Pełna suwerenność i świetlana przyszłość gospodarcza – to w zamierzeniu miał przynieść brexit. Nad Tamizą dojrzewa jednak przekonanie, że przyniósł on krajowi więcej bolesnych strat niż wymiernych korzyści. Czy Zjednoczone Królestwo ponownie stanie się częścią europejskiego projektu? I co taka zmiana oznaczałaby dla Polaków, których 750-tysięczna rzesza wciąż mieszka na Wyspach?
W czerwcu 2016 roku, gdy 52 proc. brytyjskich wyborców opowiedziało się za wyjściem z Unii Europejskiej, wielu politologów ogłaszało zmierzch starego układu sił w Europie. Dziś – z perspektywy upływającej dekady – widać, że to nastroje nad Tamizą uległy fundamentalnemu przeobrażeniu. Potwierdza to wrześniowy sondaż pracowni Messina Group, opublikowany na łamach „The Guardian”. Wyniki nie pozostawiają złudzeń: aż 49 proc. ankietowanych chce ponownego przystąpienia do unijnych struktur, przeciwników takiego kroku jest niespełna 28,5 proc. Co ciekawe, dużą popularnością cieszą się też rozwiązania pośrednie: powrót do unii celnej poparło 47 proc., a sporo osób opowiada się również za zacieśnieniem relacji gospodarczych bez wchodzenia do formalnych struktur politycznych.
Kubeł zimnej wody
Choć większość ekonomistów jasno wskazywała na to, że opuszczenie UE mocno odbije się na brytyjskiej gospodarce, w 2016 roku więcej niż połowa Wyspiarzy nie chciała o tym słyszeć. Wzrost PKB wynosił wówczas 2,2 proc., a kraj rozwijał się stabilnie, napędzany głównie przez silną konsumpcję wewnętrzną oraz sektor usług. Nikomu nie śniła się jeszcze pandemia czy spowolnienie gospodarcze spowodowane wojną na Ukrainie.
Dziś słowo „brexit” w dyskursie publicznym coraz częściej zastępowane jest wyrażeniem „bregret” (pochodzącym od słów „brexit” i „regret”, czyli żal). I trudno się temu dziwić, bo to, że ludziom żyje się gorzej, widać choćby po stanie infrastruktury w większości brytyjskich miast. Zakręcenie unijnego kurka oznaczało przerwanie realizacji większości projektów rewitalizacyjnych. Wprowadzenie barier handlowych uderzyło w brytyjskich przedsiębiorców. Przerwanie łańcuchów dostaw i dodatkowe procedury celne doprowadziły z kolei do skokowego wzrostu cen produktów importowanych z UE.
Fałszywa obietnica 350 mln funtów tygodniowo, które rzekomo trafiały do Brukseli, a które po brexicie miały zasilić służbę zdrowia, prysła jak mydlana bańka. Pieniędzy jak brakowało, tak brakuje nadal. Po odpływie personelu medycznego z krajów unijnych NHS zmaga się z rekordowymi brakami kadrowymi oraz gigantycznymi kolejkami do lekarzy.
Obiecywana kontrola migracji okazała się zresztą największym kłamstwem obozu brexitowego. Odpływ pracowników z UE, w tym nawet 150 tys. Polaków, szybko przerodził się w problem niedoborów kadrowych. A próby łatania go poprzez sprowadzanie niewykwalifikowanych osób spoza Europy – głównie obywateli krajów Azji Południowej i Wschodniej czy Afryki Subsaharyjskiej – w żaden sposób nie rozwiązały problemu. Całości obrazu dopełnia nieustający napływ nielegalnych migrantów przybijających do brzegu małymi łodziami.
Próba reanimacji
Impuls do debaty na najwyższym szczeblu dał w ostatnich dniach Andy Burnham. Premier otwartym tekstem przyznał, że „brexit przyniósł państwu brytyjskiemu więcej szkód niż pożytku” i zapowiedział budowę nowego, długoterminowego konsensusu, nie wykluczając przy tym opcji najdalej idącej – pełnego powrotu do Unii.
