Trzynastolatek mówiący nagabującej go o matematykę mamie: „Nie lubię się uczyć" potrafi tego samego wieczoru opanować mechanikę gry o złożoności instrukcji obsługi śmigłowca, wymienić skład ligowej drużyny sprzed dwóch sezonów i nauczyć się z filmu na YouTube montażu wideo.
Uczy się zatem intensywnie. Jest więc oczywiste, że nie chodzi o naukę jako taką tylko coś innego. Ale o co? Jeżeli nie zidentyfikujemy przyczyny, będziemy skazani na porażkę. Zwykle próbujemy przekonywać: „To ci się przyda w życiu" lub grozić: „Jak tego nie zrobisz, to będą konsekwencje", próbujemy kontrolować, wpadając do pokoju dziecka z pytaniem, czy matematyka już zrobiona – a kończy się to zwykle cichą rezygnacją.
Zanim zapytasz dziecko, przeanalizuj
Na początku sprawdźmy rzeczy najprostsze. Ile dziecko realnie sypia? Bo może utrata motywacji do nauki jest wynikiem niewyspania i chronicznego przemęczenia? Zastanówmy się też, od kiedy trwa niechęć i czy dotyczy wszystkich przedmiotów szkolnych, czy jednego, a jeśli jednego, to czy widzimy, od czego się ten problem zaczął?
Być może obserwujesz, że dziecko tak naprawdę niczym się nie interesuje. Nie chce uczyć się niczego. Nawet imion ulubionych aktorów. Dlatego zawsze warto przeanalizować, co obserwujemy. Czy nasze dziecko miało kiedyś zainteresowania? Kolekcjonowało coś, rysowało, majsterkowało, znikało z kolegami, by grać w piłkę na podwórku, a dziś jedyną czynnością, która je pochłania, jest siedzenie przed ekranem?
Pytanie o zmianę w czasie jest ważniejsze niż samo stwierdzenie: „Ono nie chce się uczyć" czy nawet: „Ono niczym się nie interesuje". Jeżeli dziecko w przeszłości miało zainteresowania, które wygasły – być może mamy do czynienia z uzależnieniem od gier, rolek, czy samego smartfonu. Ale może za tym stać też apatia, będąca sygnałem problemów psychicznych wymagających konsultacji psychologicznej.
Jeżeli jednak istnieje choć jedna rzecz w świecie rzeczywistym, którą nasze dziecko się pasjonuje, mamy punkt zaczepienia, a cała dalsza rozmowa będzie łatwiejsza.
Trzy odpowiedzi na jedno pytanie
Obserwacja własna to jedno. Potrzebujemy też wypytać o to dziecko, ale nie słowami: „Dlaczego się nie uczysz?", bo to pytanie w formie oskarżającej, wzbudzające odruch obronny. Pytamy: „Czego nie lubisz w nauce?". Odpowiedzi układają się zwykle w trzy obszary, pokazujące inne zestawy problemów.
„Nie lubię tego, czego się uczę" to kłopot z treścią i sensem, a może z formą (nauczyciel, który nie potrafi przekazać wiedzy, koledzy hałasujący w klasie do takiego stopnia, że nauka staje się niemożliwa, kiepski podręcznik).
„Nie umiem się uczyć" to kłopot ze zrozumieniem i wyćwiczeniem metod efektywnej nauki własnej, a czasem też niejasnymi kryteriami oceny stosowanymi przez nauczyciela.
„Jestem głupi" to kłopot z obrazem własnych możliwości, najcięższy z całej trójki i najczęściej mylony z lenistwem.
Drugie pytanie brzmi: "Czy jest coś, czego lubisz się uczyć?". Nie musi to być przedmiot szkolny. Może być gitara, uczenie psa sztuczek, szydełkowanie, hiszpański z aplikacji. Dopytajmy, dlaczego akurat to, bo w odpowiedzi zwykle jest zawarta gotowa recepta na sukces: bo widać postęp, bo sam wybrałem, bo nikt mnie z tego nie odpytuje, bo to mi się przydaje praktycznie, bo mogę się popisać przed kolegami i zyskać ich szacunek. Zastanówmy się, jak tę motywację możemy przełożyć na naukę szkolną. Może klasa nie lubi „kujonów", ale już koledzy z grupy na Discordzie są wdzięczni, gdy wytłumaczy im się trudne zadanie z fizyki?
I wreszcie pytanie sokratejskie, które otwiera dziecko bardziej niż wszystkie argumenty razem wzięte: „Co musiałoby się wydarzyć, żebyś polubił nielubiany przedmiot?". Odpowiedź „nic" jest do przyjęcia. Nie należy się poddawać: zadaj to samo pytanie w inny sposób. Na przykład: „Rozumiem, że nic ci teraz nie przychodzi do głowy, ale jakbyś miał magiczną różdżkę i mógł coś zmienić w nauce tego przedmiotu – co byś zmienił?". Gdy wiemy, co nie pasuje – możemy szukać rozwiązania.
„Jestem słuchowcem, a każą mi czytać"
Należy pamiętać o murze, o który rozbija się wielu dorosłych. Każdy słyszał o różnych stylach nauki. To takie wygodne – nie uczę się, bo nikt nie respektuje mojego stylu nauki. Problem z tą koncepcją polega na tym, że… to nieprawda. Słynny podział stylów nauki został zdemaskowany jako nienaukowy. Jest cały czas popularny, bo daje łatwe wytłumaczenie i usprawiedliwia bezradność: „Taki jestem, nic nie zmienię".
Naukowcy Paul Kirschner i Jeroen van Merriënboer „style nauki" zaliczają wprost do miejskich legend edukacji. Opisano ich siedemdziesiąt jeden. Narzędzia do ich pomiaru mają rzetelność na poziomie, przy którym ten sam uczeń wychodzi wzrokowcem w marcu, a słuchowcem w czerwcu. Badania, które miałyby wykazać, że dopasowanie metody do stylu poprawia wyniki, konsekwentnie tego nie wykazują.
Co w zdaniu: „Jestem słuchowcem" jest zatem prawdą? Dziecko naprawdę woli słuchać. Fałszem jest dopiero wniosek, że wobec tego powinno uczyć się głównie ze słuchu. Za deklaracją stylu kryje się bowiem prawie zawsze luka w konkretnej umiejętności.
„Jestem słuchowcem, a każą mi czytać" najczęściej znaczy: "Czytam każde zdanie z tą samą uwagą, nie potrafię wyłuskać kluczowych informacji i zrobić dobrej notatki". Takie dziecko potrzebuje nauki analizy i syntezy tekstu. Pomóc może mu postawienie sobie pytania: „Co z tego jest najważniejsze, może pojawić się na sprawdzianie?" zanim zacznie czytać.
„Jestem wzrokowcem, a muszę słuchać wykładu" znaczy zwykle: nie umiem notować na bieżąco, więc albo próbuję zapisać wszystko, albo nie zapisuję nic. Tu ratunkiem jest notatka wybiórcza, wyłapywanie sygnałów nauczyciela, odtworzenie materiału z pamięci zaraz po lekcji, porównanie swoich notatek z notatkami dobrych w danym przedmiocie uczniów i wyciąganie wniosków.
A zatem modne etykiety stylów mówią nam więcej o deficytach niż rzeczywistych preferencjach.
Mózg zalany spamem
Osobna sprawa to dzieci, u których nie znajdziemy żadnej pasji, bo… nie ma dla niej miejsca. Kilka godzin dziennie w rolkach i grach zostawia układ nerwowy w stanie przewlekłego pobudzenia, zalany adrenaliną i kortyzolem, nastawiony na bodziec przychodzący co kilkanaście sekund. Dziecko w takim stanie siada do zeszytu z zasobami, których już nie ma. Jest przebodźcowane, przemęczone i autentycznie nie jest w stanie się uczyć.
Stąd potrzeba postu cyfrowego rozumianego jako higiena cyfrowa. Posiłki bez smartfona i innych urządzeń audiowizualnych. Sypialnia bez ekranów. Wspólne miejsce (w kuchni, na korytarzu) nocnego ładowania smartfonów, analogowe budziki. Czas nauki bez ekranów, przy czym „ekranem do dołu" nie wystarcza. Urządzenie ma być poza zasięgiem ręki, wzroku i słuchu, w innym pokoju, bo sama jego obecność zajmuje część uwagi. Reguły działają najlepiej wtedy, gdy obowiązują wszystkich domowników.
Swoją drogą dotyczy to też dzieci ciąganych po lekcjach na dziesiątki zajęć dodatkowych – wyczerpanie zasobów uwagi i energii. I to jest kolejny punkt do „rachunku sumienia" rodzica – czy dziecko nie jest przeładowane w ten sposób?
„Jestem głupi"
Osobno zajmijmy się przekonaniem, że jest się zbyt głupim na naukę. Wiele osób uczy się sposobami, które nie działają. Czyta po raz trzeci, ale nic nie rozumie, nie wie co ważne, siedzi nad książkami po nocy (a w tle pikają powiadomienia z komunikatorów zabierające resztę zasobów uwagi).
Takie metody dają złudzenie znajomości materiału, przez co łatwe są do pomylenia z prawdziwym nabyciem wiedzy. Dziecko wstaje od biurka przekonane, że umie, dostaje dwójkę lub jedynkę i wyciąga wniosek, że po prostu jest głupie. Kilkanaście powtórzeń tej sekwencji tworzy trwałe przekonanie, że nic nie pomoże.
Jednak jest wyjście – postawienie na bardziej skuteczne, ale trudniejsze metody. Zamknięcie zeszytu i próba odtworzenia z pamięci. Rozłożenie nauki na kilka krótkich sesji zamiast jednej długiej. Przerobienie materiału na obraz, historię, skojarzenie. Tworzenie odręcznych notatek z tego, czego się uczy.
Kevin Horsley, dwukrotny rekordzista świata w zapamiętywaniu, sprowadza to do zdania, że pamięć jest procesem twórczym, a nie fotograficznym. Dla dziecka przekonanego o własnej głupocie jeden dobrze napisany sprawdzian po zmianie metody znaczy więcej niż sto zapewnień, że jest zdolne i ma próbować mocniej.
Pół ikigai wystarczy
Tym, co jeszcze może się przydać w motywowaniu nastolatka, jest odpowiedź na dosłownie dwa pytania. Tim Tamashiro w książce How to Ikigai opisuje ikigai jako mapę o czterech kierunkach: rób to, co kochasz; rób to, w czym jesteś dobry; rób to, czego potrzebuje świat; rób to, za co możesz zostać wynagrodzony. Dla dorosłego to doskonała mapa kariery. Dla trzynastolatka pytanie o misję życiową jest za ciężkie i abstrakcyjne. Tamashiro podpowiada rzecz prostszą. Dzieli ikigai na połowę. Pół ikigai to dwa pierwsze kierunki, dotyczące wyłącznie danej osoby: co kochasz i w czym jesteś dobry. I tyle w zupełności wystarczy nastolatkowi.
Pytanie do dziecka brzmi więc skromnie: "Co lubisz robić i w czym jesteś niezły?". A potem szukamy pomostu z tego miejsca do nauki szkolnej. Dziewczynka pasjonująca się jazdą konną może zauważyć, że przydatna jej będzie biologia. Chłopiec lubiący gry może odkryć, że przydałoby się mu lepiej znać języki obce, by się komunikować płynnie z innymi graczami. Most nie musi być efektowny ani do końca szczery. Musi wytrzymać tyle, by przekonać dziecko, że uczenie się może być generalnie w porządku.
Kolorowe ptaki i młodzi wynalazcy
Jest wreszcie grupa dzieci, które nauki szkolnej nie pokochają – i nie muszą. Mają swoje pasje, a może nawet pomysł na życie? Obserwuję od pewnego czasu startup stworzony przez piętnastolatka, który sprzedaje ręcznie tworzone przez siebie drewniano-magnetyczne panele (można je np. powiesić na ścianie jako wieszak na noże i inne utensylia kuchenne). Będąc jego rodzicem, na pewno bym go nie nagabywała o dobre oceny.
Rozwiązaniem dla takich osób może być nauczanie domowe, gdzie tempo i metody nauki są zależne od ucznia (nie chodzi przy tym o szkołę odbywaną online, tylko naukę analogową). A może rozwiązaniem jest pogodzenie się rodziców z tym, że dziecko rozwijające swoje pasje pozaszkolne przez obowiązkową edukację przechodzi na niezbyt imponujących ocenach?
I ostatnia refleksja. Wspomniani wcześniej Kirschner i van Merriënboer w swoich badaniach wykazali, że oddanie uczniowi pełnej kontroli nad nauką pogarsza wyniki. Z prostego powodu – nie jest w stanie ocenić, czego nie umie. Ich propozycja to kontrola dzielona: dorosły zawęża pole wyboru do kilku sensownych możliwości, dziecko wybiera w jego obrębie. Pytanie typu: „geografia czy angielski najpierw?" nie kosztuje rodzica nic, a nastolatkowi oddaje tę cząstkę władzy nad własnym wieczorem, o którą naprawdę mu chodziło.
Obszar wyboru zależy w gruncie rzeczy od odpowiedzi na wcześniej zadane pytania: czego nasze dziecko potrzebuje, by nawet nie polubić naukę, a zmotywować się do niej? Być może potrzebuje prostego: „Jak chcesz, to przed oddaniem pracy zerknę na nią okiem. A może wolisz, by cię z tego przepytać?".
Kluczem do sukcesu jest dobre poznanie przyczyn oporu, a następnie pozostawienie dziecku pewnego zakresu wolności w procesie nauki, z zastrzeżeniem, że jednak jako dorośli będziemy pełnić funkcję kontrolną.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











