Kamera wie, co czujesz. Czy mamy prawo do własnego wnętrza?

Jeszcze niedawno wystarczało, że kamera rozpoznaje twarz. Dziś coraz częściej ma odpowiedzieć na trudniejsze pytanie: co oznacza ten szczególny uśmiech, nerwowy tik albo zwężenie oczu?
Czyta się kilka minut
fot. Sp3n/Adobe Stock
fot. Sp3n/Adobe Stock

Dawno przestałem oglądać talent shows, więc nie wiem, czy podobne pomysły jeszcze się zdarzają. Ale pamiętam jeden z programów sprzed lat. Czekający na werdykt uczestnicy byli podłączeni do aparatury, a widzowie obserwowali na ekranie wskaźniki ich ciśnienia czy tętna. Miało być ciekawiej: zobaczmy, kogo naprawdę zżerają nerwy. Już wtedy coś mi w tym zgrzytało. Ci ludzie się zgodzili. Wiedzieli, że występują przed kamerami i że emocje są częścią widowiska. A jednak publiczne wystawianie fizjologicznych reakcji człowieka wydawało mi się przekroczeniem granicy. Twarz można opanować. Można się uśmiechnąć, choć człowiekowi nie jest do śmiechu. Serce trudniej poprosić, żeby na chwilę zagrało rolę twardziela.

Dziś tamten telewizyjny trik wygląda niewinnie. Technologia próbuje już nie tylko ustalić, kim jesteśmy, lecz także wywnioskować, co czujemy.

Od twarzy do emocji

Systemy rozpoznawania twarzy nie są już futurystycznym gadżetem. Od kwietnia 2026 roku unijny Entry/Exit System działa na zewnętrznych granicach strefy Schengen i zapisuje u podróżnych spoza UE m.in. obraz twarzy oraz odciski palców. Do sierpnia zarejestrował ponad 150 mln wjazdów i wyjazdów. Tu jednak chodzi tylko o to, kto stoi przed kamerą.

Kolejny etap nazywa się emotion recognition lub affective computing. Na podstawie mimiki, głosu, gestów lub sygnałów fizjologicznych systemy IT próbują rozpoznawać emocje i intencje. Jedną z pionierek tej dziedziny jest Rosalind Picard z MIT Media Lab. Już w latach 90. opisywała wraz z Jennifer Healey „affective wearables” – urządzenia ubieralne analizujące m.in. przyspieszone tętno, przewodnictwo skóry, napięcie głosu czy gesty. Nowe jest to, że dziś podobną analizę można prowadzić automatycznie wobec ogromnej liczby osób jednocześnie.

Kamera widzi ruchy twarzy, mikrofon analizuje barwę głosu, smartwatch mierzy rytm serca, sen i aktywność fizyczną, a smartfon zna naszą lokalizację i wiele codziennych nawyków. Osobno te informacje niewiele znaczą. Złożone razem tworzą coraz dokładniejszy obraz życia.

Shoshana Zuboff w Wieku kapitalizmu inwigilacji opisywała gospodarkę, w której ludzkie doświadczenie staje się surowcem do przewidywania zachowań i wpływania na nie. Dotychczas sprawdzano głównie, co robimy: gdzie klikamy, czego szukamy, co kupujemy. Emotion AI dokłada pytanie bardziej intymne: co dzieje się z nami, kiedy to robimy?

Zmarszczone brwi nie są diagnozą

Człowiek od zawsze próbował czytać drugiego człowieka. Zauważamy drżące ręce, uciekający wzrok, pot na czole, zwalnianie lub przyspieszanie mowy. Czasem dzięki temu okazujemy empatię: rodzic widzi lęk dziecka, lekarz napięcie pacjenta. Sama obserwacja nie jest niczym złym. Tyle że człowiek może się pomylić. Komputer także – nawet jeśli wynik podaje z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku.

Lisa Feldman Barrett z Northeastern University wraz z zespołem przeanalizowała badania dotyczące sześciu podstawowych emocji. Wnioski opublikowane w „Psychological Science in the Public Interest” są znacznie ostrożniejsze niż marketingowe obietnice technologii. Uśmiech częściej towarzyszy szczęściu, a zmarszczone brwi złości, ale ekspresja w dużym stopniu zależy od osoby, kultury i sytuacji. Ten sam grymas może znaczyć coś innego. Podobnie jest z fizjologią. Przyspieszone tętno jest faktem. Przyczyna już interpretacją. Może oznaczać strach, ekscytację, wysiłek, chorobę albo wypitą przed chwilą kawę. Kamera może więc poprawnie zauważyć uśmiech. Nie wie jeszcze, dlaczego się uśmiechasz.

Poligraf bez kabli

Dobrą przestrogą jest wykrywacz kłamstw. Poligraf od dziesięcioleci mierzy zmiany oddechu, ciśnienia, pulsu czy przewodnictwa skóry, a następnie próbuje na tej podstawie wnioskować o oszustwie. Tyle że urządzenie nie stwierdza kłamstwa, a tylko pobudzenie organizmu. Na ten fakt już w 2003 roku zwracała uwagę amerykańska National Research Council po analizie wielu publikacji naukowych. Ktoś może się stresować, choć mówi prawdę. Inny kłamie i zachowuje spokój.

Dobrze więc, że w Polsce do badań poligraficznych podchodzi się ostrożnie: są dopuszczalne, także w postępowaniu karnym, lecz podlegają ograniczeniom. Wymagają zgody badanej osoby, nie mogą być częścią przesłuchania, a ich wynik nie rozstrzyga o winie. Aparatura pozostaje więc narzędziem pomocniczym, a nie maszyną, która potrafi zajrzeć człowiekowi do głowy.

