Proces produkcyjny farmaceutyków najczęściej nie interesuje pacjenta przy aptecznej kasie. Najważniejsza jest dostępność, skuteczność, bezpieczeństwo i cena. Na każdą z nich wpływa jednak kwestia pochodzenia leku i zawartych w nim substancji. Niestety wyżej wymienione cechy często nie idą w parze. Mowa szczególnie o dostępności i cenie, które stoją wręcz do siebie w opozycji. Co gorsza, z powodu tej korelacji negatywnej łatwo wpędzić się w pułapkę. Stawiając na niską cenę, można uzależnić się od jednego dostawcy, co zaś na dłuższą metę staje się ryzykowne z punktu widzenia właśnie dostępności. W przypadku najważniejszych farmaceutyków ważne jest, by kraj w miarę możliwości zapewnił sobie tzw. lekową suwerenność. Niestety w Polsce od dawna jest z tym nie lada problem.
Komu ufać
Zaledwie 30 proc. leków używanych nad Wisłą jest pochodzenia krajowego. Tak więc pozostałe 70 proc. zapewnia import, głównie z innych państw Unii Europejskiej. Według Eurostatu, aż 90 proc. sprowadzanych do kraju preparatów jest kupowana od innych państw członkowskich. Przewaga handlu wewnątrzunijnego nie jest niczym szczególnym, gdyż w całej UE odpowiada on za dwie trzecie importu leków. Nie licząc malutkiej Malty, jedynie w Słowenii handel z podmiotami spoza UE odgrywa zdecydowanie większe znaczenie w imporcie niż wymiana z innymi członkami Wspólnoty. Wynika to z faktu, że Słowenia sama jest dużym producentem i eksporterem leków, więc najpierw sprowadza półprodukty i substraty, które następnie reeksportuje w formie własnych preparatów.
Według tegorocznego raportu Centrum Strategii Rozwojowych Mapa zależności lekowej, najważniejszym dostawcą preparatów medycznych do Polski są Niemcy, które odpowiadają za niemal jedną piątą importu. Kolejne to Węgry, Belgia i Austria, których udział zawiera się w przedziale 11-13 proc. dla każdego z nich. Pozostali partnerzy handlowi notują wyniki jednocyfrowe, więc źródła farmaceutyków na pierwszy rzut oka są w Polsce całkiem zdywersyfikowane. Chiny odpowiadają tylko za 1,2 proc. importu produktów leczniczych, a Indie za niespełna 1 proc. Nie zmienia to faktu, że zdecydowaną większość leków sprowadzanych do Polski spoza UE stanowią produkty z Azji. Preparaty z Ameryki Północnej (USA i Kanada) to zupełny margines, który dotyczy przede wszystkim tzw. importu docelowego, czyli farmaceutyków sprowadzanych na specjalne zamówienia dla konkretnego pacjenta. Warto jednak pamiętać, że rzeczywisty udział produktów medycznych z Azji i Ameryki Północnej może być nieco wyższy, gdyż część z nich pojawia się na polskim rynku jako wymiana handlowa wewnątrz UE, czyli trafia nad Wisłę przez państwa pośredniczące, w których na przykład zlokalizowane są węzły logistyczne (mowa szczególnie o Holandii i Belgii, gdzie funkcjonują największe porty towarowe w Europie).
Sprawa się komplikuje w kontekście czystych substancji aktywnych służących do produkcji gotowych preparatów. W tym przypadku również wiodącą rolę odgrywają partnerzy z UE, tacy jak Niemcy, Holandia i Węgry. Poza nimi znacznie częściej pojawiają się już jednak obszary gospodarcze spoza UE. Część z nich stanowią członkowie OECD, do których można mieć zaufanie pod względem standardów jakościowych i politycznych, ale często leżą na drugim końcu globu, więc ewentualne przerwanie szlaków dostaw może zagrozić ich dostępności. Mowa o Japonii, Korei Południowej, Tajwanie, Malezji czy Kanadzie. Największe znaczenie mają jednak dostawy z Chin oraz Indii, do których takiego zaufania mieć już nie można.
