali się Rudolf. Mówi, że takich osób było tam więcej. Dlatego w sobotnie popołudnia wychodził z hotelu. Spacerował po mieście. Wracał albo późno w nocy, albo w niedziele nad ranem. Przyjechał do Niemiec na sześć tygodni – wrócił po czterech.
Trudny wybór
Spośród około pięćdziesięciu osób, które mieszkają w hotelu w Rastatt, przy sortowaniu odpadów pracuje zazwyczaj siedem, czasem osiem. Był wśród nich Stefan, student krakowskiego AWF-u. – Najtrudniejsze były pierwsze dni, kiedy od ciągłego patrzenia na taśmę i nieprzyjemnego zapachu bez przerwy kręciło się w głowie. Do tego zawsze rano witały nas duże szczury, biegające po całym zakładzie – opisuje swoją pracę. Stefan sortował śmieci, stojąc przy przesuwającej się taśmie. – Musiałem bardzo uważać, bo często wśród odpadów znajdowały się zużyte, niezabezpieczone strzykawki. Taka chwila nieuwagi mogła sporo kosztować – mówi. – Jednak zbytnia ostrożność wpływała przeważnie na tempo pracy, a to od razu zauważał „kapo”, Albańczyk. Obserwował nas czasem stojąc obok, a czasem poprzez zamontowaną w rogu kamerę. Dla niego liczyła się tylko szybkość pracy. Zwalniał ludzi nawet po jednym dniu. Dlatego nieraz musiałem dokonywać trudnego wyboru między ostrożnością a wydajnością – opowiada, rozkładając ręce. Stefan planował pracować w Niemczech cztery tygodnie – zdecydował jednak, że do Polski wróci po trzech.
Szybko, szybko!
Mariusza zatrudniono do załadunku i rozładunku tirów w firmie kurierskiej „D.T. Paket”. Zaczynał o piątej rano. Przez trzy godziny musiał rozładować średnio cztery, pięć pełnych kontenerów. Paczki, które układał na taśmie, ważyły nieraz kilkadziesiąt kilogramów. Wszystkie musiały być położone w ten sposób, aby kod kreskowy znajdował się na górnej powierzchni, co ułatwiało jego skanowanie. – Rano można było jeszcze wytrzymać – mówi. – Przynajmniej nie było gorąco. Co innego po południu – dodaje. Drugą zmianę, tzw. spätschicht, zaczynał o szesnastej, kończył około dwudziestej drugiej, dwudziestej trzeciej. Wtedy z kolei paczki ładował z taśmy na ciężarówki. – Kontenery były tak nagrzane, że po kilku minutach przebywania wewnątrz byłem cały mokry, momentami ciężko było oddychać – mówi Mariusz. Tam także liczyło się tempo. – Wolno pracujesz, szybko wylatujesz – żartuje dwudziestolatek. Ale po dwóch tygodniach pracy w D.T.P. nie było mu wcale do śmiechu. Zawroty głowy, krwotoki z nosa, bóle w klatce piersiowej. Poprosił o dzień wolnego. Później pracował już tylko na porannej zmianie. Jadąc do Niemiec myślał, że będzie tam sześć tygodni. Nie dał rady. Wrócił po czterech.
W trosce o duszę
W Rastatt jest kilka kościołów, nie tylko katolickich. W okolicy nie brakuje też przydrożnych krzyży i kapliczek. Tuż za rynkiem, na wzgórzu, w małym kościółku św. Bernarda w każdą sobotę o godzinie osiemnastej piętnaście odprawiana jest Msza św. w języku polskim. Ludzi na niej nie brakuje. Można również skorzystać ze spowiedzi. Polski ksiądz dojeżdża z oddalonego o około pięćdziesiąt kilometrów Karlsruhe. Eucharystię po polsku odprawia jeszcze w pobliskim Baden-Baden. W Rastatt mieszka wielu polskich emigrantów, głównie ze Śląska. Ale na tej Mszy sporo jest także Niemców. Zdecydowanie więcej niż sezonowych pracowników z Polski. Spośród pięćdziesięciu mieszkańców hotelu przy Badenerstrasse na polskie nabożeństwo przychodzi czterech, pięciu. – W sobotnie wieczory nikt tam nie myśli, żeby pójść do kościoła – mówi Tomek. – A w niedziele? Wtedy pójść nikt nie jest w stanie.
Imiona osób i nazwy firm zostały zmienione
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Zyskaj codzienny dostęp do wartościowych treści, które pomagają lepiej rozumieć świat, wiarę i współczesne wydarzenia — gdziekolwiek jesteś i kiedy tylko chcesz.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Wypróbuj bez ryzyka
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu i sprawdź wszystkie możliwości serwisu.
Po okresie próbnym subskrypcja kosztuje tylko 19,90 zł miesięcznie.
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.
Subskrypcja roczna

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Najlepsza cena
Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.
- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.













