Logo Przewdonik Katolicki

Cóż bym znaczył bez ludzi

Mateusz Wyrwich
Fot.

Do parafii pod wezwaniem św. Michała Archanioła w Leśnej ksiądz Piotr Sadkiewicz przyszedł przed dziewięciu laty, jako wikary. I choć nie był proboszczem, zaczął wprowadzać zmiany. To nie podobało się parafianom. Po dziewięciu latach posługi, w tym dwóch jako administratora, został proboszczem roku. Dziś większość ludzi z trzech wsi należących do parafii nie może nachwalić...

Do parafii pod wezwaniem św. Michała Archanioła w Leśnej ksiądz Piotr Sadkiewicz przyszedł przed dziewięciu laty, jako wikary. I choć nie był proboszczem, zaczął wprowadzać zmiany. To nie podobało się parafianom. Po dziewięciu latach posługi, w tym dwóch jako administratora, został proboszczem roku.

Dziś większość ludzi z trzech wsi należących do parafii nie może nachwalić się swojego kapłana. Ale jeszcze niespełna dziesięć lat temu na biurko ówczesnego proboszcza w ciągu miesiąca trafiało ponad sto anonimów krytykujących nowego wikarego. Zwłaszcza gdy z ambony wypominał ludziom pijaństwo i zaniedbywanie rodziny. Kiedy zaś rozpoczął profesjonalną pielęgnację drzew na plebanii, anonimowy „donos” trafił na policję. Ani ksiądz, ani miejscowi nie chcą jednak już do tego wracać. Było, minęło – mówią, prześcigając się w opisywaniu zalet proboszcza.

Trzy wioski koło Żywca
Parafia pw. Świętego Michała Archanioła to trzy wioski, z kościołem w Leśnej, położonej cztery kilometry od Żywca. W zadbanej parafii mieszka ponad trzy tysiące osób; w tym w samej Leśnej ponad dwa. Ludzie na ogół utrzymują się z pracy w większych miejscowościach: Bielsku Białej i Żywcu. Jeszcze kilka lat temu z tych górskich terenów pochodzili górale – górnicy, zatrudniani m.in. w kopalniach „Ziemowit” i „Czeczot”. Dziś wielu tutejszych wyjeżdża do pracy za granicą, głównie do USA i Irlandii. Do niedawna głosowano tu na lewicę, podczas prezydenckich wyborów dużą przewagą zwyciężał Kwaśniewski. Ale podczas zeszłorocznych wyborów do parlamentu poparto PiS i Kaczyńskiego jako kandydata na prezydenta.
Kiedy w drugiej połowie lat 90. ksiądz Piotr przyszedł posługiwać w swojej nowej parafii, plebanię porastało zielsko. Z czasem jednak młodemu wikaremu udało się uporządkować teren, a nawet dokupić ziemię pod ogród. Powoli też, z pomocą parafian, wyremontował podziemie świątyni, wstawił tam stół do ping-ponga, urządził siłownię. Założył też klub siatkarski i, niepostrzeżenie, trzyosobowy zespół ministrantów powiększył do kilkudziesięcioosobowej gromady. Tylu też przybyło lektorów. Dla jednych i drugich kapłan kupił nowe alby.

