Logo Przewdonik Katolicki

Święty, który połączył rozum z sercem

Chris Lowney
fot. Wikimedia

Ignacy Loyola urodził się w 1491 roku w Kraju Basków. Odmienność epoki nie przeszkadza jednak w odkrywaniu w nim człowieka podobnego jakoś do  każdego z nas: noszącego rany, które mogą zamienić się w życiodajne źródła.

Podczas gdy średniowieczni chłopi spokojnie i z rezygnacją poddawali się swojemu mizernemu statusowi życiowemu, drobna szlachta, a do niej zaliczał się Ignacy, niespokojnie poszukiwała poprawy bytu. Praktyka sądowa, jaką odbył w wieku czternastu lat, poszerzyła jego sieć kontaktów towarzyskich, wygładziła rycerskie maniery, udoskonaliła wojskowe umiejętności oraz – co sugerują jego biografowie – umożliwiła mu uganianie się za kobietami. Mniej więcej dziesięć lat później, podczas obrony wojskowego bastionu w Pampelunie, jego pierwsza wielka szansa okrycia się wojskową chwałą zjawiła się wraz z francuskimi najeźdźcami.
Walczył mężnie, ale poniósł sromotną klęskę. Nieprzyjacielska kula armatnia zmiażdżyła mu nogę, a wraz z nią pogrzebała szansę na karierę wojskową. Kilometrami bitych i wyboistych dróg niesiono go do domu na noszach. Prymitywnie złożone złamanie nie zrosło się prawidłowo, pozostawiając szpetną wypukłość. Jakiś średniowieczny odpowiednik chirurga ortopedy po prostu ociosał wystającą kość. Loyola przeżył, co – wziąwszy pod uwagę barbarzyński zabieg chirurgiczny, jaki przeszedł – było wynikiem znacznie przewyższającym średnią tego typu przypadków. Jednak do końca życia kulał, gdyż raniona noga pozostała nie tylko widocznie zniekształcona, lecz także krótsza od drugiej.

Zacząć wszystko na nowo
Jego autobiografia przedstawia dni rekonwalescencji wypełnione jałowym marzycielstwem, które ostatecznie doprowadziło do marzeń ukierunkowanych na bardziej konkretne cele. Fantazje związane z rycerską chwałą ustępowały marzeniom o służbie religijnej. Ignacy opisywał rodzącą się tożsamość: „Największą moją pociechą było patrzeć w niebo i gwiazdy, co też czyniłem często i przez długi czas, ponieważ odczuwałem wtedy w sobie wielki zapał do służb Panu naszemu”.
To przemożne pragnienie doprowadziło do przesadnie pobożnej i chaotycznie przygotowanej pielgrzymki do Ziemi Świętej, przerwanej postojem w Manresie, gdzie silne mistyczne doświadczenia tak wzmocniły religijne przekonania i pobożność Ignacego, że jak to później opisał, „jeśli zbiorę razem wszystkie pomoce otrzymane od Boga i wszystko to, czego się nauczyłem, i choćbym to wszystko zebrał w jedno, to i tak nie sądzę, żeby to wszystko dorównywało temu, co wtedy otrzymałem w tym jednym przeżyciu”.
To naprawdę wielkie szczęście, że religijny zapał Ignacego był tak niezmiennie intensywny, ponieważ potrzebował on każdej dostępnej odrobiny wewnętrznej siły, by pokonać prawie nieustanne przeszkody, wypełniające pierwsze lata po nawróceniu: kary więzienia, choroby, myśli samobójcze, obezwładniające zwątpienie oraz miesiące poświęcone na płonne marzenia o życiu w Ziemi Świętej.
Bez grosza przy duszy i nie mając pojęcia, w którą stronę się udać po tym, jak został zmuszony do opuszczenia Ziemi Świętej, Loyola wspomina: „zastanawiałem się nad sobą, […] co teraz robić. W końcu poczułem w sobie skłonność do podjęcia nauki przez jakiś czas, aby móc pomagać duszom”. W wieku trzydziestu czterech lat zdał sobie sprawę z brutalnego faktu, że nie był dość wykształcony, by móc pomagać duszom, o czym marzył. Szukał i powoli zaczynał znajdować sposób, by przełożyć swoje duchowe przekonania na odpowiadający rzeczywistości cel: Jestem tu, na ziemi, by „pomagać duszom”. Ten były wojskowy dowódca przygotowywał się do nowego celu z uniżonej pozycji na niskim szczeblu: siedział w szkole podstawowej razem z dziećmi w celu odbycia zajęć wyrównawczych z łaciny.

