Kłamca dostał alibi. Jak deepfake pomaga unieważniać prawdę

Czy można wygrać każdy spór, nazywając niewygodny dowód deepfakiem? Sztuczna inteligencja nie tylko ułatwia produkowanie fałszu. Daje też alibi ludziom, którzy chcą wyprzeć się prawdziwych słów i czynów.
Czyta się kilka minut
fot. Saifulasmee Chede/Getty Images
fot. Saifulasmee Chede/Getty Images

Ile trucizny trzeba wlać do studni, żeby cała wieś przestała z niej pić? Czasem ani kropli. Wystarczy zawiesić tabliczkę: „Woda skażona”. Z prawdą może być podobnie. Sztuczna inteligencja pozwala tworzyć fałszywe nagrania. Ale jej groźniejszym skutkiem może być podważanie tych prawdziwych. Człowiek przyłapany na gorącym uczynku nie musi już dowodzić, że nie zrobił tego, co widzimy. Wystarczy, że powie: „To nie ja. To algorytm”.

Sposób na wygranie każdego sporu

Mam znajomego, z którym różnię się politycznie. Kiedy przywołuję wydarzenie stawiające jego stronę w złym świetle, zwykle słyszę: fake news albo deepfake. Nie wiem, czy rzeczywiście za każdym razem wierzy, że materiał został sfałszowany. Skutek jest jednak niemal zawsze ten sam: rozmowa o konkretnym wydarzeniu zmienia się w spór o to, czy w ogóle miało ono miejsce. Informacja korzystna dla znajomego jest dowodem. Niekorzystna – manipulacją. Kogoś takiego nie można pokonać faktami, bo tylko on decyduje, co wolno uznać za fakt. Nie musi przy tym świadomie kłamać. Psycholodzy mówią o motywowanym rozumowaniu. Wiadomość zgodną z naszymi przekonaniami przyjmujemy bezkrytycznie. Taką, która im przeczy, prześwietlamy z podejrzliwością prokuratora.

Często słyszę, że ludzie przestali szanować fakty. Tyle że nigdy nie darzyli ich bezwarunkową miłością. Propaganda i plotka nie narodziły się wraz z internetem. Emocje, interes i lojalność grupowa zawsze wpływały na ludzkie sądy. Nowe są: skala, tempo i coraz rzadsza zgoda na autorytet naukowy, moralny czy prawny, który może rozstrzygnąć, co naprawdę się wydarzyło. Postprawda nie oznacza, że fakty zniknęły. Utraciły jednak prawo do ostatniego słowa. Zamiast rozstrzygać między opiniami, same stają się jedną z konkurujących opowieści. O ich przyjęciu decyduje nie tylko zgodność z rzeczywistością. Liczy się również zgodność z naszym gniewem, lękiem i polityczną tożsamością. Deepfake nie stworzył relatywizmu. Dał mu techniczny język. I wygodne pozwolenie, by nie wiedzieć.

Znajomy nie musi zatruwać studni. Wystarczy, że na wiadrze wyciągniętym przez przeciwnika przyklei kartkę: „Nie pić”. Co może zrobić z takim narzędziem polityk, za którym stoją sztab, pieniądze i miliony obserwujących?

Premia dla kłamcy

Robert Chesney i Danielle Citron nazwali to zjawisko „premią kłamcy”. Na deepfake’ach korzystają nie tylko ludzie produkujący fałszywe materiały. Zyskują również ci, którzy chcą uniknąć odpowiedzialności za prawdziwe słowa i czyny. Im więcej wiemy o możliwościach sztucznej inteligencji, tym wiarygodniej brzmi zdanie: „Każdy mógł to wygenerować”.

W 2024 roku do internetu trafiło nagranie, na którym David Speirs, były lider opozycji w australijskim stanie Australia Południowa, wyglądał, jakby wciągał biały proszek. Polityk stanowczo przekonywał, że film jest deepfakiem. Później przyznał, że wymyślił tę obronę. Nie potrzebował fałszywego filmu. Wystarczyło, że jest technologia, na którą można zrzucić winę.

Podobny problem pojawił się w sądzie. Rodzina mężczyzny, który zginął w wypadku Tesli, chciała zapytać Elona Muska o jego nagrane wypowiedzi dotyczące Autopilota. Prawnicy firmy przypomnieli, że miliarder bywa celem deepfake’ów. Sędzia Evette Pennypacker uznała ten argument za głęboko niepokojący. Sama możliwość podrobienia nagrania nie może przecież uwalniać osoby publicznej od odpowiedzialności za zarejestrowane słowa.

Nie znaczy to, że wystarczy powiedzieć: „deepfake", aby unieważnić dowód. Sądy mają oryginalne pliki, świadków, biegłych i procedury potwierdzania autentyczności. AI nie odbiera nagraniom wartości. Sprawia jednak, że prawdy trzeba dowodzić dłużej, drożej i bardziej przekonująco.

W kampanii wyborczej nikt nie czeka na opinię biegłego. Zaprzeczenie przenosi uwagę z zachowania polityka na techniczne pytania o plik. Zanim dziennikarze sprawdzą jego pochodzenie, jeden obóz zobaczy dowód winy. Drugi – dowód spisku.