Ksiądz zjednał parafian
– Miał odwagę mówić o naszych wadach z ambony. Pokazywał nam, jak robić znak krzyża. Bo wielu z nas żegnało się tak, jakby odganiało muchę sprzed nosa – wspomina Jan Góra. – Mówił też o pijaństwie w wiosce, o zaniedbaniu młodzieży, która się wałęsała po drogach. Potrafił powiedzieć, by nie śmiecono czy nie wylewano gnojownicy na pole, bo to zatruwa wodę. Jednym to się podobało, innym nie.
– Ale ksiądz Piotr najpierw postawił na młodzież – podkreśla Marek Chrobak. – I zaraz pojawiło się mnóstwo ministrantów przy ołtarzu, ubranych w nowe alby, inne na każdy czas liturgiczny. Wprowadził też Msze Święte dla dzieci, a po ich zakończeniu rozdawał cukierki. Podczas mikołajek dzieci przebierały się w bajkowe stroje. W pięknej scenerii, bo przy zgaszonych światłach, z pochodniami i sztucznymi ogniami, wjeżdżał Mikołaj. W kościele dzieci dostawały paczki.
– Przez to działanie nawracał ludzi – zapewnia Jan Kuźlik. – Dziesięć lat temu bywało, że na porannej Mszy było kilka lub kilkanaście osób. W tej chwili jest około stu, a pełen kościół na niedzielnych Eucharystiach.
– Dopuścił świeckich do ołtarza – podkreśla Wiesław Wolny. – Zaczęliśmy czytać lekcje i modlitwy. Tego dotychczas nigdy nie było. Na kolędzie rozmawiał z ludźmi o ich problemach, a nie: wszedł, wziął kopertę i wyszedł.
– W Wigilię Bożego Narodzenia ksiądz wprowadził modlitwy za zmarłych z naszych rodzin, połączone z zapalaniem zniczy od światła betlejemskiego za każdą z dusz. Później jedni nieśli lampiony na cmentarz, a jeśli mieli groby na odległych cmentarzach, to szli ze światłem do domu i tam się modlili – opowiada Anna Matlak.
Ludzie w parafii z trudem dziś sobie przypominają, dokładnie które działanie zjednało księdzu wiernych. Czy wówczas, kiedy zakasał rękawy i zaczął porządkować plebanię i kościół? A może, gdy rozpoczął akcję zbierania krwi dla ratowania innych? Czy też raczej w trakcie organizowania Banku Szpiku Kostnego? Może podczas namawiania do składania deklaracji o oddawaniu narządów po śmierci? Albo gdy zainicjował zbiórkę na ubogich w czasie Wielkanocy? Bądź też wtedy, kiedy stał się współorganizatorem wyścigu osób na wózkach inwalidzkich? Czy podczas pomocy pogorzelcom lub powodzianom? Albo w trakcie zbiórki okularów dla Rwandy i Ghany? A może kiedy zaczął zbierać zabytki kultury materialnej – dewocjonalia i przedmioty gospodarstwa domowego, urządzenia rolnicze? Parafianie jedno wiedzą na pewno: powoli, ale konsekwentnie ze zła rodziło się dobro.

Gdy mocno w duszy zadrgało
Ksiądz Piotr Sadkiewicz pochodzi z wielodzietnej rodziny. Urodził się w połowie lat sześćdziesiątych. Święcenia kapłańskie przyjął u progu III Rzeczpospolitej, w 1989 roku.
Rodzice księdza Piotra prowadzili gospodarstwo sadownicze w Krakowie – Bieżanowie. Wszyscy w domu pracowali. – Po szkole rzucało się tornister w kąt i szło nie do zabawy, ale do pracy – opowiada kapłan. – Później mama skrupulatnie pilnowała, byśmy odrabiali lekcje.
Piotr urodził się jako najmłodszy spośród sześciorga rodzeństwa. Mama wymarzyła sobie, że najstarszy zostanie księdzem, ale został nim najmłodszy. Jako licealista zajmował się roślinami. Był wolontariuszem ogrodu botanicznego w Krakowie. Fascynowały go kaktusy. Miał ich ponad 180 gatunków. I naturalną koleją rzeczy miał zdawać na krakowską Akademię Rolniczą. Nawet złożył tam świadectwo maturalne. Nic nie wskazywało, że zostanie księdzem, bo był, co podkreśla, „niedzielnym” katolikiem. Ale pojechał, jak każdy maturzysta w jego szkole, na rekolekcje do Częstochowy. I „coś mu w duszy drgnęło”. Rozmawiał o tym ze swoim katechetą. Ten powiedział: Masz jeszcze czas, czekaj! Czekał niewiele – kilka miesięcy. Tym razem mocno w duszy zadrgało. Wybrał seminarium zamiast akademii.
W seminarium kleryk Piotr Sadkiewicz uczył się od wszystkich. Od wykładowców i od kolegów. Największym autorytetem był dla niego jednak kardynał Franciszek Macharski. – Nieprawdopodobnie dla mnie życzliwy i otwarty. Kiedy trzeba, surowy. Innym razem łagodny. Był mi jak drugi ojciec. Bo mój zmarł, kiedy miałem czternaście lat – wspomina ksiądz Piotr.
Po święceniach najpierw był wikarym w Wilkowicach, później posługiwał w parafii pod wezwaniem Świętego Maksymiliana Kolbego w Oświęcimiu, pod opieką proboszcza Stanisława Górnego. Tamten czas ksiądz Sadkiewicz uważa za jeden z ważniejszych i piękniejszych w swojej dotychczasowej posłudze. – Nauczyłem się wtedy pracy w grupach formacyjnych. Poznałem różnorodne formy angażowania się świeckich w pracę Kościoła. Oświęcim był dla mnie szkołą życia kapłańskiego i duszpasterskiego.

