Opowieść złożona z powrotów

Album „Life Is a Dream” to spokojne spojrzenie wstecz. Anthony Hopkins sięga w nim do wspomnień, miejsc i ludzi, którzy ukształtowali jego wyobraźnię – do doświadczeń, które pośrednio przyczyniły się też do jego wspaniałych kreacji aktorskich.
Czyta się kilka minut
fot. Materiały prasowe Decca Records
fot. Materiały prasowe Decca Records

Na fortepianie zaczął grać jako czterolatek, jako nastolatek zaczął pisać swoje pierwsze utwory. Nie jest więc tak, że pewnego dnia, po sześciu dekadach kariery filmowej, postanowił sprawdzić, czy przypadkiem nie potrafi również komponować. Muzyka była obecna w jego życiu właściwie od początku, a Life Is a Dream jest zbiorem utworów powstających w różnych momentach tego życia. Niektóre pomysły towarzyszyły mu przez dziesięciolecia i wracały po latach w kolejnych wersjach.

Anthony Hopkins. Zagrał dziesiątki ról filmowych i teatralnych, zdobył dwa Oscary i stworzył postaci, które na długo zostały w pamięci widzów. Trudno przecież myśląc o nim nie zobaczyć choć przez chwilę hipnotyzująco przerażającego Hannibala Lectera czy bohatera dogłębnie poruszającej historii o odchodzeniu, jaką jest Ojciec. Ale, ale! Czy wiedzieli Państwo, że oprócz tego wszystkiego, Hopkins jest – i był niemal od zawsze – kompozytorem? 

Przyjemne tło

Life Is a Dream nie jest muzycznym manifestem ani próbą udowodnienia czegokolwiek (a już na pewno tego, że aktor „też może”, że światowa sława jest „coś warta”). Odbieram ten album jako spokojne spojrzenie wstecz. Hopkins sięga w nim do wspomnień, miejsc i ludzi, którzy ukształtowali jego wyobraźnię – a co za tym idzie, pośrednio przyczynili się do wszystkich tych wspaniałych kreacji, które mogliśmy podziwiać przez lata. Jest tu Walia, w której się urodził i wychował, rodzinne strony w Port Talbot, obrazy z dzieciństwa, bliscy. My Fatherland odwołuje się do walijskiego dziedzictwa, a trzyczęściowa 1947: Suite wraca do wspomnień z Margam i świata, który otaczał rodzinny dom przyszłego aktora. Najjaśniejszy według mnie punkt całej płyty, Stella Aria, została poświęcona żonie, a Tara – siostrzenicy. (Obie kompozycje uznaję za przepiękne – czułe, ale nie przeromantyzowane, nostalgiczne, ale nieopierające się na tanich chwytach i rzewnych solówkach).

Nie jest to jednak płyta, przy której koniecznie trzeba znać wszystkie te historie, żeby znaleźć w sobie dla niej miejsce. Muzyka Hopkinsa jest melodyjna, romantyczna i melancholijna. Ma w sobie pewną filmowość – szczególnie słychać ją w sposobie budowania napięcia i prowadzenia emocjonalnej narracji, nie jest to muzyka tak teatralna czy ilustracyjna, jak można byłoby się spodziewać po muzyce skomponowanej przez kogoś, kto spędził swoje życie na opowiadaniu czyichś historii. I dobrze. Mówimy o tym często, że wszelkie założenia są przecież bardzo skutecznym sposobem, by zamknąć sobie drogę do czegoś nowego.

Gdybym miała w jednym słowie zamknąć swoje wrażenia, najtrafniej podsumowałoby je słowo „przyjemna”. Nie jest to komplement z gatunku tych, które mają ukryć brak entuzjazmu, przeciwnie: są przecież takie albumy, które domagają się skupienia, powrotów, rozbierania ich na części pierwsze. Są też takie, przy których można po prostu pobyć, i które stają się tłem, nie będąc przy tym z założenia muzyką-meblem (musique d’ameublement i Satie, rozmawialiśmy o nim kiedyś, pamiętają Państwo?). Life Is a Dream należy do drugiej kategorii.

