Czerwiec jako widowisko

Historie bohaterów Czerwca są ekscytujące, wracamy do nich jak do żywej historii – o tym, jak pamięć o wydarzeniach z 28 czerwca 1956 r. można przekuć w spektakl, z Renatą i Januszem Stolarskimi rozmawia Szymon Bojdo.
Czyta się kilka minut
 Spektakl Trzy Tramwajarki/Czerwiec’56 w reżyserii Janusza Stolarskiego fot. Mateusz Starowicz/archiwum Stowarzyszenie Teatralne ANTRAKT
Spektakl Trzy Tramwajarki/Czerwiec’56 w reżyserii Janusza Stolarskiego fot. Mateusz Starowicz/archiwum Stowarzyszenie Teatralne ANTRAKT

Jak wpadłeś na pomysł, by o wydarzeniach Czerwca 1956 robić spektakle? Co Cię zainspirowało, żeby właśnie tym tematem zająć się w twórczości teatralnej?

JANUSZ STOLARSKI: Dotarło to do mnie dwutorowo. Jedną z inspiracji było doświadczenie oglądania spektakli w plenerze. Przez to, że spotkałem na swojej drodze Teatr Ósmego Dnia i dzięki jeżdżeniu z „Arką” mogłem obserwować, jak fantastycznie robi się teatr na ulicy, placu, stadionie. Z drugiej strony, wraz z moją żoną Renatą zapoznaliśmy się z tematem Czerwca 1956 r. i poczuliśmy, że musimy się tym zająć. Współpracował z nami wtedy Adam Suwart, syn jednego z bohaterów tych wydarzeń, zbliżała się okrągła, 60. rocznica Czerwca. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to jest świetny pretekst, żeby nie będąc poznaniakiem, nie mając zbyt wielu skojarzeń z tymi wydarzeniami, trochę się im przyjrzeć.

Tworzenie takiego spektaklu w plenerze wymaga sztabu ludzi. Są w nim machiny, musi być wszystko słychać i widać. 

JS: Do pracy, jako kuratora, zaprosiliśmy Lecha Raczaka, który był twórcą poznańskiego festiwalu Malta i na takich realizacjach się znał. Okazało się jednak, że nie był nam bardzo potrzebny. Muzykę skomponował wspaniały, nieżyjący już kompozytor i muzyk Krzysztof „Wiki” Nowikow, monumentalne wizualizacje przygotował Tomasz Jarosz, Adam Suwart dostarczał nam materiały źródłowe, które inspirowały pomysły scenariuszowe. Dzięki takiej pracy tworzenie pierwszego z tych spektakli Stukotu/Czerwiec ‘56 było spełnieniem moich marzeń. Mówiąc od tej teatralnej strony, o którą pytałeś: nie było to przedstawienie tylko wycinka tej historii z 1956 r., ale dzięki twórczej pracy tych wszystkich ludzi pokazaliśmy pewną szerszą, uniwersalną sekwencję, która działa się wokół poznańskiej ul. Młyńskiej. Taka oto ciekawostka, która mówi o tym, jak niezwykłe rzeczy dzieją się w teatrze: firma budująca rusztowania za darmo dała nam wszystkie potrzebne rusztowania (a były one rozstawione w znacznej części ulicy). To wydaje się niewiarygodne. Była to, jeśli tak można myśleć, nagroda za zajęcie się tematem – wszystko nam służyło.

RENATA STOLARSKA: Łącznie z tym, że sam prezes firmy osobiście pracował ze swoimi pracownikami i wraz z nimi montował i demontował scenografię do godziny 4.00 rano.

Czy wydarzenia z Czerwca 1956 mają potencjał performatywny, teatralny?

JS: Mam wrażenie, że taki potencjał mają ludzkie losy, w tym się zawiera istota tej historii. Te losy często są fałszywe. To znaczy, gdy zacząłem wgryzać się w historię, mówiąc eufemistycznie – uczestnicy różnie pamiętają tę historię, czasami coś do niej dobudowują, i właściwie mnie to nie dziwi. W każdym razie ciekawiło mnie i wciąż ciekawi patrzenie na Poznański Czerwiec z perspektywy osób, historii do których możemy dotrzeć z kilku źródeł. Stukot to była opowieść najbardziej masowa, opowiedziana w jakimś sensie z perspektywy tłumu: część robotniczego Poznania przerwała pracę i wyszła do miasta. Teraz pytanie, czy część z nich nie słyszała megafonu na ul. Armii Czerwonej i przekazu delegatów: „My tu jesteśmy, nie jesteśmy aresztowani, nie idźcie na Młyńską” [do aresztu, w którym rzekomo byli przetrzymywani protestujący – przyp. SB] – nie wiadomo. Musi to pozostać tajemnicą, bo być może miały tam miejsce prowokacje UB. Nie mnie to rozstrzygać. Ja nie uważam, że teatr jest od tego, żeby rozstrzygać, tylko żeby pewnym sytuacjom przyjrzeć się na nowo. Inspiracją do drugiego spektaklu były losy trzech kobiet, tak okrutnie potraktowanych nie tylko przez los, ale także przez ludzi, którzy powinni zajmować się pamięcią Czerwca 1956 r.

Okazało się, że nie wszyscy dostali medale, nie każdemu postawiono pomnik…

JS: To wywołało moje, przepraszam za kolokwializm, wkurzenie. Z tego zrodził się pomysł, żeby upomnieć się o te kobiety. To oczywiście też nie rozwiązuje sprawy, my nie jesteśmy od tego, żeby naprawiać ten świat, ale pokazywać, jak on jest czasami dziwacznie pokręcony. Kobieta, która przez te wydarzenia stała się kaleką, nigdy nie została na przykład przywieziona na jakieś rocznicowe obchody. Dopiero gdy los sprowadził ją na skraj nędzy, ktoś przypomniał sobie o bohaterce. Trzecia historia, którą zrobiliśmy już pod szyldem Teatru Ósmego Dnia, to jest historia mecenasa Hejmowskiego. To perspektywa człowieka, który mimo że pochodził ze szlacheckiej rodziny, już przed wojną miał w sercu przekonanie, że ludzie są ludźmi i trzeba traktować ich sprawiedliwie – zajmował się obroną ludzi biednych. Zacząłem czytać o losach robotników w okresie międzywojennym i nie wiedziałem, czy czytam o tym czasie, czy o roku 1956! Bo rozgrywało się to w podobny sposób – pod poznańskim Zamkiem do kolejarzy też strzelała policja, oni też, jak robotnicy w Czerwcu, szli pod komendę policji czy areszt. To losy konkretnych ludzi wywodzą masy na ulicę i szukanie właśnie tych losów jest zaczynem do powstania spektaklu. 

Mówimy więc tutaj o pewnym site-specific work, czyli korzystaniu z przestrzeni, w której dzieje się spektakl: była to ul. Młyńska, po której szli robotnicy, by uwolnić swoich kolegów z aresztu; była to dawna zajezdnia tramwajowa przy ul. Gajowej, gdzie pracowały trzy tramwajarki; ostatni spektakl premierę miał na poznańskich Targach, i to ma też uzasadnienie – w 1956 r. odbywała się tam wystawa międzynarodowa, dzięki której świat dowiedział się o Czerwcu. Teraz zagracie na dziedzińcu Zamku – tu, gdzie w sercu miasta robotnicy zorganizowali wielki wiec.

JS: Chcę wejść tam z moimi ulubionymi artystami, zaszyć się w czterech ścianach dziedzińca Masztalarni i trochę poeksperymentować: z Tomkiem Rodakiem i jego akrobatami, z Tomkiem Jaroszem, z mobilną scenografią Tomka Ryszczyńskiego i z muzyką Sebastiana Dembskiego, z aktorami. Co niecodzienne dla spektakli plenerowych – będziemy mieli krzesła, by każdy intymnie mógł go oglądać, tym razem żadne machiny nie wjeżdżają między ludzi, chodzi właśnie o to, żeby przysiąść, pomyśleć o tych sprawach.

RS: Dopowiem jeszcze, że te wydarzenia Czerwca były bardzo widowiskowe. Gdy o nich czytaliśmy albo oglądaliśmy materiały zdjęciowe i filmowe, to były widowiska. Chociażby słynna sprawa niedeptania przez ludzi trawników: na zdjęciach z lotu ptaka widać morze ludzi okalających skwery. Wskakiwanie na tramwaje, pojazdy, czołgi, zdobywanie więzienia, przestawianie drabin, śpiewanie pieśni – zarówno religijnych, jak i Międzynarodówki – te wszystkie legendy, które wokół tych wydarzeń narosły, opowieści bohaterów są naprawdę teatralne. Na przykład ta o młodej dziewczynie, która z siekierą zdobywała więzienie, czy o tej kobiecie w czerwieni, funkcjonariuszce UB, która jako pierwsza oddała strzały do robotników na ul. Kochanowskiego…

...i pałętające się dookoła dzieci. 

