Po co Maryi ciało w niebie? O relacyjnym sensie dogmatu Wniebowzięcia

Kościół nie przesądza, czy Maryja umarła w ciele i została wskrzeszona, czy Syn zachował Ją od śmierci. Sednem dogmatu ogłoszonego w 1950 roku jest co innego: zbawienie obejmuje także nasze ciało.
Czyta się kilka minut
Zaśnięcie i Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, Fra Angelico | Fot. Wikimedia commons
Zaśnięcie i Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, Fra Angelico | Fot. Wikimedia commons

Kiedy myślę o ludzkiej naturze, prawie zawsze towarzyszy temu konstatacja, że dla wielu najtrudniejsza w teologii Kościoła katolickiego jest zasada „i, i”. Dowodów na to, jak duży stanowi ona problem, w historii doktryny jest mnóstwo, wystarczy chociażby przypomnieć luterańskie sola – „tylko”. Tymczasem teologia katolicka mówi – nie: tylko Pismo, tylko łaska, tylko wiara, ale: i Pismo, i Tradycja, i łaska, i uczynki, i wiara, i Prawo. Trudna ta mowa, bo wymaga nieustannego rozeznawania, gdzie w danej sferze znajduje się ten punkt doskonałego wyważenia, o którym mawia się, że in media res perfectas – w centrum rzeczy [leży] doskonałość. 

Tymczasem zostaliśmy tak stworzeni, że doświadczamy konieczności nieustannego balansowania między ciałem i duchem, bo jesteśmy hybrydami, które łączą wymiar materialny z duchowym. Pozycja niewygodna, szczególnie po grzechu pierwszych rodziców, dlatego jest w nas tendencja do przechylania się na którąś ze stron, a ponieważ ciało jest „cięższe”, bardziej bezpośrednio dostępne, to najłatwiej osunąć się w materię. O wiele bardziej niebezpieczna jednak jest przesada w drugą stronę, bo o ile materializm jest w swojej podstawowej wersji pokusą płynącą ze zwierzęcej części naszej natury, to odrzucenie ciała ma w sobie zdecydowanie demoniczny wydźwięk, w którym dominuje fałszywy ton pychy. 

Zresztą w dziejach Kościoła ta pokusa „odcieleśnienia” regularnie powraca pod postacią gnostycyzmu w jego nieustannie zmieniających się formach. Dlatego tak ważne jest stałe powracanie do tajemnicy Wcielenia, a z tą związane jest misterium macierzyństwa Maryi Dziewicy, którego wniebowzięcie jest konsekwencją.

Ciało, czyli co?

Ciekawą koncepcję cielesności człowieka podali w Małym słowniku teologicznym Karl Rahner i Herbert Vorglirmer w haśle „Wniebowzięcie”. Opisują oni cielesność jako „będącą zewnętrzną formą ducha wytworzoną przez niego w materii celem otwarcia się na to, co inne”. Pobrzmiewa tu moja ulubiona definicja ciała autorstwa Josepha Ratzingera („hipostaza duszy na materię”), ale pojawia się dodatkowy, niesłychanie istotny w kontekście wcielenia aspekt: relacyjność. O nią właśnie chodzi w ostatniej części, tam, gdzie mowa o otwarciu się na to, co inne (albo innego). Bóg nas tak wymyślił, że to dzięki ciału jesteśmy w stanie komunikować siebie i komunikować się z innymi, czyli tworzyć communio – wspólnotę. Dlatego współczesna odpowiedź na pytanie Anzelma z Canterbury Cur Deus homo? (Dlaczego Bóg [został] człowiekiem?) mniej łączy się z kwestiami nieskończonej obrazy nieskończonego Majestatu, a sięga raczej po potrzebę zrozumienia i zjednoczenia. Syn Boży poczyna się jako cielesny, bo chce w naszym języku i na nasz sposób opowiedzieć nam o miłości Ojca do nas. 

Jest doskonale duchowy, więc to, że poczyna się w Dziewicy, bez udziału mężczyzny, wskazuje właśnie między innymi na to, że duch może bez najmniejszego problemu kształtować materię i przez nią się wyrażać. A to oznacza, że może ona zostać tak przemieniona, iż doskonale stanie się posłuszna temu, co duchowe. Co więcej, droga, którą przebył Syn Boży, odpowiada tej, po której my sami podążamy. Tak pisze o tym św. Paweł: „Tak też jest napisane: Stał się pierwszy człowiek, Adam, duszą żyjącą, a ostatni Adam duchem ożywiającym. Nie było jednak wpierw tego, co duchowe, ale to, co ziemskie, duchowe było potem” (1 Kor 15, 45–46). Uczniowie idący do Emaus nie są więc jedynymi, do których przyłącza się Wędrowiec, by ostatecznie wprowadzić ich na nową drogę – On stał się człowiekiem, a więc zaczął nam towarzyszyć, żyjąc i umierając jak my, żeby pokazać, iż nasze życie nie musi się kończyć Otchłanią oraz że zbawienie obejmuje całą naszą naturę, bo o tym jest w dużej mierze Jego ciała zmartwychwstanie. Skoro On, w końcu także człowiek, dał radę, to my też, w jedności z Nim, pokonamy śmierć. Jak w tym samym rozdziale Pierwszego Listu do Koryntian pisze apostoł, jest ciało zmysłowe i jest to duchowe – pierwsze trzeba zasiać, a więc pozwolić mu obumrzeć, by wzrosło to drugie. Wciąż jednak jest to ciało, bo chrześcijaństwo to nie recykling i Bogu nie chodzi jedynie o odzyskanie pierwiastka życia, który nam dał, ale o wejście z nami w relację. I On doskonale wie, że my do tego potrzebujemy cielesności.