Kamera jeszcze nie umarła

Nie ogłaszajmy jednak śmierci prawdy. Badania nie pokazują, że ludzie przestali wierzyć wszystkim nagraniom. W pięciu eksperymentach obejmujących ponad 15 tys. Amerykanów polityk nazywający prawdziwe doniesienie dezinformacją chronił część swojego poparcia skuteczniej niż ten, który milczał lub przepraszał. Strategia najlepiej działała jednak wobec tekstu. Była znacznie mniej skuteczna, gdy odbiorcy widzieli film. Badacze nie stwierdzili też ogólnego spadku zaufania do mediów. Kamera wciąż ma siłę. Zmieniła się za to pozycja nagrania. Kiedyś obraz kończył spór: „Przecież widać”. Dzisiaj coraz częściej go rozpoczyna: „Skąd wiemy, że to nie zostało zrobione na komputerze?”. To rozsądne pytanie. Łatwowierność nigdy nie uchodziła za cnotę. Problem w tym, że chętniej sprawdzamy materiały niewygodne dla naszej strony.

Badania sugerują również, że samo ostrzeganie przed deepfake’ami nie poprawia naszej zdolności rozpoznawania manipulacji. Może za to zwiększać skłonność do uznawania prawdziwych filmów za fałszywe. W brytyjskim eksperymencie polityczny deepfake częściej wywoływał nie wiarę w kłamstwo, lecz niepewność. A ta obniżała zaufanie do wiadomości w mediach społecznościowych.

Możemy więc popełnić dwa przeciwne błędy. Uwierzyć w fałszywe nagranie, bo potwierdza nasze poglądy. Odrzucić prawdziwe, bo im zagraża. Najgroźniejszym produktem AI może nie być film, którego nie odróżnimy od rzeczywistości. Może nim być nawyk uznawania każdej niewygodnej rzeczywistości za produkt AI.

Nie licz palców

Nie wystarczy uczyć ludzi, by liczyli palce, obserwowali mruganie i szukali nienaturalnego ruchu ust. Takie rady starzeją się szybciej niż technologia. Coraz ważniejsze będzie nie tylko to, co widzimy na ekranie, lecz także skąd pochodzi materiał. Czy istnieje oryginalny plik? Kto go zarejestrował? Czy zdarzenie potwierdzają świadkowie? Czy są inne nagrania?

Standard C2PA pozwala dołączać do treści informacje o ich autorze i dokonanych zmianach. Taka cyfrowa metryka może potwierdzić pochodzenie pliku. Nie odpowie jednak na pytanie, czy kamera pokazała całe zdarzenie. Autentyczny film także można wyrwać z kontekstu. Autentyczność, pochodzenie i prawdziwość to trzy różne sprawy.

AI Act nakazuje oznaczanie deepfake’ów. Etykieta może ostrzec przed fałszem. Nie powstrzyma jednak osoby, która prawdziwe nagranie nazwie deepfakiem. Technologia może pomóc chronić studnię. Nie odbierze nikomu możliwości zawieszenia na niej fałszywego ostrzeżenia.

Wyrzec się własnej twarzy

Dla chrześcijanina nie jest to tylko spór o cyfrowe dowody. Twarz i głos pozwalają rozpoznać konkretną, niepowtarzalną osobę. Za ich pośrednictwem człowiek staje przed drugim człowiekiem i bierze odpowiedzialność za swoje słowa. Leon XIV w orędziu na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu w 2026 roku Chronić ludzkie głosy i twarze nazywa to wyzwaniem antropologicznym, a nie tylko technologicznym. Algorytm wie, jak przywłaszczyć sobie czyjąś twarz i głos. Premia kłamcy pozwala zrobić coś odwrotnego – wyrzec się własnej twarzy i głosu, kiedy przestają nam służyć. 

Ósme przykazanie kojarzymy z zakazem mówienia nieprawdy. Wspólne życie wymaga jednak również uznania prawdy, kiedy składa niewygodne świadectwo. Katechizm przypomina za św. Tomaszem z Akwinu, że ludzie nie mogliby żyć razem bez wzajemnego zaufania i przekazywania sobie prawdy. Bez tego nie zadziała sąd, polityka ani rodzina. Nie uda się nawet zwykła rozmowa o tym, co wydarzyło się wczoraj.

Odpowiedzią nie może być naiwność. „Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie” – pisał św. Paweł. Badanie różni się jednak od cynizmu. Człowiek roztropny pyta o dowody. Cynik uznaje, że żadnym dowodom nie można ufać. Gdy każde świadectwo da się odrzucić, odpowiedzialność staje się kwestią społecznej lub politycznej przynależności. Swoim wierzymy. Obcym nie.

Informacje o śmierci prawdy są mocno przesadzone, ale dotarcie do niej wymaga coraz więcej pracy. Równie ważna jak technologia może się więc okazać uczciwość wobec siebie. Czy naprawdę chcę sprawdzić, co się wydarzyło? Czy tylko szukam argumentu, który ocali moje wcześniejsze przekonanie?

Kłamca może zatruć jedną studnię. Pełne zwycięstwo odnosi dopiero wtedy, gdy przekona nas, że czystej wody nie ma już nigdzie.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 39/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Kłamca dostał alibi