RS: Dzieci, padające ofiary, sztandary niesione wysoko, a przede wszystkim radość. Przecież pierwsze godziny to była ogromna radość, nawet jeden utwór naszego kompozytora „Wiki” Nowikowa nazwaliśmy Święto Wiosny, bo ci ludzie wyszli w euforii przeogromnej. Inspiracją do tytułu naszego spektaklu był autentyczny stukot tak zwanych okuloków, czyli drewnianych podeszew butów uderzających o bruk, które obudziły cały Poznań, ale były też sygnałem, po którym ludzie wychodzili ze swoich zakładów pracy i domów. Przy każdej możliwej okazji dopytywaliśmy o takie szczegóły świadków. Tych historii, których jeszcze nie wykorzystaliśmy, mamy bardzo dużo. 

Jak wyglądała praca z tymi, których nazywamy teraz już kombatantami? Jak pracowało się z ich pamięcią?

JS: Przy pierwszym spektaklu bardzo potrzebowałem rozmowy z kimś, kto był świadkiem Czerwca. Pracowałem wtedy z dużą grupą młodzieży, która mogła odgrywać sceny, tworzyć pewne obrazy. Ale chciałem, żeby w ten świat naszej kreacji weszła osoba, która nosi w sobie tamte obrazy, której opowieść stałaby się dla nas pieczęcią, potwierdzającą nasze intuicje. Tą osobą była bardzo znana „siostra Awana” – Aleksandra Banasiak, w tamtym czasie pielęgniarka. I też nie chodziło o to, żeby pokazać widzom panią Banasiak, żeby mogli ją zobaczyć. Chodziło o wielogodzinne rozmowy, o potwierdzenie pewnych faktów. Ona o pewnych sprawach mogła nam powiedzieć, inne chyba świadomie przemilczała, albo nie mówiła o nich, bo akurat była wtedy w innym miejscu. Dobrze to oddaje książka Poznański Czerwiec 1956. Relacje uczestników Aleksandra Jana Ziemkowskiego, który przez wiele lat zbierał opowieści różnych świadków. Ziemkowski tych relacji nie cenzurował, napisał jednak wstęp, w którym apelował, by nie podważać pewnych historii, bo tak je po prostu ludzkość zapamiętała. Oczywiście z tego wychodzą czasami dziwne opowieści, bo ktoś twierdził, że o tej samej godzinie był na ul. Ratajczaka i przy zajezdni na Gajowej. Naturalnie są opracowania, ze sztandarowym profesor Trojanowiczowej – naukowe, bogato ilustrowane i pokazujące tę widowiskowość Czerwca, z takimi obrazami jak choćby wchodzenie na wysoki mur i malowanie haseł…

RS: …nieraz bardzo dowcipnych! Na przykład napisanie na ścianie Komitetu Wojewódzkiego „Mieszkania do wynajęcia”.

JS: Dlatego, nie będąc z pochodzenia poznaniakami, mamy do tej historii większy dystans, nie musimy wiązać się z jakąś opcją, która pamięta ten czas tak a nie inaczej, szukamy możliwie jak najbardziej uczciwej historii. I na koniec muszę powiedzieć, jak niezwykłe dzieją się wtedy sytuacje. Pracując nad Trzema Tramwajarkami, mieliśmy grupę akrobatek i akrobatów. Jedna z nich po próbie generalnej opowiedziała w domu, w jakim spektaklu występuje. Na to jej mama: „Przecież to jest historia twojej babci” (Stanisławy Sobańskiej). To była dla mnie ciekawa sytuacja. A wcześniej mieliśmy kontakt z córką Marii Kapturskiej. Ostatecznie te wszystkie wnuczki i córka bohaterek stanęły na tramwajowej lorze ze świecami, które zapaliły na cześć swoich bliskich. W związku z tym mam poczucie, że to historia wciąż żywa, bo jest taki rodzaj krzyku, energii, buntu, który jest wciąż słyszalny w różnych częściach świata, także u nas.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Historia. Czerwiec 56