Dojrzewanie

Sama słuchałam jej zresztą właśnie w ten sposób: podczas pracy nad czymś innym. Przyznam Państwu, że nie zawsze potrafię podzielić uwagę między muzykę a inne zajęcie (zresztą – najbardziej lubię ją z odsłuchów, którym mogę poświęcić się w pełni – tworzy to zupełnie inny rodzaj doświadczenia, z początku mocno niekomfortowego, a im dalej w las – tym bardziej satysfakcjonującego). Album Hopkinsa stał się dla mnie tłem idealnym, choć nie znaczy, że po pierwsze – nie słuchałam go z uwagą, a po drugie – że wszystko działa tu równie dobrze. Najmniej (żeby nie powiedzieć – w ogóle) trafił do mnie And the Waltz Goes On, utwór, który Hopkins napisał jeszcze jako 19-latek, a który w 2011 roku został zaaranżowany i nagrany przez André Rieu. Kompozycja przyniosła wówczas Rieu nagrodę ClassicFM Album of the Year podczas Classic BritAwards. Mam z tą aranżacją jednak nieco większy problem niż z samym pomysłem Hopkinsa. Sposób Rieu na popularyzowanie muzyki klasycznej od lat budzi skrajne reakcje: z jednej strony przyciąga do niej publiczność, która być może nigdy nie znalazłaby dla siebie miejsca w „tradycyjnej” filharmonii, z drugiej – jego widowiskowa, mocno rozrywkowa formuła dla części odbiorców ociera się o nadmierne upraszczanie, banalizowanie muzyki. Mam nadzieję, że po kilkudziesięciu wspólnych rozmowach wiedzą Państwo, co mam na myśli – nie jestem przeciwna skracaniu dystansu i ściąganiu muzyki poważnej z kryształowego piedestału, co nie znaczy, że odnajduję się w ociekającej brokatem i przaśnością formule, w jakiej Rieu od lat święci triumfy. To jednak opowieść na inny czas – kto wie, może nadarzy się ku niej nam okazja?

Idąc dalej po trackliście napotykamy na 1947: Suite for Solo Piano and Orchestra, która składa się z trzech części: Circus, Bracken Road i The Plaza. Cała suita wyrasta ze wspomnień dzieciństwa, a Bracken Road pierwotnie powstało jako melodia wymyślona przez improwizującego w kulisach Hopkinsa w czasach, w których był młodym aktorem Liverpool Playhouse. Później kompozycja wracała, zmieniała kształt i ostatecznie znalazła się na albumie nagranym po ponad sześćdziesięciu latach od swoich początków. Lubię ten szczegół, bo pokazuje Life Is a Dream nie jako efekt jednego olśnienia, ale jako zapis procesu. Rzadko kiedy pomysły stają się gotowym dziełem; czasem trzeba pozwolić im dojrzeć, wrócić do nich po latach i sprawdzić, czy nadal coś w nas poruszają. Hopkins złożył z takich powrotów całą opowieść.

Życie pełne możliwości

Philharmonia Orchestra prowadzi Gustavo Dudamel, a oprócz nich w nagraniu udział wzięli pianista Sergio Tiempo, wiolonczelista Gregorio Nieto, The Bach Choir i chór chłopięcy Winchester Cathedral. Dudamel ma szczególny talent do wydobywania z orkiestr (i solistów) tego, co w nich najlepsze – nie spotkałam się jeszcze z prowadzonym przez niego wykonaniem, które nie poruszyłoby mnie, nie zwróciłoby mojej uwagi na jakiś ukryty aspekt, nie oczarowałoby. Dudamel nie próbuje przykrywać kompozycji nazwiskiem jej twórcy ani robić z niej demonstracji własnych możliwości. Przeciwnie – daje tej muzyce przestrzeń, dzięki której prawdziwie może wybrzmieć.

Myślą, którą zabieram po spotkaniu z tą płytą, jest myśl o tym, że wbrew wszystkiemu – nie musimy być j a c y ś. Nie musimy całe życie chować się pod jedną z etykiet – niezależnie od tego, jak piękna i satysfakcjonująca ona może się wydawać. Nie trzeba czekać na pozwolenie czy porzucać tego, co już umiemy, nie trzeba nawet osiągać w nowej dziedzinie tego samego poziomu. Można próbować, komponować, malować, pisać, uczyć się. I myślę, że to właśnie ta możliwość jest jedną z tych rzeczy, które sprawiają, że życie staje się marzeniem, prawda?

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.

Wypróbuj za darmo

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie
  • Możesz zrezygnować w dowolnym momencie
19.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 19.90 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 36/2026