Antybiotyki made in China
Jednym z najważniejszych składników leków są witaminy, które są stosowane zarówno „solo”, jak i jako uzupełnienie poszczególnych farmaceutyków, np. zwiększając ich wchłanialność. Pod tym względem niezwykle istotna jest rola Chin, które łącznie odpowiadają za 14 proc. importu witamin i ich prekursorów do Polski. W przypadku witaminy C mówimy jednak już o ponad 40-procentowym udziale. Ponad jedna piąta sprowadzanych do kraju witamin z grup B również pochodzi z Państwa Środka. Bardzo duże znaczenie Chin oraz Indii notowane jest również w imporcie antybiotyków. Z tych dwóch państw sprowadzanych jest jedna czwarta zagranicznych antybiotyków, jednak w grupie „pozostałych” (inne niż penicyliny, stremptomycyny i tetracykliny) dwóch azjatyckich gigantów odpowiada za niespełna 40 procent.
Istotną grupę substancji chemicznych wykorzystywanych w medycynie są alkaloidy roślinne. To silne substancje, które mogą być wytwarzane zarówno poprzez ich ekstrakcję ze źródeł naturalnych, jak i w całości w laboratorium. Mowa m.in. o wykorzystywanej w ratownictwie medycznym atropinie czy przeciwnowotworowej winkrystynie. W tym przypadku istnieje dominacja Indii, z których pochodzi 47 proc. importu wszystkich alkaloidów do Polski. Wspólnie z Chinami odpowiadają one za ponad połowę. Efedryna to silny stymulant, stosowany między innymi w chorobach górnych dróg oddechowych, ale często też nadużywany przez studentów czy sportowców, co jest szczególnie niebezpieczne w przypadku niepewnych źródeł. Tymczasem aż 86 proc. zagranicznej efedryny w Polsce to produkty rodem z Indii. Z Indii oraz Chin sprowadzamy także jedną piątą importu hormonów steroidowych, a same Chiny dostarczają do Polski dwie trzecie zagranicznych glikozydów naturalnych i syntetycznych.
Raport Suwerenność lekowa Polski na tle krajów Unii Europejskiej wydany w marcu 2026 roku przez związek Krajowych Producentów Leków pokazuje zależność UE od Azji w kwestii dostępu do poszczególnych substancji. Aż 80 proc. dostępnej w UE metforminy (leczenie cukrzycy) pochodzi z Indii oraz Chin, przy czym tylko te pierwsze odpowiadają za aż trzy czwarte dostaw. Praktycznie sto procent kupowanych w UE simwastatyn (regulowanie poziomu cholesterolu) to produkty pierwotnie wytworzone w Indiach lub Chinach. Antydepresant wenlafaksyna w 85 proc. wytwarzany jest w Indiach, a w kolejnych 5 proc. w Państwie Środka. Oba kraje notują także 90-procentowy udział w dostawach lewetyracetamu (m.in. leczenie choroby parkinsona).
Co gorsza, następuje także konsolidacja produkcji leków generycznych spoza UE. Poszczególni producenci specjalizują się w konkretnych lekach, stopniowo dominując w kolejnych niszach. Aż 46 proc. sprowadzanych do UE leków generycznych ma jednego dostawcę. Kolejne 34 proc. ma dwóch lub trzech dostawców, a więcej niż trzech tylko 20 proc. Farmaceutyki, które dostarczane są przez mniej niż pięciu dostawców, odpowiadają za niemal wszystkie epizody braku dostępności leków w Europie.
Podwójna zależność
Autorzy publikacji Bezpieczeństwo lekowe jako element bezpieczeństwa zdrowotnego oraz zdrowia publicznego w Polsce na tle Unii Europejskiej Polskiej Akademii Nauk z 2025 roku wskazują, że Polska stosuje tylko 8 rodzajów działań spośród 20 stosowanych przez kraje członkowskie UE w zakresie zapewniania stabilności dostaw farmaceutyków. Oczywiście nie każdy z członków stosuje wszystkie – to 20 potencjalnych rozwiązań. Polsce brakuje m.in. obowiązku wyprzedzającego informowania o ograniczeniach dostaw przez samych producentów. Nie funkcjonuje także sprawny system monitorowania stanów magazynowych i potencjalnych zatorów, a nawet planowania zakupów na podstawie prognoz zapotrzebowania w przyszłości. Sprzedawcy nie muszą także obowiązkowo dywersyfikować źródeł dostaw.