Emotion AI nie jest nowoczesnym poligrafem w sensie technicznym. Mechanizmy są inne. Pokusa jest jednak podobna: z sygnału płynącego z ciała wyprowadzić wniosek o tym, co dzieje się wewnątrz człowieka. A potem potraktować wniosek jak fakt.

Na rozmowie kwalifikacyjnej może powstać etykieta: kandydat słabo znosi stres. W szkole: uczeń się nudzi. Podczas przesłuchania: odpytywany zachowuje się podejrzanie. Problem w tym, że takie wnioski wpływają na decyzje wobec konkretnej osoby.

Europa stawia granicę

To ryzyko dostrzega unijny AI Act. Definiuje system rozpoznawania emocji jako sztuczną inteligencję, która na podstawie danych biometrycznych identyfikuje emocje lub intencje człowieka albo wyciąga o nich wnioski – od radości i smutku po zawstydzenie czy pogardę. Co ważniejsze, Unia zakazała wykorzystywania takich systemów do wnioskowania o emocjach w miejscu pracy i instytucjach edukacyjnych, poza zastosowaniami medycznymi oraz związanymi z bezpieczeństwem. AI Act zakazuje też części biometrycznej kategoryzacji, jeśli miałaby służyć wyciąganiu wniosków np. o przekonaniach religijnych, poglądach politycznych czy orientacji seksualnej.

To znaczący moment. Prawo nie mówi przecież, że mimika, głos czy puls są bezwartościowymi danymi. Podkreśla raczej, że są sytuacje, w których nie wolno budować na ich podstawie automatycznej diagnozy człowieka.

W przypadku policji i służb sprawa jest bardziej skomplikowana. AI Act przewiduje ograniczenia i wyjątki dla biometrycznej identyfikacji w przestrzeni publicznej. Państwo ma obowiązek chronić obywateli i ścigać przestępstwa, lekarz może potrzebować danych fizjologicznych, a system wykrywający zmęczenie kierowcy może ratować życie. Możliwość obserwacji nie oznacza jednak jeszcze prawa do obserwacji.

Po drugiej stronie lustra

Najlepiej oddaje to chyba lustro weneckie. Po jednej stronie ktoś patrzy. Po drugiej ktoś jest oglądany, często nie wiedząc nawet, co dokładnie obserwator widzi i jakie wyciąga wnioski. Technologia radykalnie wzmacnia tę asymetrię. Kiedy widzę, że rozmówca się denerwuje, on także widzi mnie. Może powiedzieć: mylisz się. Może wyjaśnić, że trzęsą mu się ręce z zimna. Algorytm może natomiast analizować tysiące twarzy, zapisywać wyniki i łączyć je z historią zakupów, snem, aktywnością czy lokalizacją. Człowiek może nawet nie wiedzieć, że powstał na jego temat jakiś wniosek.

I właśnie tu wraca prof. Zuboff. Inwigilacja cyfrowa nie musi wyglądać jak kamera tajnej policji z filmu. Może mieć formę zegarka, który kupiliśmy sami, aplikacji, której zaakceptowaliśmy regulamin, albo systemu, który obiecuje lepiej dopasowaną usługę. Zgoda pozostaje ważna. Nie rozwiązuje jednak każdego problemu moralnego. Człowiek może zgodzić się na bardzo wiele, zwłaszcza gdy ceną odmowy jest utrata usługi, pracy, udziału w programie albo społeczna niewygoda. Nie wszystko jednak, na co można uzyskać zgodę, powinno się robić. Techniczna możliwość też nie daje jeszcze moralnego prawa do zaglądania coraz głębiej.

Najskrytsze miejsce

Kościół włącza się w tę dyskusję, proponując własny, precyzyjny język. Soborowa konstytucja Gaudium et spes nazywa sumienie „najskrytszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka” – miejscem, w którym człowiek pozostaje sam na sam z Bogiem.

Nie należy oczywiście tętna, mimiki czy tonu głosu utożsamiać z sumieniem. Właśnie dlatego ta granica jest tak istotna. Prawda o jednostce ludzkiej nie wyczerpuje się w tym, co można zmierzyć, zarejestrować i przeliczyć. Nawet najdokładniejszy zapis reakcji organizmu pozostaje opisem sygnałów – nie pełnym dostępem do osoby. Słyszymy, że komuś drży głos, ale nie wiemy, dlaczego się stresuje. Rejestrujemy uśmiech, lecz nie potrafimy bezbłędnie rozstrzygnąć, co oznacza: radość, zakłopotanie czy próbę zachowania twarzy. Choć możemy zmierzyć czyjś puls, nie znamy intencji badanego.

Być może właśnie tego brakowało mi przed laty w telewizyjnym talent show. Uczestnik zgodził się pokazać twarz milionom widzów. Nie byłem pewien, czy powinniśmy jeszcze zaglądać mu pod skórę.

Dziś stawka rośnie. Kamera, mikrofon i zegarek widzą, słyszą i zapisują coraz więcej. Dlatego coraz ważniejsze staje się pytanie nie o to, co technologia potrafi odczytać, lecz o to, do czego człowiek powinien zachować prawo wyłącznego dostępu. Może jednym z takich miejsc powinno pozostać jego własne wnętrze.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 43/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Kamera wie, co czujesz