Zasługa świętych i wiernych
Proboszcz stale podkreśla, że to, co się dzieje w jego parafii, to nie tylko jego zasługa, ale i parafian. Jednak na plan pierwszy wysuwa świętych, których relikwii ma w kościele ponad pięćdziesiąt. Spośród nich wyróżnia świętych: Faustynę i Ojca Pio. To właśnie święta Faustyna, zapewnia ksiądz, zainspirowała go do zorganizowania w parafii akcji oddawania krwi. Od czasu sprowadzenia jej relikwii w marcu 2003 roku zaczął też rozwijać się kult Miłosierdzia Bożego. – Właśnie wtedy przeczytałem w jednej z gazet lokalnych, że gdzieś strażacy zainicjowali zbieranie krwi – opowiada ksiądz Sadkiewicz. – Pomyślałem wówczas, że Chrystus oddał za nas krew. Czemu by nie oddać za Niego? Przemodliłem to, porozmawiałem z ludźmi i ogłosiłem na ambonie. Zadzwoniłem do stacji krwiodawstwa. Zgłosiłem pięćdziesięciu chętnych. Mój zapał zgasił kierownik punktu, który powiedział, że jeśli będzie dwadzieścia osób, to już sukces. Nadszedł ten dzień. Była Niedziela Palmowa. Przyszła nawałnica z wichurą. Zabrakło prądu. Myślę: koniec akcji. Ale pomogła Faustyna i elektrycy szybko usunęli awarię. Krew tego dnia oddały 82 osoby. Był to wielki sukces. Nasi parafianie doskonale zrozumieli ideę „przelewania krwi”, a także i to, że nie ma doskonalszej formy czynienia miłosierdzia, jak oddanie własnej krwi.
Do dziś wierni oddali ponad tysiąc litrów krwi i przodują w regionie. Kolejnym wyzwaniem stało się oddawanie szpiku kostnego. Tu proboszcz miał własne doświadczenia. Oddawał szpik w 1989 roku, by ratować siostrę, kiedy jeszcze w Polsce przeszczepy nie były możliwe. W 2001 roku spotkał się z przedstawicielami warszawskiej Fundacji Przeciwko Leukemii. Od tego czasu nawiązali współpracę. Jednak musiały upłynąć dwa lata, zanim ksiądz zdecydował się zaproponować parafianom oddawanie szpiku kostnego. Ściślej: poddanie się badaniom, które pozwalały zarejestrować ich w Banku Szpiku Kostnego jako potencjalnych dawców. Zaczął więc mówić o tym, jak pozytywny stosunek do tego ma Kościół i Jan Paweł II. Postanowił też dać własne świadectwo. Po raz pierwszy ujawnił, że sam był dawcą szpiku i że jego siostra żyje. – Akurat dostaliśmy relikwie Ojca Pio – opowiada proboszcz. – Powiedziałem, że warto by podjąć taką decyzję, bo przecież wiemy, jak bardzo Ojciec troszczył się zawsze o chorych. I w dniu kanonizacji Ojca Pio, w czerwcu 2002 roku, na listę dawców wpisały się 72 osoby. Zapisy powtarzaliśmy kilkakrotnie. W zeszłym roku 91 młodych ludzi pielgrzymujących na Lednicę wpisało się na listę dawców. Dziś już tylko z naszej parafii jest ich 218. I sądzę, że pewną formą uznania dla parafian będzie II Ogólnopolski Zjazd Dawców Szpiku Kostnego w 2006. w Leśnej.
W tym roku minie dziesięć lat posługi kapłańskiej księdza Piotra Sadkiewicza w parafii w Leśnej. Kiedy spogląda na ten czas i swój w nim udział, mówi: – Cóż ja bym znaczył bez ludzi, którzy mi tu podali rękę?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki