Szeryf na korytarzu

Od 1 września w szkołach podstawowych i przedszkolach obowiązuje ustawowy zakaz korzystania ze smartfonów. Po kilku tygodniach zapytałam znajomych nauczycieli: co to u was zmienia i jak przebiega wdrożenie? Wygląda na to, że nie jest najgorzej, jednak cały czas zmagamy się z tą zmianą.
psycholog
Czyta się kilka minut
Fot. Seventy four/Adobe Stock
Fot. Seventy four/Adobe Stock

Nowa ustawa zakazuje uczniom szkół podstawowych korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń pozwalających się komunikować lub nagrywać, w tym ze smartwatchów. Zakaz obowiązuje przez cały pobyt na terenie szkoły, także na przerwach oraz podczas zajęć organizowanych poza nią. Nie obejmuje wycieczek szkolnych, dla których zasady ustala sama szkoła. Dotyczy również placówek niepublicznych, a w przedszkolach jest jeszcze surowszy, bo zabrania nawet przynoszenia urządzeń.

Wyjątki są nieliczne i ściśle określone. Nauczyciel może pozwolić na użycie telefonu, jeśli jest on niezbędny na zajęciach do celów edukacyjnych, a także wtedy, gdy uczeń musi pilnie skontaktować się z rodzicami. Dyrektor, na wniosek ucznia lub rodzica, może wyrazić zgodę ze względów zdrowotnych (np. gdy chore dziecko korzysta z aplikacji monitorującej poziom cukru we krwi). Zakaz przestaje obowiązywać także w razie bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia. Całą resztę, czyli miejsce przechowywania telefonów i konsekwencje złamania zasady, szkoły dopisują same do statutów. Stąd rozmaitość rozwiązań widoczna w listach: jedni zamykają skonfiskowane smartfony w sejfie w sekretariacie, inni poprzestają na naganie.

Sondaż a prawdziwi rodzice

Poparcie społeczne jest ogromne. W kwietniowym badaniu CBOS dla PAP za zakazem opowiedziało się 85 proc. dorosłych Polaków, przeciw było zaledwie 11 proc. Wśród osób w wieku 35–44 lata, a więc rodziców uczniów szkół podstawowych, poparcie sięgało 93 proc. Przy takiej jednomyślności można by się spodziewać, że wdrożenie pójdzie jak po maśle. Jak to wygląda w praktyce?

– Zakaz korzystania ze smartfonów w czasie lekcji i przerw (mają być wyciszone i schowane) jest wpisany w statut szkoły – mówi mi Danuta, ucząca w szkole podstawowej w dużym mieście. – Dziecko przyłapane na łamaniu statutu deponuje smartfon w sejfie w sekretariacie, skąd odbierają go rodzice. 95 proc. dzieci przyjmuje to bez problemu, reszta ewidentnie ma oznaki uzależnienia i ryzykuje wszystko, by korzystać. To nieliczna grupa, która chowa się po ubikacjach, by tylko wejść online. Problem jest z ich rodzicami: albo trudno ich złapać (to z reguły domy, w których rodziny przeżywają duże problemy), albo zaprzeczają uzależnieniu swojego dziecka. Nadal toczymy boje – relacjonuje nauczycielka.

Proporcja, o której wspomina Danuta, powraca w innych wypowiedziach. Zdecydowana większość dzieci przyjmuje nowe zasady spokojnie, a kłopoty sprawia niewielka grupa. Warto się zastanowić, kim są ci uczniowie. Danuta sama podpowiada, że pochodzą zwykle z domów, w których rodzina przeżywa poważne trudności. Smartfon, dla którego gotowi są zaryzykować wszystko, bywa dla nich ucieczką od czegoś, z czym nie potrafią sobie poradzić. Konfiskata urządzenia nie rozwiązuje problemu, jeśli brakuje rodzica gotowego przyjąć do wiadomości, że dziecko potrzebuje pomocy.

Zakaz udawany

Marzena uczy w dużej szkole podstawowej, w której zakazu dotąd nie było. Placówki mają czas do grudnia 2026 roku na uregulowanie tego w dokumentach, a jej szkoła na razie tego nie zrobiła. Został tylko wystosowany komunikat do rodziców i uczniów. – Mam wrażenie, że dzieci się bardziej przejęły tym zakazem niż dorośli i na razie podczas przerw nie widać, by chodziły ze smartfonami na wierzchu. Podczas lekcji wychowawczej moja klasa (szósta) powiedziała, że uważają zakaz za sensowny, i proszą, by naprawdę zacząć ścigać łobuzów z ósmej, nagrywających na dużej przerwie prześmiewcze TikToki – opowiada nauczycielka z dużego miasta.

Szóstoklasiści sami proszą dorosłych o egzekwowanie reguły, bo dobrze wiedzą, że każdy z nich może się znaleźć w prześmiewczym filmiku nagranym na dużej przerwie. Wiedzą też z doświadczenia, że zasada, której nikt nie pilnuje, jest gorsza niż brak zasad. Wyczuli to, co od kilku lat pokazują badania. Raport Fundacji Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii z grudnia 2025 roku, w którym przejrzeliśmy ponad sto źródeł, układa się w dość jednoznaczny obraz.

W Norwegii egzekwowany zakaz obniżył objawy psychologiczne u dziewcząt o 29 proc., a przypadki nękania i cyberprzemocy o 43 proc. Holenderskie badanie rządowe pokazało, że po roku obowiązywania zakazu 75 proc. szkół średnich zgłasza lepszą koncentrację uczniów, a 59 proc. lepszy klimat społeczny. Głośna angielska analiza Belanda i Murphy'ego wykazała wzrost wyników testów, przy czym u uczniów najsłabszych był on ponad dwukrotnie większy niż średnio (do tego wątku wrócę przy okazji wyników PISA).

Jest też kontrprzykład. Badanie Uniwersytetu w Birmingham z ubiegłego roku nie znalazło żadnej różnicy między szkołami z restrykcjami a tymi, które ich nie wprowadziły. Powód okazał się prozaiczny: w szkołach „z zakazem” istniał on głównie na papierze, a uczniowie odrabiali stracony czas ekranowy po lekcjach. Wychodzi więc na to samo, co piszą moi znajomi nauczyciele. Prawdziwa granica przebiega między zakazem egzekwowanym a udawanym, a uczniowie bardzo szybko wyczuwają, z którym z nich mają do czynienia.

Szeryf z konieczności

Egzekwowanie ma jednak swoją cenę i najpierw płaci ją nauczyciel. Przez pierwsze dwa, trzy miesiące zamienia się w szeryfa: krąży po korytarzu, powtarza: „proszę schować smartfon”, zagląda w ukryte kąty boiska szkolnego, gdzie zbierają się grupki wpatrzone w ekran. Proszę spojrzeć na kontekst. Robi to człowiek przebodźcowany i zapracowany, który zmiany organizacyjne poznał na tydzień przed początkiem roku, a teraz ma dopilnować kilkuset uczniów. Jeśli w którymś momencie machnie ręką, trudno mieć do niego pretensje. Tym bardziej potrzebuje dyrektora, który stanie za nim, i grona pedagogicznego, które umówi się na wspólne zasady. Nauczyciel egzekwujący zakaz w pojedynkę szybko zyskuje opinię czepialskiego, zwłaszcza gdy koledzy obok udają, że niczego nie widzą.

– W praktyce wygląda to tak: smartfony do plecaka, jednak smartfon może być używany za pozwoleniem (każdorazowo) – opisuje Marcin, wychowawca czwartej klasy w średnim mieście. – Generalnie zakaz działa wobec uczniów mających zwyczaj podporządkowywać się regulaminom lub chociaż reagować na upomnienia, jak zawsze. Niepokorni, kolorowe ptaki i uzależnieni i tak się zaszywają w ubikacjach i w rogu boiska szkolnego ze smartfonami. Wzmocnienie zakazu ogólnokrajowym aktem prawnym generalnie poprawiło jego egzekwowanie. Jesteśmy po pierwszej fali histerii niektórych rodziców, którzy uważają, że jak ich dzieci nie będą non stop pod smartfonem, to umrą. Podczas pierwszej wywiadówki było ostro do momentu rozmów o diecie planetarnej, gdy zgodnie stwierdzili, że ten jadłospis to większy problem.

Szkolny regulamin łatwo zbyć jako wymysł dyrekcji, z przepisem obowiązującym w całym kraju dyskutuje się trudniej. Nie bez przyczyny mówimy o wychowawczej roli prawa. Sama świadomość, że coś jest prawnie zakazane powoduje, że stajemy się w mniej skłonni do sprzeciwiania się. Jednak zawsze znajdą się osoby niepokorne czy zwyczajnie problemowe. Z tą mniejszością trzeba pracować inaczej, a do tego potrzebni są rodzice.

Granica dla siedmiolatka

Rodzice również płacą swoją część ceny. Zakaz wymaga od nich zastanowienia się, czy dziecko w ogóle musi zabierać smartfon do szkoły, a potem wytrzymania jego niezadowolenia. Zdarza się, że szkoła ustawia koszyczek na smartfony, a rodzic kupuje dziecku drugie urządzenie, żeby mogło oszukać system. Rozumiem lęk, który za tym stoi, na przykład przed brakiem kontaktu w razie potrzeby, albo że dziecko wpadnie w histerię, jeśli rodzice mu odbiorą ulubioną zabawkę.

Tyle że rodzic, który boi się postawić granicę siedmiolatkowi, będzie musiał postawić ją dwunastolatkowi, a potem piętnastolatkowi. Każda z tych rozmów jest trudniejsza od poprzedniej. U piętnastolatka na odgórne zakazy jest już właściwie za późno i inicjatywa musi wyjść od samego młodego człowieka. Ustawa daje rodzicom młodszych dzieci coś cennego: mogą powiedzieć „takie jest prawo” i nie muszą tłumaczyć, że są najsurowszymi rodzicami w klasie. Bo prawo obowiązuje wszystkich.

Druga strona zielonej wyspy

O tym, jaka jest stawka, przypominają wyniki PISA 2025, które Instytut Badań Edukacyjnych przedstawił na początku września. W największym międzynarodowym badaniu umiejętności piętnastolatków wzięło udział ponad 760 tys. uczniów z 91 krajów i regionów świata. Komunikaty prasowe brzmiały triumfalnie i trudno się dziwić. Wśród krajów Unii w wynikach w matematyce wyprzedziła nas jedynie Estonia, w czytaniu Estonia i Irlandia. Minister edukacji mówiła o „zielonej wyspie”.

Zanim odetchniemy z ulgą, warto obejrzeć te liczby z drugiej strony. Polskie wyniki są dziś praktycznie takie same jak trzy lata temu i wciąż wyraźnie niższe niż w 2018 roku, czyli w ostatnim pomiarze przed dwuletnim zamknięciem dzieci w domach na tzw. nauce zdalnej. Dyrektor IBE prof. Maciej Jakubowski przyznał otwarcie, że do poziomu sprzed siedmiu lat wciąż mamy daleką drogę.

Jest też liczba, która nie trafiła na pierwsze strony tryumfalnych omówień. Odsetek uczniów o najniższych umiejętnościach wynosi u nas 26 proc. w matematyce i 24 proc. w czytaniu i jest wyższy niż w 2018 roku. Mniej więcej co czwarty polski piętnastolatek nie umie czytać ze zrozumieniem. Nasza dobra pozycja w rankingu bierze się w dużej mierze stąd, że reszta Europy osuwa się jeszcze szybciej: średnie wyniki krajów OECD w matematyce i czytaniu są najniższe w historii badania.

Najbardziej zaniepokoiło mnie jednak inne zestawienie. Pod względem wytrwałości w wykonywaniu trudnych, monotonnych zadań polscy uczniowie znaleźli się na samym końcu rankingu. Trudno nie powiązać tego z nawykiem, który utrwala smartfon, gdzie szybka i łatwa interakcja wypiera mozolne zgłębianie skomplikowanego problemu. Przypomnę angielskie badanie, w którym zakaz telefonów najbardziej pomógł najsłabszym uczniom. Skoro co czwarty piętnastolatek ma kłopot ze zrozumieniem tekstu, to właśnie ta grupa najwięcej zyska na szkole, w której nic nie rozprasza jej co kilka minut.

Od ekranu do segregatora

Najciekawsze dzieje się jednak poza Polską. Kraje skandynawskie, przez dwie dekady stawiane za wzór cyfrowej szkoły, zaliczyły w PISA 2025 spadki, przy których nasza stagnacja wygląda jak dobra wiadomość. W Norwegii wyniki czytania obniżyły się od 2022 roku o 24 punkty, a matematyki o 17. W Szwecji odpowiednio o 21 i 18. Duńskie media mówiły o katastrofie, norweska minister edukacji przyznała, że obraz szkoły jest ponury. To państwa, których dobrobyt opiera się na technologii, i które jako pierwsze wprowadziły ekrany do szkół szeroko i z przekonaniem. Zaczęły się z tego wycofywać jeszcze przed ogłoszeniem najnowszych wyników, na podstawie szeroko zakrojonych badań własnych.

Najdalej w tym poszła Szwecja. Przez lata Szwedzi z entuzjazmem wprowadzali tablety do przedszkoli i rezygnowali z podręczników na rzecz platform cyfrowych. Dziś rząd i instytucje zdrowia publicznego mówią otwarcie, że był to błąd, za który zapłaciły dzieci. Od września tego roku w szwedzkiej szkole podstawowej, obejmującej uczniów w wieku 7–16 lat, obowiązuje ustawowy zakaz używania smartfonów. Telefony trafiają przed pierwszą lekcją do zamykanych szafek. Rząd tłumaczy tę decyzję spadkiem wyników PISA i osłabieniem podstawowych umiejętności, zwłaszcza pisania odręcznego i czytania ze zrozumieniem. Równolegle państwo przeznaczyło setki milionów koron na powrót papierowych podręczników. Szwedzi mówią o drodze „od ekranu do segregatora”.

Zawracamy Wisłę kijem?

Często słyszymy, że postępu nie da się zatrzymać. Ekrany w rękach dwulatków mają być znakiem czasów, a smartfony w szkolnych ławkach nieuniknioną ewolucją edukacji. Jesteśmy zmęczeni ciągłymi negocjacjami o „jeszcze pięć minut przed konsolą” i zniechęceni opowieścią gigantów technologicznych, według której bez ich urządzeń nasze dzieci zostaną w tyle za resztą świata. Szwecja, przez dekadę światowy lider cyfryzacji, pokazuje, że można zawrócić kijem Wisłę, jeśli tylko dorośli odzyskają wiarę we własną sprawczość.

Najważniejsza lekcja z północy dotyczy właśnie dorosłych. Helena Frielingsdorf ze szwedzkiej Agencji Zdrowia Publicznego mówi rodzicom wprost: „Jako rodzice jesteście wzorami do naśladowania”. Trudno wymagać od dziecka, żeby odłożyło telefon, jeśli sami sięgamy po swój w każdej wolnej chwili. Szwedzkie zalecenia zachęcają do czegoś, o czym trochę zapomnieliśmy, czyli do bycia obecnym przewodnikiem. Rodzice powinni rozmawiać z dziećmi o tym, co oglądają w sieci i jakie emocje to w nich budzi. O tym, jak wygląda dzieciństwo, powinni decydować dorośli, którzy te dzieci kochają. Potentaci Big Tech i Edu Tech (to te same firmy!) z Doliny Krzemowej mają inne priorytety.

Ustawa dała polskim szkołom podstawę prawną, ale sama niczego nie dopilnuje. Zrobią to nauczyciele, jeśli dyrektorzy staną za nimi i rodzice, jeśli nie ulękną się pierwszej awantury. Danuta pisze, że w jej szkole wciąż toczą boje. Oby nie musiała ich toczyć sama.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 40/2026