Brakuje także objęcia preparatów leczniczych i substancji aktywnych (API) polityką przemysłową kraju. Aktualnie Polska jest mało znaczącym producentem tych drugich w Europie. Według raportu Krajowych Producentów Leków, w 2022 roku w Polsce zlokalizowanych było tylko 9 zakładów produkujących API. Znacznie mniejsze Węgry posiadały takich zakładów 9, a Czechy i Słowacja po 7. Pod tym względem zdecydowanie dominują państwa Europy Zachodniej. We Włoszech funkcjonują 63 fabryki wytwarzające API, w Niemczech 54, we Francji i Hiszpanii po niespełna 50, a w niewielkiej Irlandii 28. W rezultacie Polska została zaliczona do krajów z brakiem suwerenności lekowej, wraz z Czechami, Finlandią, krajami bałtyckimi, Grecją, Bułgarią i Chorwacją. Jeszcze gorzej jest w Rumunii i Słowacji, w których występuje krytyczny brak suwerenności lekowej. Państwa Europy Zachodniej i Węgry należą w większości do państw mogących się pochwalić niezależnością lekową, a Irlandia, Włochy, Dania i Szwecja wykazują nawet znacząco nadprodukcję.
Co gorsza, Polska wykazuje także tzw. podwójną zależność lekową. Nasz kraj jest zależny od dostaw z innych państw UE, a one zaś polegają na imporcie półproduktów i substratów spoza Europy. Produkcja leków jest zasadniczo pięciostopniowa. Po kolei mówimy o wytwarzaniu podstawowych substancji chemicznych, następnie regulowanych materiałów początkowych, potem pośrednich substancji chemicznych, wreszcie aktywnych składników farmaceutycznych, po których dopiero produkowana jest końcowa postać preparatu. Unia Europejska specjalizuje się tylko w dwóch ostatnich etapach, a Stany Zjednoczone wręcz tylko w ostatnim. Chiny za to w pierwszych czterech, a Indie w szczeblach 2-5.
Spóźnione działania
Przed 2020 rokiem, czyli rozpoczęciem pandemii COVID-19, Unia Europejska nie traktowała kwestii stabilnych dostaw farmaceutyków poważnie. Ekspansja koronawirusa doprowadziła jednak do zatorów, czasem wręcz dramatycznych, co skłoniło Brukselę do podjęcia jakichś działań. Nawet nauczki z czasów pandemii nie zmusiły jednak UE do szybkiego zakasania rękawów, gdyż dopiero w połowie maja tego roku osiągnięto wstępne porozumienie między Radą UE a Parlamentem Europejskim dotyczące leków o krytycznym znaczeniu.
Leki krytyczne to substancje, których niedobory mogą prowadzić do poważnych zagrożeń dla zdrowia lub wręcz śmierci pacjenta. Chodzi o antybiotyki, insulinę, szczepionki, preparaty onkologiczne i kardiologiczne czy leki przeciwbólowe. Kluczowe zmiany dotkną zamówień publicznych. Właściwe organy będą miały obowiązek stosować wymogi odpornościowe, premiujące wykorzystanie substancji produkowanych na terenie UE. Poza tym nowe przepisy będą miały na celu ułatwienie wspólnych zakupów przez państwa członkowskie. Z 9 do 6 zostanie obniżona minimalna liczba członków, którzy mogą złożyć do Komisji Europejskiej wniosek o udzielenie zamówienia w ich imieniu. W tym zakresie bezpieczeństwo dostaw będzie traktowane jako ważniejsze niż cena. Gromadzenie zapasów awaryjnych w poszczególnych krajach członkowskich nie będzie mogło wywierać negatywnego wpływu na dostępność leków w innych państwach UE. Do wspólnych zamówień włączone zostaną „leki sieroce”, wykorzystywane w leczeniu chorób rzadkich.
Zatwierdzenie powyższych zmian powinno być już tylko formalnością, chociaż znając tempo pracy nad unijnymi rozporządzeniami i dyrektywami, jeszcze możemy trochę na nie poczekać. Najważniejsze jednak, by okazały się skuteczne, gdyż dostęp do produktów leczniczych jest równie istotny podczas pandemii, jak i wrogich działań hybrydowych, nie mówiąc już o wojnie, która, miejmy nadzieję, nigdy nie nastąpi. Przezorny jednak zawsze ubezpieczony.
LICZBA
30% leków używanych w Polsce jest pochodzenia krajowego
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.