Czas przemiany
Większość biografów skupia się na tym, co można by uważać za osobiste sukcesy Ignacego. Opanował podstawową gramatykę (a także dużo więcej), a ostatecznie studiował w najbardziej prestiżowej uczelni ówczesnej Europy – na Uniwersytecie Paryskim. Tam poznał Franciszka Ksawerego i innych pierwszych przyjaciół w Panu. Zostali oni wyświęceni na księży i w 1540 roku razem założyli wspólnotę religijną, która do dzisiaj pozostaje w pełni zintegrowana i jest największą wspólnotą na świecie – Towarzystwo Jezusowe, bardziej znane jako jezuici, działające w ponad stu krajach. W pierwszych latach działalności jezuici czynnie wspierali tworzenie współczesnego kalendarza, powstawanie wietnamskiego alfabetu, brali udział w negocjacjach dotyczących granicy rosyjsko-chińskiej a także założyli jedno z największych miast świata – São Paulo.
Jednak w tym miejscu nie jesteśmy zbyt zainteresowani historią korporacyjnego sukcesu jezuitów; interesuje nas raczej zrozumienie osobistej przemiany Ignacego oraz nauka, jaką możemy z niej wyciągnąć, by samemu znajdować odwagę i zaangażowanie tak potrzebne, jeśli chcemy stać się natchnionymi przywódcami własnego życia.
Z pewnością znajdujemy u Loyoli wszelką odwagę i siłę woli potrzebne każdemu z nas, by sprostać swoim wyzwaniom. Ignacy cały czas z determinacją parł do przodu mimo zawodów i przeszkód. Kiedy rana odniesiona w czasie bitwy zmiażdżyła jego aspiracje związane z karierą, pozbierał na nowo swoje życie i wyruszył w trwającą miesiące i obejmującą wiele krajów podróż, której celem było samopoznanie. U szczytu rozkwitu średniowiecza, gdy szlachta cieszyła się największymi wpływami i prestiżem, Ignacy musiał schować dumę do kieszeni i przestawić swoje umiejętności na inne tory, prowadzące go wówczas do szkoły podstawowej. Choć władze kościelne niesłusznie uwięziły go i dręczyły, on wytrwał w służbie Kościołowi. W wieku dojrzałym, gdy pozostali przedstawiciele szlachty już powoli wycofywali się z aktywnego życia, on – wbrew piętrzącym się przeciwnościom – wykonał iście przedsiębiorczy ruch, zakładając Towarzystwo Jezusowe.

Przyspieszone dojrzewanie
W jaki sposób my możemy znaleźć taką odwagę, upór i siłę woli? Życie Ignacego podsuwa wiele wskazówek, które można odczytać w świetle współczesnych studiów nad przywództwem. Na przykład przebieg jego życia zdaje się potwierdzać to, co profesorowie Warren Bennis i Robert Thomas stwierdzili po rozmowie z wieloma przywódcami w świecie biznesu i sektorze publicznym, mianowicie że wielu z nich „przeszło intensywne i często traumatyczne doświadczenia, które ich odmieniły […]. Umiejętności potrzebne do przezwyciężenia przeciwności losu i wyjścia z tej próby silniejszym i bardziej zmotywowanym niż kiedykolwiek są tymi samymi, których potrzebujemy, by stać się wyjątkowym przywódcą”. Jim Collins wyciągnął podobne wnioski w związku z sylwetkami wyjątkowych przywódców zarysowanymi w Good to Great, zauważając, że kryzys osobisty lub jakieś „znaczące życiowe doświadczenie […] mogło spowodować lub przyspieszyć ich dojrzewanie”.
Emerytowany psycholog Harvardu Abraham Zaleznik pomaga nam zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. „Przywódcy – pisze – «rodzą się dwa razy», doświadczając ważkich wydarzeń, które prowadzą do poczucia wyobcowania lub nawet odizolowania od społeczeństwa. Wskutek tego zwracają się do wewnątrz po to, by wrócić wraz ze stworzonym raczej niż odziedziczonym poczuciem tożsamości” – dokładnie tak jak zrobił to Loyola. Wyobraź sobie kryzys, przez jaki musiał przejść Ignacy Loyola, ten próżny chojrak, po tym jak dotarło do niego, że w ciągu jednej nocy przemienił się w zdeformowane kulejące biedaczysko: z pewnością był to potężny cios w jego wrodzone poczucie tożsamości.
Przedstawiając to bardziej obrazowo, wyobraź sobie innego rannego żołnierza, który stał się przywódcą – Roberta Dole’a. Został ona amerykańskim senatorem oraz prezydenckim kandydatem Partii Republikańskiej w wyborach w 1996 roku. W czasie II wojny światowej ciało Dole’a zostało podziurawione serią z karabinu, gdy prowadził on swój pluton pod górę w ataku na dobrze bronione okopy wroga. Po latach wspominał pierwsze tygodnie po odniesieniu ran: „W dobre dni mogłem trochę poruszyć palcem lub ręką; w złe dni z trudem usiłowałem zrobić jakikolwiek ruch. Czułem się uwięziony w moim zamrożonym ciele. Nadał nie byłem w stanie kontrolować pęcherza i jelit”.