Maryja jako symbolon Kościoła

Do tego, żeby Syn Boży wziął ciało z Maryi, i to w pełni, bo przecież nie ma drugiego zestawu genów od ludzkiego ojca, konieczna była Jej zgoda. To jasne wskazanie, że Nazaretanka nie była biernym narzędziem, ale, jak sama siebie określiła, służebnicą. Początek naszego zbawienia jest więc zawiązaniem wolnej relacji dwóch podmiotów. Owszem, nie są one sobie równe, ale dzięki temu w pełni wyraża się w niej bezwarunkowa miłość Boga (bo skierowana ku stojącemu niżej stworzeniu) i pozbawiona lęku ufność Maryi (bo dotycząca Kogoś Ją nieskończenie przekraczającego). Ta relacja nie kończy się wraz ze zmartwychwstaniem Jezusa, nie następuje żadne: mission accomplished, po czym Matka staje się niepotrzebna. Wręcz przeciwnie.

Rozpoczęta w Nazarecie relacja, której fundamentem jest ciało i wcielenie, służące budowaniu komunikacji, okazuje się sięgać poza czas i przestrzeń. O tym właśnie jest dogmat mówiący o wniebowzięciu Maryi z duszą i ciałem do królestwa Jej Syna: relacja trwa i będzie trwała wiecznie. A znakiem tego, że będzie to relacja, a nie rozpłynięcie się w Jedni, jak by chcieli gnostycy, jest wzięcie Jej do nieba razem z ciałem. 

To zapowiedź tego, co zostało przygotowane dla nas, dla całego Kościoła. W tym sensie Maryja jest symbolon wspólnoty wiary, że urodziła się jak my, uwierzyła Bogu jak my, więc mamy prawo do nadziei, że tak jak Ona wejdziemy do chwały Ojca. Jak Jezus szedł z nami i pokazał najbardziej nieoczekiwane rozwiązanie końca naszej drogi, tak to, że Ona została wniebowzięta oznacza, że jeśli idziemy Jej ścieżką, dojdziemy do celu, który osiągnęła.

Posłuszeństwo

Już słyszę te cierpkie uwagi, że to podobieństwo naciągane, bo przecież nikt z nas nie został niepokalanie poczęty ani nie jest bezgrzeszny. Do tego około połowa populacji to mężczyźni, a więc w żaden sposób nie mogą zostać matkami, nie mówiąc o poczynaniu Boga. Gdzie więc to podobieństwo? 

Dobrze je opisuje św. Mateusz (zob. Mt 12, 46–50), relacjonując sytuację, kiedy doniesiono nauczającemu Jezusowi, że chce się z Nim widzieć Jego zaniepokojona rodzina. Pan, odpowiadając, podaje wtedy główną postawę, która decyduje o byciu z Nim w tak bliskiej relacji jak rodzinna, a więc oparta na więzach krwi. Chodzi tu o posłuszeństwo woli Ojca. A żeby zrozumieć, co Jezus ma tu na myśli, warto zestawić tę historię z przypowieścią o dwóch synach, z których jeden zgadza się werbalnie na polecenie rodziciela, ale nie realizuje tej zgody w praktyce, a drugi postępuje dokładnie odwrotnie (zob. Mt 21, 28–31) i to on jest tym godnym naśladowania. Czemu? Bo WCIELIŁ powierzone sobie zadanie w czyn, nie zatrzymał się na tym, co intelektualne, deklaratywne, emocjonalne etc. 

To pokazuje, że ważniejsze jest to, co ostatecznie wybieramy w praktyce, od tego, co może się dziać w naszym wnętrzu, czasem zanurzonym w chaosie wywołanym kryzysem. Nasze ciało komunikuje przez to Bogu i światu, że pragniemy być z Nim w komunii, na wzór Wniebowziętej.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.

Wypróbuj za darmo

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie
  • Możesz zrezygnować w dowolnym momencie
19.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 19.90 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 33/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Dogmat o relacyjności