Felieton ten piszę w cztery dni po napisaniu artykułu o protestach francuskich licealistów, cykl produkcyjny „Przewodnika” sprawia, że oba teksty ukazują się w tym samym wydaniu. Ale dzieli je przepaść! Inną Francję widziałem opisując wystąpienia młodzieży, kiedy to przypadki demolki szkolnych budynków czy atakowania policjantów – choć już wtedy wcale nierzadkie – można było jeszcze od biedy podciągnąć pod kategorię „wypadków przy pracy”. Zupełnie inna, przerażająca twarz Marianny (synonim Francji) wyłania się nam dzisiaj. Setki spalonych samochodów, tysiące (tak, tak) zrabowanych sklepów, poturbowani właściciele, ranni policjanci, dziennikarki brutalnie napastowane na oczach kamer. Do tego ten ratusz w Limoges – dotąd symbol Francji sytej, spokojnej i dalekiej od skrajności. Przyznam się, że patrząc, jak wali się w gruzy spalona zabytkowa wieża, poczułem echo tego samego dreszczu, jaki przeszedł mnie, gdy oglądałem padające wieże World Trade Center. Dreszcz był słabszy, ale też bardzo nieprzyjemny. Żegnaj cywilizacjo – nadchodzi era chaosu i ciemności.
Skądinąd nasuwa się pytanie, czy sprawcy aktów przemocy i wandalizmu sprzed kilku dni, to byli rzeczywiście uczniowie, czy też osobnicy królujący dzisiaj na ulicach Paryża, Lyonu czy Marsylii? Wiemy już na sto procent, że i wtedy, i teraz do pokojowych protestów obywateli ochoczo dołączyły anarchistyczne bojówki skrajnej lewicy. Tyle że teraz element ładu i logiki zanikł zupełnie. Pozostała naga uliczna przemoc. A jeśli ktoś z „żółtych kamizelek” usiłował jeszcze, ramię w ramię, protestować z ulicznikami, zapewne szybko zwinął się do domu, w obawie o własną skórę.
Bo anarchiści tylko rozpalili ten płomień. Za nimi, uradowana, wyszła na ulicę chuliganeria. A za nią tysiące przybyszów, głównie z Afryki, ich dzieci i wnuków. Ludzi, którzy mieli się we Francji zintegrować, a jednak się nie zintegrowali. Jedni i drudzy zjednoczyli się w tłumie rządzącym się już tylko prawem pogromu. Trzeba powiedzieć wyraźnie: tak postępuje dzicz. I to jest w istocie dzicz, za przeproszeniem pani Natalii Budzyńskiej. Nie uchodźcy, ale ci spośród nich, którzy przyłączyli się do masowego wandalizmu. Bo zarówno rdzennie francuscy chuligani, jak i czarni czy też oliwkowi synowie przybyszów dobrowolnie i chyba świadomie odrzucają wszystko, co wiąże się z francuską cywilizacją, kulturą i tożsamością.
Europejska lewica od lat jak ognia unika łączenia problemów społecznych z jakąkolwiek kwestią kulturową. Przyczyną wystąpień, które od lat już z coraz większą intensywnością demolują francuskie ulice, może być wszystko: socjalna dyskryminacja, braki w edukacji, nawet ekologia – tylko nie różnice kulturowe. Bo różnic kulturowych nie ma i być nie może, a każdy, kto o nich wspomina, jest podejrzany o tendencje profaszystowskie. Taka ślepa na jedno oko perspektywa narzucana była mediom przynajmniej do niedawna, póki jeszcze można było przykrywać pęczniejący problem kołderką propagandy. Dziś już chyba nawet ślepy widzi, że to nieprawda. Na naszych oczach Francja się rozpada, a następne tego rodzaju protesty będą jeszcze gorsze. Bo niedostatek reakcji państwa tylko rozzuchwali rozwydrzeńców. Chyba że nastąpi prawdziwe otrzeźwienie, polegające na odróżnieniu słusznych postulatów społeczności arabsko-afrykańskich od zwykłej, dzikiej bandyterki. Ale do tego trzeba, by rządzący przyznali, że francuski kryzys ma głębokie korzenie cywilizacyjne. Zdolna jesteś do tego Marianno?
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