Kim jestem naprawdę
Być może nazwiska Ignacego Loyoli i Boba Dole’a nigdy nie pojawiły się razem w tym samym zdaniu, ale mimo jakże odległych wieków, w których przyszło im żyć, oraz różnych profesji, obaj uczą nas tego samego: droga do nowego przepełnionego mocą poczucia własnego „ja” wymaga często wyrzeczenia się poprzedniego poczucia tego, kim się jest, powodu dla którego jest się ważnym, i tego, o co dbamy w naszym życiu. Ranny Bob Dole, niemogący kontrolować pęcherza i zdający się na pielęgniarki zmieniające mu pieluchy, zapewne zrozumiał, że nie był już tym samym mężczyzną co dawniej. Wiele ludzi już nigdy nie jest w stanie podnieść się, gdy taka świadomość zrodzi się w ich głowach spowodowana raną na ciele, bankructwem, niepowodzeniami w szkole, rozpadem rodziny, zwolnieniem z pracy lub setkami innych traum druzgocących „ego”.
Niemniej, w przypadku niezliczonych innych ludzi, destrukcja poczucia własnego „ja” jest preludium do osobistego zmartwychwstania stanowiącego drugą część dynamiki zaobserwowanej przez Zaleznika. Kryzys łamie odziedziczone poczucie własnego „ja” i otwiera przejście do nowego, przepełnionego mocą poczucia tożsamości. Oto jak dojrzały Bob Dole wspominał własny moment transformacji – podjęcie nowego celu – w czasie rekonwalescencji: „Trzy razy byłem bliski śmierci, patrząc jej w twarz, a jednak żyjąc dalej, by móc dzisiaj o tym mówić. Dlaczego wciąż żyłem? Być może był jakiś głębszy sens mojego życia. Być może było jeszcze coś, co miałem zrobić”.

Jest głębszy sens… życia każdego człowieka
W rozdziałach poprzedzających niniejszy wyzwaniem było dla nas nazwanie tego większego sensu – naszego wielkiego celu i jasnej wizji lepszego świata. Niestety przeczytanie niniejszej książki nie wystarczy, by głęboko na dnie serca rozpalić niegasnącą odwagę i motywację do podążania za naszym wielkim celem pośród rozproszeń, zgryzot i udręk, zniechęcenia i trudności, które wypełniają każde życie.
Istotnie historie Ignacego Loyoli i Boba Dole’a mogą sprawić, że poczujemy się jeszcze bardziej oddaleni od rozwiązania niż kiedykolwiek wcześniej. Kryzys osobisty może być tyglem przywództwa, tak jak stał się nim zarówno dla Boba, jak i dla Ignacego. Co jednak ma zrobić reszta z nas? Czekać na kryzys? Nie możemy liczyć na przejścia tak traumatyczne jak wojna. Nie życzylibyśmy przecież takich koszmarów ani sobie, ani nikomu innemu.
W końcu historia Ignacego nie przedstawia czegoś, co można by określić mianem „inicjatywy strategicznej”; to, przez co przeszedł, to doświadczenie nawrócenia. Nawrócenie – słowo budzące lęk, ściśle kojarzone z intelektualną decyzją o przyjęciu pewnego wyznania, jak na przykład w stwierdzeniu: „Nawrócił się na katolicyzm”. Jednak nawrócenie zawiera w sobie pełniejszą, głębszą i szerzej zakrojoną transformację: łacińskie korzenie tego słowa sugerują zdecydowany „zwrot” od jednego sposobu życia do innego. Czy w grę wchodzi zmiana przekonać religijnych, czy też nie, nawrócenie może dotyczyć każdej decyzji o odwróceniu się od autodestrukcyjnych uzależnień lub zachowań, braku umiaru, moralnego zepsucia, poczucia beznadziei lub lęku i zwróceniu się w kierunku bardziej celowego życia, naznaczonego pełną mocy nadziei wizją przyszłości.

By strategia się powiodła, każdy z nas potrzebuje takiego zwrotu. Dopóki nie staniemy się odmienionymi ludźmi, dopóty nie zbierzemy w sobie siły woli i odwagi koniecznych, by sprostać wymaganiom prawdziwie wielkiej wizji. Jednak wykonanie takiego zwrotu jest po części tajemnicą; nie wiemy do końca, jak przemieniać innych i siebie samych w prawdziwie odważnych ludzi obdarzonych silną wolą, tak jak nie do końca rozumiemy, dlaczego niektórzy ludzie odbijają się bez szwanku od kryzysów, a inni zostają tymi kryzysami zmiażdżeni.

Lead i śródtytuły od redakcji

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki