Maraton jak życie

Nasza cywilizacja została zdominowana przez krótkodystansowość. Cel ma być osiągany szybko, wręcz natychmiast. Najlepiej bez wysiłku i bez specjalnego trudu– z ks. prof. Pawłem Prüferem, maratończykiem rozmawia Małgorzata Bilska.
Czyta się kilka minut
fot. VAWiley/Getty Imgaes
fot. VAWiley/Getty Imgaes

W książce Księdza Profesora Bieg i Bóg znalazłam stwierdzenie, które mnie zaintrygowało: „bieganie jest rzeczywistością relacyjną”. Chrześcijaństwo jest relacją, a w zasadzie powinno być, skoro Bóg jest Relacją Trzech Osób. Miłość, a zatem i świętość, jest upodabnianiem się do Niego. Jednak biegi kojarzą się albo ze sportem, gdzie indywidualnie rywalizuje się o medal, albo z samotnym pokonywaniem kilometrów, ewentualnie z imprezami masowymi w miastach. Nie widać tu relacji. Skąd więc taka teza?

– Kategoria relacji, relacyjności, jest mi ogromnie bliska. Rozumiem ją jednak inaczej, niż podpowiada myślenie potoczne. Zwykle bowiem chodzi o odniesienie do drugiego człowieka. Ten element też oczywiście jest. Biega dużo osób, często w grupie. Różne zawody biegowe, jakie się dziś organizuje, to faktycznie masa – czasem biegnie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Dla mnie jednak kluczowa jest relacja nie do drugiego, tylko do… samego siebie.

Jeśli ktoś biegnie, do tego stawia sobie duże wyzwania, jeżeli chodzi o dystans i czas, musi nawiązać ze sobą wewnętrzny dialog: z umysłem, wyobraźnią, emocjami. Bo doświadcza bólu, który jest tu najbardziej podstawowym przeżyciem. Trzeba go oswoić, „dogadać się” z nim! Przekonać go, że nie jest decydujący, bo rządzę ja. Zresztą, jak mówi nauka, każdy z nas ma dwie półkule mózgu. Jedna jest bardziej spontaniczna, druga bardziej racjonalna. Bieg weryfikuje, która z nich w moim życiu jest wiodąca.

Stara koncepcja: wola i rozum kontrolują ciało?

– Zwłaszcza wola. W momentach wielkiego zmęczenia, kiedy wszystko krzyczy: przestań, daj sobie spokój, tylko siłą woli da się pokonać ból czy zniechęcenie. To jest determinacja! Dobiec do mety! Wola pomaga opanować reakcje organizmu.

Dla mnie relacyjność obejmuje też otoczenie, w którym biegacz jest zanurzony. Od terenu, po którym biegnie, po przyrodę, którą mija. Mam znajomych, którzy uwielbiają biegać w terenie naturalnym: nad rzeką, po lesie, łąkach. Czerpią ogromną przyjemność z dialogu z tym światem natury. Korespondują z nim ich emocje, wyobraźnia i samopoczucie. Czasem spotykają dzikie zwierzęta, widzą życie leśne. To pomaga odkrywać na nowo harmonię ze światem stworzonym.

Co pomaga w zbudowaniu relacji ze sobą?

– Biegnąc, obserwuję swoje stopy robiące kolejne kroki. Wprawiam się w ruch, mam kontakt z Ziemią, która też stale się porusza. Uczestnicząc w tym, że się kręci, nawiązuję swoistą więź z tym, co mnie otacza. Porozumienie metafizyczne. Więc chodzi nie tylko o siebie i innych ludzi, ale w ogóle o świat. Na co dzień nie doceniamy faktu, jak wspaniałą możliwością jest przemieszczanie się na dwóch nogach! W biegu mam tego świadomość.

W książce jest rozdział o krokach i stopach… Trzeba dodać, że mówimy cały czas o biegach długodystansowych. Ksiądz biega maratony, a nawet dystanse dłuższe!

– Podczas tych biegów wydarza się mnóstwo rzeczy. Jeśli maraton biegnie się kilka godzin, to mamy czas, aby coś przemyśleć. Ważne, by zachować dyscyplinę umysłu, bo o nią trudno, gdy przychodzi zmęczenie i ból.

W niektórych biegach organizatorzy nas wspierają, wieszając przy drodze zabawne banery. Kiedyś biegłem 63 kilometry, na piątym pojawiła się tablica: „Pomyśl o zakupach i planach na przyszły tydzień, do mety masz daleko” (śmiech). W żartobliwy sposób pokazali realny problem, bo ten czas trzeba czymś wypełnić. U mnie on służy do budowania relacji: z Bogiem, ze sobą samym i z naturą. Każdy może po swojemu zagospodarować czas, który w ten sposób ma na myślenie. Znajomi czasem mnie pytają, ile książek zaprojektowałem w czasie pokonywania kilometrów. Faktycznie, plany pojawiają się w maratonach.

Ksiądz jest socjologiem. Przypomniała mi się koncepcja prof. Zygmunta Baumana, eksperta od społeczeństwa ponowoczesnego, który dostrzegł upadek wzorca, jakim był pielgrzym. Nie tylko w kontekście religijnym, bo pielgrzym to ten, kto ma długodystansowy cel, do którego zmierza pomimo przeciwności, odcisków na stopach, upadków i kryzysów. Zlaicyzowany świat także miał cel. Walczył o postęp, lepszą przyszłość, był gotów do ofiary, aby go kiedyś osiągnąć – ponad pokoleniami. Dziś dominuje perspektywa tymczasowości, cele są doraźne, obliczane na szybkie zaspokojenie. Według Baumana w miejsce pielgrzyma weszły cztery inne wzorce: turysta, spacerowicz, włóczęga i gracz. Łączy je to, że celem stało się kolekcjonowanie wrażeń. Religia, wskazując na życie wieczne, myśli jak maratończyk. Typ „maratończyka” może nam pomóc w pracy nad sobą w tej sytuacji?

– Przy próbie diagnozy współczesnej rzeczywistości społeczno-kulturowej widać, że nasza cywilizacja została zdominowana przez krótkodystansowość. Cel ma być osiągany szybko, wręcz natychmiast. Najlepiej bez wysiłku i bez specjalnego trudu. Pielgrzymowanie to jest długa droga i wymaga pewnych cech charakteru. Trudno uznać za pielgrzyma kogoś, kto idzie do celu 15 minut. Pielgrzym musi się zadomowić w czasie. Otworzyć się na to, co się wydarzy w czasie drogi.

Właśnie minął w Kościele Rok Jubileuszowy. Papież Franciszek przygotował z tej okazji specjalny dokument, bullę Spes non confundit („Nadzieja zawieść nie może”). Przez rok regularnie ją czytałem, medytowałem nad jej treścią. Utkwiła mi głowie wypowiedź papieża: człowiek, który pielgrzymuje to ktoś, kto szuka sensu życia. To jest trudne, trwa zwykle długo. Nie tak, jak przywykliśmy w erze nowych technologii: wciskam klawisz lub guzik i wyskakuje odpowiedź. Czasem to jest wielki trud, wyzwanie, wymagające dużo cierpliwości. Tymczasem my tak jesteśmy zależni od technologii, że tracimy umiejętność czytania map, jadąc samochodem! Przywykliśmy do głosu GPS-a, kieruje nami maszyna. Sensu życia nie znajdzie za nas ani GPS, ani sztuczna inteligencja. To tak nie działa…

Zygmunt Bauman dokonał typologii, w której człowiek może się dziś odnaleźć. Do tego bym dodał pomysł, który znalazłem, czytając publikację trójki włoskich badaczy. Wyróżnili nowy typ osobowości, nazywając go: kontaminator. Trudno to przetłumaczyć z włoskiego, ale chodzi o to, że człowiek idzie przez życie i chce zostawić ślady.

W pamięci?

– Tak, pozytywne, które przetrwają po śmierci. Są osoby, które zostawiają po sobie raczej bałagan. Kontaminator zastanawia się, co po nim zostanie. Zostawia ślad dobra w pamięci zbiorowości. Takich typów osobowości można pewnie opisywać więcej.

Przekraczanie pamięci jest formą transcendencji łatwo dostępnej, nawet bez wiary w sacrum.

– Na pewno przeżywamy poważny kryzys myślenia w dłuższej perspektywie. Liczy się dziś natychmiastowość, szukanie wrażeń, konsumowanie. Doznania muszą być coraz bardziej intensywne, gdyż się przyzwyczajamy. Potrzebujemy coraz silniejszych bodźców. Organizm zachowuje się tak, jak w przypadku uzależnienia. Rośnie tolerancja, dawki są większe, by wywołać ten sam efekt co na początku. Konsumujemy już nie tyle produkty, ile doznania, przeżycia, emocje, doświadczenia. Współczesność jest trudna. Czasem ktoś chce poświecić więcej czasu i trudu, tylko już nie umie. Marzy o długim małżeństwie, miłości, ale jak ma to zrobić?

