Jest pokusa, by napisać, która Lalka jest lepsza: czy ta z netfliksowej adaptacji w reżyserii Pawła Maślony, czy też kinowa wersja Macieja Kawalskiego. Schodzimy jednak na bok i nie zabieramy głosu w tym narodowym sporze, który jest rozgrzany jak niejedna debata polityczna. Na pewno ważna jest kolejność, w której oglądamy, ja polecałbym jednak zacząć od serialu. Ale dla kogo 2 godziny i 40 minut w kinie jest bardziej pociągające, niech wpierw wybierze się do kina.
Łajdacka powieść
Za narodziny powieści gazetowej uznaje się przemiany francuskiej prasy w 1836 roku. Émile de Girardin, twórca „La Presse”, wprowadził tani model dziennika i rozwinął publikowanie literatury w odcinkach, umieszczając ją w wydzielonej części gazety, zwanej feuilletonem. Przełom przyniosły Tajemnice Paryża Eugène’a Sue, drukowane w „Journal des débats” od 19 czerwca 1842 do 15 października 1843 roku. Ich ogromna popularność ugruntowała formułę powieści odcinkowej i przyczyniła się do jej upowszechnienia.
Dobrze wiemy, że taką powieścią była też Lalka, której kolejne odcinki ukazywały się przez dwa lata, od 1887 do 1889 roku. O tym, jak bardzo była rozchwytywana, niech świadczy fakt, że gdy Prus zrobił sobie przerwę w trakcie ukazywania się II tomu, czytelnicy zasypali redakcję pretensjami i żądaniami drukowania dalszych losów bohaterów. Co ciekawe, inny miał być tytuł powieści. Autor chciał, by Trzy pokolenia opisywały losy Rzeckiego, Wokulskiego i Ochockiego jako protoplastów zmieniającego się świata.
Ten społeczny nerw powieści doskonale wyczuli odbiorcy współcześni Prusowi i podobnie jak powieściowi konserwatyści, potrafili się ostro o niej wypowiedzieć. Stowarzyszenie Nauczycielek Polskich zarzucało, że nie ma w powieści bohaterów wartych naśladowania. Autor nie podsuwał czytelnikowi jednoznacznego morału, a więc jest to literatura mało dydaktyczna. Aleksander Świętochowski posunął się nawet do określenia Lalki mianem „łajdackiej powieści”. To dlatego, że Prus nie dość uderzał w carat i nie tworzył powieści „ku pokrzepieniu serc” jak bardzo popularny wówczas Sienkiewicz. Zasadniczo literacki wymiar tej powieści dostrzegły kolejne pokolenia krytyków – Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Dąbrowska. Co ciekawe, powieść w odcinkach to po angielsku serial literature, nie ma się więc co dziwić, że tak jak nam współczesny serial wywoływała emocje.
Dyskretny urok prowokacji
Niesamowite dla mnie jest to, jak polscy odbiorcy łatwo dają się sprowokować. Marketingowcy Netfliksa, znani z szerokich i kontrowersyjnych akcji reklamowych, i tym razem nie zawiedli. Na plakatach i billboardach okrzyknięto, że Izabela Łęcka ma „daddy issues”, Kazimierz Starski jest „toy boyem”, a Kazimiera Wąsowska balansuje między „femme fatale a feministką”. To gra z odczytaniem psychologicznym bohaterów, które w adaptacji Maślony jest raczej plakatowe. Nie spotykamy w tej wersji wielu bohaterów, a każdy z nich reprezentuje określoną psychologiczną figurę. Producenci promowali też lalkę typu Barbie, która miała imitować świat jak u Izabeli Łęckiej.
Zostańmy przy Izabeli. To ona staje się główną bohaterką serialu. Fabuła nie kręci się wokół perypetii Stanisława Wokulskiego, tylko upadku arystokratycznej rodziny, którą chce ratować mająca ambicje córka. Wszystko jest w tej historii namalowane grubą kreską, co scenę dzieją się rzeczy wywołujące oburzenie, zachwyt, a nawet obrzydzenie. Dobre jest tu skojarzenie z gęstością zdarzeń znaną nam z desek teatru, bo głównym autorem scenariusza jest Paweł Demirski, znany ze skandalizujących dramatów i reżyserii sztuk teatralnych, o których zawsze było głośno. To jednak nie miłość Wokulskiego ani ambicje Łęckiej są tutaj osiami narracyjnymi – całość trzyma w ryzach starcie między arystokracją a nowym mieszczaństwem, emancypantkami a konserwatystami, nizinami społecznymi i ich zdegenerowanymi wyżynami. W tym sensie jest to odczytanie Prusa z ducha marksistowskie, brakuje tam tylko wezwania do walki klas i proletariackiego powstania. A jak walka, to i brutalność, jak brutalność, to wulgarność, która nie omija także eleganckich klas arystokratycznych.
Izabela krzyczy do nielubianego adoratora, i to w miejscu publicznym, na ulicy: „Ty chujcu borsuczy” i w internecie wybucha natychmiast afera na temat tych wulgarnych słów. Szybko jednak wytłumaczono, że „chujec” to słowo z długą tradycją, w staropolszczyźnie – knur, wieprz rozpłodowy. W XVII-wiecznym poradniku gospodarskim zalecano: „Na to też mieć oko, aby jaki na ustroniu nie zamieszał się chujec, który by znacznie pańskim ujmował obroku wieprzom”. I, co ciekawe, „chujec” pochodził nie od wulgarnej nazwy narządu płciowego, a od „chudego” – knury były szczuplejsze od wykastrowanych, hodowanych na mięso i tłuszcz wieprzy. Borsuczy z kolei, bo borsuk kojarzył się z dużą płodnością, więc był to taki „knur na maxa”. Oczywiście my widzimy to mrugnięcie oka scenarzysty, że oto Łęcka wzorem feministek nie przebiera w słowach.
Im głębiej w serial, tym gęściej, bardziej bizarnie, przerażająco niemal. To oczywiście nie jest klimat dokładnie z powieści Prusa, ale już z filmów Maślony tak. Jest tam Eliza Orzeszkowa pisząca w „Bluszczu”, którego naprawdę szczerze nienawidziła, jest namiętność i seks, rodzinne intrygi i mnóstwo dopowiedzianych sytuacji. Bo nie jest to z pewnością drobiazgowe odtworzenie oryginału, ale autorska i prowokacyjna adaptacja powieści Prusa, którą warto prześledzić do końca.
Dopowiedzenia i niedopowiedzenia
Maślona otrzymuje premię za szybkość, bo serial wypuścił wcześniej, Kawalski z kolei musi być doceniony za rozmach produkcji kinowej. Jak już się rzekło, film trwa ponad dwie i pół godziny, a na srebrnym ekranie podziwiamy Marcina Dorocińskiego, Marka Kondrata (choć w 2007 roku zakończył karierę), Maję Komorowską, Agatę Kuleszę, Andrzeja Seweryna… Z nich na szczególne wyróżnienie zasługuje Kondrat, który z maestrią wcielił się w rolę Ignacego Rzeckiego, bohatera romantycznego, z poprzedniej epoki, ale mającego nadzieję na przyszłość. Pani Meliton zagrana przez Agatę Kuleszę jest z kolei postacią uroczo bezpośrednią, dowcipną i choć początkowo nieco cyniczną, to później wierzącą w miłosny sukces Wokulskiego. O aktorstwie tylko tyle, reszta ról była nudnie poprawna, przewidywalna, rozmyta w tle. To, co z kolei bardzo dokładnie widać, to to, że jest to film zrobiony za 63 mln złotych. Począwszy od wnętrz ze smakiem i znawstwem ówczesnych realiów, poprzez różnorodne kostiumy, sceny zbiorowe, po plenery i „odtworzenie” sklepu Wokulskiego.
Pierwsze dwie godziny ogląda się z zachwytem nad przepychem tego filmu. Potem następuje coś, co jest dla mnie nie do pojęcia: tak jak w wersji Maślony Łęcka udaje się do klasztoru, Wokulski prowadzi pseudofilozoficzne rozmowy z Ochockim, a zakończenie, inaczej niż w powieści, dosłownie sugeruje, co stało się ze Stanisławem. Tego nie rozumiem, bo w obu produkcjach wyczuwam strach przed zostawieniem czegoś niedopowiedzianym – nie wiem, czy to niewiara w intelekt widzów, czy potrzeba wprowadzenia dydaktyzmu, którego od Lalki domagało się Stowarzyszenie Nauczycielek Polskich w XIX wieku. W każdym razie w tej realizacji znów na prowadzenie wysuwa się Wokulski z jego historią i aspiracjami. Tu nie spotkamy arystokracji jako masy, ale dość zróżnicowaną w doświadczeniach i ocenie rzeczywistości. Prezesowa Zasławska – u Maślony obraz wstecznictwa i konserwatyzmu, u Kawalskiego gawędzi sobie z Wokulskim o teorii Darwina i nie przyłącza się do sekowania go w towarzystwie. Na plus twórcy uwypuklają nie tylko zaradność finansową Wokulskiego, ale i pragnienie zmiany świata za pomocą rozwoju nauki.
W obu produkcjach, tak rozbudowanych o dodatkowe wątki, brakuje kilku, moim zdaniem, kluczowych. W żaden sposób nie jest wspomniany proces Krzeszowska kontra Stawska o kradzież lalki, w ogóle Helena Stawska jest pominięta jako postać, podobnie jak baronowa Krzeszowska, ledwie epizodyczna. Choć w wersji kinowej pojawia się jeden wątek, w którym Wokulski broni Szlangbauma przed głupimi komentarzami, to jednak antysemityzm w powieści Prusa jest szerzej zarysowany i ma istotne znaczenie dla tej historii.
***
Zabawna była ta wrześniowa dyskusja o nowych adaptacjach Lalki. Wielu powoływało się na serial z 1977 i film z 1968 roku. Oczywiście pozytywne jest zainteresowanie literaturą, jednak w kraju, gdzie przeciętnie rocznie czyta się jedną książkę, a niemały odsetek z nas nie czyta wcale, jest to jakoś zastanawiające. Dziwne jest również odbierania prawa twórcom do własnej interpretacji tego, co w sztuce nazywamy licentia poetica. Niektórzy używają argumentu, że Prus w grobie się przewraca na takie odczytania Lalki. Myślę jednak, że jej autor cieszyłby się z takiego zainteresowania swoją powieścią, a także zauważyłby coś jeszcze – że dzięki jego literaturze można coś znów powiedzieć o społeczeństwie, tak jak on próbował to robić w XIX wieku.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











