Od ćwierć do pół miliona protestujących licealistów, ponad 500 zamkniętych szkół – z czego jedna trzecia wszystkich szkół średnich Paryża – gwałtowne starcia, w których raniono ponad 500 policjantów, 100 nauczycieli oraz 200 uczniów, wreszcie zatrważająca liczba 6 tys. aresztowanych licealistów. O co w tym wszystkim chodzi? Francuzi przyzwyczaili się już do permanentnego buntu żółtych kamizelek, ale nagłość, skala i temperatura protestów szkolnych zaskoczyły wszystkich. Tym bardziej że rozlały się one jeszcze podczas wizyty apostolskiej Leona XIV, zaś ich wybuch nastąpił niedługo po jej zakończeniu. Czy manifestacja francuskiej młodzieży jest „za” czy też „przeciw” tej pielgrzymce? Opinie są skrajnie różne. Tymczasem prawda dryfuje tu między skrajnościami.
Lewica głośna, lecz niedominująca
Ogólnokrajowy protest zaczęli 21 września uczniowie liceum Saint-Exupéry'ego w Créteil, jednym z kilkudziesięciu miast otaczających aglomerację Wielkiego Paryża i będących jego „sypialniami”. Hasło strajku szkolnego szybko zyskało na sile, manifestacje przeniosły się do centrum miasta i stały się coraz głośniejsze. Na największej z nich, w historycznym Saint-Denis, 5 października zgromadziło się 60 tys. uczniów i strajk przybrał charakter permanentny. Tydzień później do protestujących dołączyła słynna aktywistka Greta Thunberg, co jeszcze bardziej skierowało uwagę mediów na młodych, zbuntowanych Francuzów.
Rząd bije na alarm, gdyż protesty nie zawsze mają pokojowy charakter. W niektórych miejscach dopuszczono się dewastacji szkolnych budynków, zaś obrzucanie policyjnych kolumn ciężkimi przedmiotami stało się już normą. Premier Sebastien Lecornu, powołując się na notatkę służb specjalnych, oskarżył nawet partię Niepokorna Francja (La France insoumise, w skrócie LFI) o zorganizowanie, rękami licealistów, pełzającego zamachu stanu. LFI, która według norm językowych narzucanych przez media głównego nurtu winna zostać określona mianem „partii skrajnie lewicowej”, oraz jej lider, marksista Jean-Luc Mélenchon, kolejny już raz szykujący się, nie bez szans, do objęcia urzędu prezydenta państwa, rzeczywiście sporo w ostatnim strajku namieszali. Jednak robienie z ludzi LFI przywódców tego protestu (co w Polsce czyni chociażby „Nasz Dziennik”) jest nadużyciem. Dziennik „Le Monde” szybko zareplikował, że aktywiści partii Mélenchona skupieni są głównie wokół Saint-Denis, notorycznej dzielnicy paryskiego buntu, uchodźców i marihuany. A także łatwo dostępnej dla dziennikarzy. Poza nią pozostaje wszak jeszcze cała reszta młodej Francji, która niekoniecznie chce wymachiwać czerwonymi sztandarami z sierpem i młotem.
Jak przed 1789 rokiem
Odpowiedzi na pytanie „Czego chcą protestujący?” może nam udzielić geografia. Mapa strajkujących szkół obejmuje obecnie całą Francję, jednak większość z nich koncentruje się wokół Paryża. To „wokół” jest chyba kluczem do zagadki, gdyż największe zagęszczenie uczniowskiego „nie!” obejmuje szkoły zlokalizowane nie tyle w samej stolicy, ile w miastach podmiejskiego wianuszka, takich jak Créteil. To mateczniki ubożejącej klasy średniej. Ani zbyt lewicowe, ani też, jak dotąd, specjalnie antysystemowe czy też prokatolickie. Jeśli można sobie wyobrazić stereotyp przeciętnego Francuza, mieszka on właśnie tam. I to przede wszystkim dla niego skonstruowana była, w teorii, cała agenda dobrodziejstw powszechnej, laickiej edukacji.
I nagle dowiadujemy się, że „coś poszło nie tak”. Dlaczego? Otóż ów sławetny żaglowiec powszechnej oświaty, latami niedoregulowany jako przecież prawie doskonały, zaczął rdzewieć w spojeniach i przeciekać. I co najważniejsze: nie widać tego na kapitańskim mostku, lecz na dolnych pokładach, czyli na prowincji. Nawet tej najbliższej, odległej zaledwie 20–30 km od centrum stolicy.
Efekty? Odsetek osób z wyższym wykształceniem zamieszkujących Paryż jest obecnie dwukrotnie wyższy niż ogólnofrancuska średnia. Co gorsza, rozziew ten jest jest tym większy, im młodszych dorosłych dotyczy badanie. Znaczy: idzie ku coraz gorszemu. Szkoły, poza tymi najlepszymi, dla dzieci elit, są od lat niedoinwestowane, a na prowincji zdarza się nawet, że – przepraszam za dosadność, lecz język młodzieży nie znosi półsłówek – na korytarzu zionie smrodem ze źle wentylowanego kibla. Niedopłacani nauczyciele nie garną się do pracy, klasy są przepełnione itd. Resztę znamy z polskiego podwórka.
Kością niezgody stał się dla tych „przeciętnych młodych” system Parcoursup. To elektroniczny system weryfikacji maturzystów aplikujących na studia wyższe. W teorii bezstronny, a zatem doskonale sprawiedliwy. I co ważne – obecnie jedyna forma wyboru przez uczelnie przyszłych studentów. Po kilku latach jego funkcjonowania wyszło na jaw, że algorytmy systemu faworyzują szkoły o największym prestiżu, w praktyce szkoły synów i córek paryskiej burżuazji. W dodatku rozwinęła się sieć rekrutacyjnych doradców, którzy wskazują uczniom, gdzie mają kliknąć lub jak odpowiednio wypełnić rubryki. Oczywiście za ciężkie pieniądze. W rezultacie największe szanse dostać się na studia mają teraz dzieci bogaczy. Jak przed rewolucją 1789 roku... Uczniowie uboższych, mniej renomowanych liceów, zdając sobie sprawę z tych nierówności, często rezygnują z aplikowania na studia, wiedząc, że ich starania i tak nic nie dadzą.
Parcoursup wyklucza także, w momencie startu, integracyjne możliwości dzieci uchodźców, głównie muzułmańskich, chcąc nie chcąc pogłębiając widziany gołym okiem ogólnofrancuski kryzys społeczny. Większość młodych Francuzów domaga się więc jego zniesienia. A razem z nimi duża część uczniów liceów katolickich. Nie podobają nam się burdy, palenie ławek i atakowanie policjantów – mówią młodzi katolicy – lecz jeśli chodzi o meritum sporu, jesteśmy solidarni z resztą rówieśników.
Rewolucja zmienia barwy
Wszystko to jest czymś znamiennym w kraju, który właściwie od czasów swojej rewolucji uczynił hasło powszechnej, świeckiej oświaty niejako czwartym po postulatach wolności, równości i braterstwa. Kluczowe były tu lata 80. XIX stulecia, kiedy to obowiązek szkolny rozszerzono na wszystkie dzieci, uczące się w gminnej sieci bezpłatnych szkół podstawowych. Co ciekawe, ten pozytywny ze strony państwa trend wiązał się jednak z tendencjami monopolizującymi, które można by nawet nazwać totalizującymi. Gdy wprowadzano te reformy, Francja była krajem wielojęzycznym – tylko połowa jej mieszkańców mówiła po francusku. Reszta po bretońsku, flamandzku, niemiecku (w Alzacji), baskijsku, wreszcie po okcytańsku, w języku południa Francji, którym mówiło wtedy prawie 40 proc. obywateli całego państwa. W ciągu jednego-dwóch pokoleń skutecznie „wyczyszczono” te odrębności, w sposób bezwzględny poniżając i karząc uczniów mówiących rodzimą mową. Jeżeli Francja uznawana jest dziś za kraj jednojęzyczny, jest to właśnie „zasługą” administracyjnych wytycznych sprzed 150 lat.
Równolegle z likwidowaniem odrębności etnicznych rozprawiano się z wpływami Kościoła. Zaczęło się od masowego usuwania z klas księży, zakonników i zakonnic, które to osoby do końca XIX wieku stanowiły, szczególnie na wiejskiej prowincji, zasadniczy element korpusu nauczycielskiego. Na przełomie wieków już ich w państwowych szkołach nie było. Zlikwidowano zatem ważne ogniwo systemu, jaki sprawdzał się we Francji od tysiąca lat.
Wyrugowano religię ze szkół, zaś świadomie katolickim rodzicom pozostały jedynie szkoły prywatne. I nad nimi ostatnio zaczęły zbierać się ciemne chmury. Zaczęło się to osiem lat temu, kiedy to weszły w życie przepisy ograniczające działalność katolickich szkół tzw. pozakontraktowych, czyli niekorzystających z finansowego wsparcia państwa. Czytaj: niezależnych od państwowego programu, w którym liberalnie pojęta „świeckość” (laïcité) odgrywa niepoślednią rolę. Nadzór państwa nad tymi ostatkami niezależnego katolickiego wychowania staje się coraz silniejszy, a niedawno wręcz zapowiedziano w tej dziedzinie dalsze zaostrzenia. Dodajmy, że w 2022 roku znacznie ograniczono możliwości nauczania domowego (teraz w praktyce znacznie trudniej jest o uzyskanie tego statusu dla dziecka niż w Polsce), a już w 2019 roku obowiązek szkolny rozszerzono z sześciolatków na trzylatki, czyli żłobki. Rozpędzone państwo zdjęło nogę z hamulców. Protesty licealistów są pierwszą, tak wyraźną oznaką, że ta droga prowadzi donikąd.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