Długi dystans w życiu to też wybór sakramentu święceń.

– Staliśmy się niecierpliwi, może też leniwi. Absolutnie nie osądzam tu innych, wiem, jaki ja jestem. My księża jesteśmy częścią rzeczywistości. Najgorzej ma jednak młode pokolenie, ukształtowane w erze internetu. Pokolenie „Z” od dziecka uczy się mechanizmu: wciskam klawisz – mam, co chcę. Dotykam ekranu i natychmiast otrzymuję obraz, informację, kontakt z człowiekiem. Jeden z moich studentów, który badał ten temat, mówił, że wiele młodych osób traci cierpliwość już przy powolnym otwieraniu się stron w internecie. Czas oczekiwania jest ograniczony. Jeśli ten proces trwa dłużej niż dwie sekundy, rezygnują i zmieniają stronę…

To się zaczęło już w latach 60. W Polsce nie mamy tej świadomości, to były lata PRL-u. Kontrkultura promowała styl życia, w tym duchowość, „ instant”. Zupę instant robi się błyskawicznie, zalewając coś wrzątkiem. Fast foody były popularne przed internetem. Fast i instant to XXI wiek.

– W bieganiu nie ma dróg na skróty. Jeśli chce się coś osiągnąć, a nie tylko dobiec do mety, niezbędna jest cierpliwość, praca, stałość, wytrwałość, odporność, samozaparcie. Droga na skróty albo jest oszustwem, albo prowadzi gdzie indziej i do mety nigdy się nie dobiegnie. Bieganie maratonu nie podarowuje niczego „tak o”. To jest aktywność zdecydowanie merytokratyczna: zasłużyłeś – masz. Na dobry wynik trzeba zapracować.

Bóg biega z księdzem!

– Jeszcze jak! Zawsze. Mówi do mnie na różne sposoby. Za każdym razem, gdy wychodzę pobiegać, jestem ciekawy tego, co dzisiaj się wydarzy. W Roku Jubileuszowym każdego dnia biegłem półmaraton, czyli 21 kilometrów. Wydaje się, że można wpaść w rutynę, bo codziennie to samo. Tymczasem jest odwrotnie: nigdy nie wiem, co się dziś zdarzy. Nie da się odbić jednej skutecznej matrycy na wszystkie możliwe sytuacje. Kogo spotkam, kto mnie minie w drodze, jakie nieprzewidziane wypadki na mnie czekają… Czasem atakowały mnie myśli negatywne, natarczywe, od których trudno było mi się uwolnić. Radziłem sobie tak. Rano wypisywałem na kartce myśl, która pojawiła się przy modlitwie brewiarzowej. Potem powtarzałem ją non stop podczas biegu (jest niczym modlitwa różańcowa, według schematu). Zdanie się we mnie „wdrukowywało” i nie tylko wypierało tamte myśli, ale wyzwalało świadomość obecności Boga, spotkania z Nim. A ja doświadczałem radości i szczęścia. Bo mogę biec, radzę sobie z kryzysami, jestem coraz silniejszy! Dane zdanie pasowało zawsze do okoliczności.

Bieganie jest jak życie. Są w nim momenty piękne i wzniosłe, są też trudne – zwłaszcza kiedy biegnie się nie w zawodach tylko samemu. Trzeba uważać na auta, na człowieka spacerującego z psem bez smyczy, a piesek ma ochotę chwycić mnie zębami za kostkę… Mam wiele takich doświadczeń.

Bieganie, jak życie, nie jest więc nudne. Wiara ma być przygodą, a nie suchym obowiązkiem wykonanym ze strachu przed karą piekła. A jak to się stało, że Ksiądz zaczął biegać?

– Uwielbiam to pytanie!

(Śmiech) Celowo nie zadałam go na początku, byłby banał.

– Chyba Panią Redaktor rozczaruję…

Oj nie, nie mam oczekiwań (śmiech).

– To świetnie. Powód był prozaiczny. W 2013 roku, kiedy zrobiłem habilitację, poczułem się stary i zmęczony. Miałem też dużą nadwagę. Chciałem zrzucić kilogramy, lepiej się poczuć sam ze sobą. Coś zrobić dla fizyczności, bo wcześniej ją zaniedbałem. Ciało jest ważne, nie można go bezkarnie lekceważyć, bo katolik ceni tylko duchowość. Wcielenie Boga polega m. in. na tym, że człowiek uczy się doceniać życie w ciele i nim nie gardzi. Ktoś mi podpowiedział: zacznij biegać. Tak zrobiłem. Oczywiście pierwsze trzy dni były straszne, po 200 metrach miałem wrażenie, że za chwilę wyląduję na OIOM-ie i będą mnie reanimować! Jednak się nie poddałem. Zacząłem wydłużać dystans, bo obserwowałem w sobie wielkie zmiany. Byłem tym zachwycony! Regularne biegi nie tylko spowodowały utratę wagi, ale niesamowicie poprawiły stan psychiczny. Byłem po prostu szczęśliwym człowiekiem!

Cały dzień ciężko pracowałem jako duszpasterz, wykładając na uczelni, pisząc książki, ale wiedziałem, że wieczorem idę pobiegać i poprawiało mi się samopoczucie. Tryskałem radością już na samą myśl! Jeśli nie mogłem, to biegałem rano. To argument za tym, że jest ścisły związek pomiędzy somą, czyli ciałem, a psyche – duszą i psychiką.

Wróciła Księdzu radość życia?

– To było jak spotkanie z o-sobą, którą ogromnie polubiłem. Polubiłem siebie. Od dawna już biegam długie dystanse, często ponad maraton. Uczestniczyłem w projekcie, który polegał na biegu przez 24 godziny. Teraz przygotowuję się do takiego, gdzie biega się 48 godzin non stop.

Najtrudniej jest zacząć?

– Nie, najtrudniej jest włożyć buty do biegania. Czasem rano coś mnie boli, nie mogę się wyprostować, nie mam siły! Ale włożę buty, wyjdę i potrafię przebiec 20 kilometrów. Nie wiem jak, lecz dolegliwości ustępują.

We Włoszech trwają igrzyska olimpijskie. Sportowcy walczą, kto z nich okaże się najlepszy, najszybszy. Patrząc na ich zmagania zapominamy, że kulisy to są setki tysięcy godzin ćwiczeń, ból i wysiłek. Nas obchodzi efekt końcowy, a jeśli nie zadowala, potrafimy ich obrażać, upokarzać i niszczyć.

– Sport zawodowy polega trochę na czym innym. Maks Weber, klasyk socjologii, pisał, że w społeczeństwie istnieją trzy dobra, które generują nierówności: władza, prestiż i pieniądze. Dążenie do osiągnięcia tych wartości wkrada się do sportu. Są dyscypliny popularne, które mają dużą oglądalność, co przekłada się na reklamy i wkład sponsorów oraz gigantyczne dochody sportowców. Nie da się porównać kwot, jakie dostają Robert Lewandowski czy Iga Świątek, z nagrodą dla zwycięzcy maratonu. Gwiazdy sportu osiągają sławę, prestiż i wielkie pieniądze. Ludzie tego pragną jako wartości autotelicznych (samych w sobie).

Sport wyczynowy, który uprawiają sportowcy biorący udział w igrzyskach olimpijskich, polega jeszcze na czymś innym. Jest nieprawdopodobnie obciążający zdrowotnie i emocjonalnie. To jest trudne, sportowiec ma krótki czas, kiedy jest młody i może być najlepszy. Potem inni go zastępują, oddaje pałeczkę pierwszeństwa. Wygrywa kto inny. Igrzyska są raz na cztery lata, a medal olimpijski jest marzeniem większości sportowców. Jednak ten moment, kiedy się startuje, wygrywa, jest niesamowity. To się widzom, kibicom, podoba. Do końca nie wiem, kto czerpie więcej przyjemności – uczestnik czy widz? Poza tym są to drużyny narodowe, kibicujemy naszym reprezentantom.

Pamiętajmy jednak o kulisach, których „na scenie” zawodów nie widać. Sportowców trzeba szanować za ich trud i ciężką pracę, bo aby zostać powołanym na igrzyska, trzeba przebiec bardzo długi dystans w czasie wielu lat. Osądzanie kogoś, bo nie ma medalu, jest postawą nieludzką i zwykle najłatwiej okazują ją ci, którzy siedzą na kanapie.


Ks. Paweł Prüfer

Doktor habilitowany socjologii, profesor Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim. Autor ponad 300 publikacji naukowych i popularnonaukowych. Jego badania naukowe dotyczą m.in. socjologii religii, socjologii relacji, etyki społecznej i duchowości sportu, zwłaszcza fenomenu biegania. Z zamiłowania pasjonat biegów długodystansowych, w tym maratonów i ultramaratonów, których jak dotychczas przebiegł około dwustu. W Roku Jubileuszowym 2025 przebiegł 365 półmaratonów, o czym wspomina w swojej ostatniej książce Bieg i Bóg opublikowanej w wydawnictwie Norbertinum

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 8/2026