Reakcja unijnych liderów okazała się nad wyraz ciepła. Emmanuel Macron i Pedro Sánchez publicznie zapewnili, że Wielka Brytania zostałaby powitana z otwartymi ramionami. Brytyjskie głowy studzą jednak brukselscy dyplomaci. Jak wskazują, powrót musiałby się zacząć od czystej karty, a Londyn nie odzyskałby ani negocjowanych latami ulg, ani tzw. opt–outów dających mu wiele wyłącznych przywilejów. Teraz musiałby bezsprzecznie otworzyć swoje granice na przybyszów z Unii Europejskiej oraz przyjąć pełnię prawodawstwa obowiązującego na kontynencie. Najprawdopodobniej straciłby też własną walutę. Czyli – paradoksalnie – miałby znacznie mniej uprawnień niż było to w czasach, w których Boris Johnson, Nigel Farage czy Michael Gove szumnie wieszczyli oswobodzenie się z unijnych kajdan i odzyskanie pełnej niepodległości.
W praktyce droga do pojednania wcale nie jest usłana różami – a jeśli już, to pełnymi kolców. Plany Burnhama budzą obawy części krajowej sceny politycznej. Konserwatyści oraz Reform UK Nigela Farage'a ostrzegają przed rozdrapaniem dawnych, bolesnych podziałów, a brytyjskie społeczeństwo wciąż nosi w sobie blizny tamtego sporu. W 2016 roku Anglia i Walia zagłosowały za wyjściem, Szkocja i Irlandia Północna wyraźnie za pozostaniem. Obóz rządzący obawia się dziś gniewu wyborców z tradycyjnych, robotniczych okręgów – zwłaszcza na północy Anglii, skąd wywodzą się kluczowi ministrowie gabinetu i gdzie nastroje antybrexitowe mogą natrafić na potężny opór.
Rachunek dla Polaków
W tej geopolitycznej grze nie sposób pominąć perspektywy polskiej. Dla setek tysięcy rodaków, którzy budują swoją codzienność w Anglii, Szkocji, Walii czy Irlandii Północnej, brexit oznaczał stres, niepewność statusu prawnego i barierę biurokratyczną. Powrót swobody przepływu osób oraz jednolitej przestrzeni prawnej zagwarantowałby im stabilne prawa pracownicze i socjalne na równi z Brytyjczykami. Młodzi mogliby znów bez skomplikowanych procedur wizowych i urzędowych szykan podejmować tam studia, pracę i decyzję o osiedleniu. Osoby składające wizytę na Wyspach zostałyby zwolnione z opłat w systemie ETA. Zniknęłyby długie i szczegółowe kontrole paszportowe.
Zyskałaby też Polska. Wielka Brytania to jeden z najważniejszych partnerów eksportowych naszej gospodarki, a odbudowa unii celnej i zniesienie barier taryfowych przyniosłyby natychmiastową ulgę przedsiębiorcom, rolnikom i przewoźnikom, którzy dziś tracą czas i pieniądze na kosztownych procedurach granicznych. Do tego dochodzi bezpieczeństwo. W obliczu niestabilnej sytuacji na wschodniej flance Europy, ściślejsza współpraca Londynu z Brukselą wzmacniałaby wspólny system obronny i sojusz transatlantycki. Londyn i Warszawa od lat mówią w sprawach bezpieczeństwa jednym głosem, a mocniejsze związanie Wielkiej Brytanii z Europą to mniej formalności w procesie tworzenia wspólnego frontu wobec agresywnych działań Rosji.
Ku wspólnej przyszłości?
Droga, którą symbolicznie otwiera debata nad Tamizą, nie będzie krótka ani łatwa. Wymaga zmierzenia się z politycznymi demonami przeszłości, wyrachowaniem partii opozycyjnych oraz polaryzacją społeczeństwa. Jednak fakt, że po dekadzie politycznych turbulencji ludzie w Zjednoczonym Królestwie coraz trzeźwiej patrzą na koszty izolacji, daje nadzieję. Dla Polski i Polaków – zarówno tych na Wyspach, jak i w ojczyźnie – zwrot Wielkiej Brytanii ku Staremu Kontynentowi byłby upragnionym powrotem do normalności.
Europa ojczyzn potrzebuje silnego Zjednoczonego Królestwa, a tego ostatniego nie stać na pozostanie samotną wyspą na oceanie globalnych wyzwań. Czas, który dzieli nas od referendum brexitowego udowodnił, że podział osłabia wszystkich. Teraz Brytyjczycy będą musieli podjąć dyskusję nad tym, czy lepiej przełknąć gorzką pigułkę powrotu, czy też trwać w niemniej upokarzającym regresie.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









