- Po raz pierwszy zobaczyłem o. Maksymiliana w 1928 r. Wtedy trwała budowa klasztoru Niepokalanów. Ja, pięcioletni chłopiec, niewiele rozumiałem, co dzieje się na tym wielkim placu budowy – wspomina kpt. Henryk Kucharski, jeden z niewielu żyjących świadków życia i działalności św. o. Maksymiliana Kolbego.
Jak opowiada kpt. Kucharski, na budowę klasztoru z całej Polski przyjeżdżały wagony z deskami, z różnych tartaków. Bracia franciszkanie prosili wówczas okolicznych chłopów, aby furmankami rozwozić deski ze stacji PKP Szymanów na teren budowy Niepokalanowa. „Pod koniec dnia bracia przygotowywali dla wszystkich kolację, w podziękowaniu za pracę i całodzienny wysiłek. Od południa tarli ziemniaki i przygotowywali pyzy z mlekiem lub ze słoniną. Wtedy też przychodził o. Maksymilian, witał wszystkich, błogosławił posiłek i dziękował za wykonaną pracę. Zapewniał też o błogosławieństwie Matki Bożej dla budowniczych Jej Grodu, czyli Niepokalanowa”.
- Pamiętam o. Kolbego jako człowieka cichego, raczej małomównego. Nigdy nie słyszałem u jego podniesionego głosu. Był średniego wzrostu. Kiedy Niemcy aresztowali go w 1941 r. miałem 18 lat. Maksymilian do Niepokalanowa już nie wrócił – cofa się pamięcią do wydarzeń sprzed ponad 70 lat kpt. Kucharski.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.








