Logo Przewdonik Katolicki

Pokonałam smoka

Paweł Piwowarczyk
Fot.

W którym miejscu na osi czasu naprawdę rozpoczęła się moja choroba? W życiu rzadko daje się określić dokładnie początek czegokolwiek (…) pisze na początku swojego dziennika Joanna Grzelka-Kopeć.

„W którym miejscu na osi czasu naprawdę rozpoczęła się moja choroba? W życiu rzadko daje się określić dokładnie początek czegokolwiek (…) – pisze na początku swojego dziennika Joanna Grzelka-Kopeć.

Joanna stoczyła w swoim życiu batalię ze śmiercią. Dziś śmiało opowiada o swoich przeżyciach. Trudno zrozumieć kogoś, kto w swoim życiorysie zapisał takie wydarzenia, ale po słowach rozmówczyni będziemy może lepiej współodczuwali to, z czym zmaga się tak wiele Polek.

 

Jak wyglądały pierwsze chwile po diagnozie?

– Nie odbiegałam od normy zachowań w tego typu chwilach. Wszystko się zawaliło w jednym momencie. Zasłabłam. Popłynęło wiele łez. Wiele razy żegnałam się z życiem. Jeśli ktoś nie miał styczności z chorobą nowotworową lub osobą, która ją przeszła, to ma przed oczami śmierć. Myślałam wtedy głównie o córce, której nie chcę zostawić.

 

Jednak dziś rozmawiamy?

– Nigdy się jednak do końca nie uspokoiłam. Nie ma chyba w tej chorobie momentu „już”. Lepiej się zrobiło, gdy niedawno minęło 10 lat od operacji. Trzeba wiedzieć, że przy raku piersi do grona zdrowych można zaliczyć się właśnie po dekadzie. Po pięciu latach onkolog powiedziała, że możemy być lekko spokojniejsze. Obawa nie zniknęła, ale nie ma już paniki. To jest tak, że jeśli kogoś zaboli w kręgosłupie, to myśli, że mu coś „strzeliło”. Ja natomiast od razu zaczynam się zastanawiać, czy nie mam przerzutów do kości.

 

Jak przechodziła Pani chorobę?

– W lipcu 2003 r. wyczułam guzek w piersi, pod prysznicem, na wakacjach w Grecji. Nie mogłam się doczekać końca urlopu. Po powrocie biegałam od lekarza do lekarza. Dopiero pod koniec września trafiłam na onkologię. Gdybym trafiła na mądrych lekarzy, byłabym szybciej gdzie trzeba. Psychicznie to był strzał. Załamałam się, ale potem doszłam do wniosku, że to nie ma sensu, bo swoim zachowaniem dołuję córkę i męża. Zacisnęłam zęby i do boju. W październiku 2003 r. doszło do mastektomii (amputacji piersi i węzłów chłonnych lewego dołu pachowego). Chemioterapii mi odmówiono, bo nie było pieniędzy (koniec roku). Po kilku konsultacjach onkologicznych znalazłam się w innym szpitalu. Od grudnia 2003 r. do maja 2004 przechodziłam chemioterapię. Potem przez dwa lata, co dwadzieścia osiem dni dostawałam zastrzyki w brzuch, dość bolesne. Przez pięć lat jeszcze tabletki. W sumie leczenie trwało osiem lat.

 

Co było najtrudniejsze w tym okresie leczenia?

– Ból fizyczny nie był aż tak wielki. Lekarze nie pozwalali, żeby bolało. Mamy dziś środki, które uśmierzają ból. Największy był ból psychiczny, najbardziej bałam się, żeby nie zostawić dziecka. Był strach przed śmiercią. Pojawił się też inny problem. Miałam kłopot z akceptacją swojego wyglądu. Dużo czasu minęło, żebym bez odruchu wymiotnego zobaczyła siebie w lustrze. Po dwóch latach zrobiłam rekonstrukcję piersi. Pierwszy raz, gdy zobaczyłam siebie w lustrze, jeszcze w szpitalu, straciłam przytomność. Płakałam, patrząc na siebie. Unikałam luster, aż do czasu rekonstrukcji. Po tej operacji wrócił komfort psychiczny. Pierś to przecież atrybut kobiecości. Wiele moich znajomych dziewczyn, nawet pomimo przerzutów – decydowało się na tę operacje, bo nie mogły znieść życia bez piersi, mimo że wiedziały, że pożyją tylko kilka lat. Ja zrobiłam to też dla wygody, nie chciałam nosić protezy. Była ciężka i bardzo obciążała ramię. A trzeba wiedzieć, że po mastektomii usuwało się kiedyś w każdym przypadku węzły chłonne. Poza tym blizna przypominała mi o chorobie.

 

Na pewno pomogło Pani wsparcie innych amazonek.

– Żadna nigdy nie odmawia pomocy kobiecie, która ma problem. Na portalu amazonki.net dziewczyny pytają osoby proszące o pomoc, skąd pochodzą. Potem administratorzy strony szukają kogoś, kto może pomóc w okolicy. Kobiety się umawiają, ta, która przeszła chorobę, jest wsparciem, jest przy niej obecna podczas wizyt u lekarza, doradza, a przede wszystkim wspiera samą obecnością. Jest też inny aspekt – ta, która zachorowała, widzi tą, która wyszła z tego i jest to bodziec: „nie wszyscy umierają, ja też mam szansę na życie”.

 

Zaangażowała się Pani w pomoc innym kobietom przez napisanie dziennika

– Moja przyjaciółka, a zarazem psycholog kliniczny, do której zwracałam się o pomoc, powiedziała mi, żebym pisała. Najtrudniejsze były dwa tygodnie po mastektomii, gdy czeka się na wynik badania histopatologicznego, od którego zależy tak naprawdę wszystko. Wtedy właśnie zaczęłam pisać. Ten okres był huśtawką nastrojów. Powstała z tego książka Pokonać smoka. Są w niej fragmenty pisane lekko i humorystycznie, ale też takie, gdy spadnie łza .

 

W czym pomógł dziennik?

– Miałam zajęcie, a dziennik – jak się potem okazało – pomagał innym. Pisałam i przelewałam na papier uczucia. To była terapia. Po miesiącu od mastektomii wróciłam do pracy. Cały okres chemioterapii pracowałam. Chemioterapię przechodziłam w piątki. Soboty i niedziele okazywały się bardzo trudne. Skutki uboczne chemioterapii były odczuwalne i wątroba miała dosyć, po prostu nie wytrzymywała. W poniedziałek wracałam do pracy. Nie siedziałam w domu i to było dobre. Książkę pisałam wieczorami. Publikowałam na portalach rakpiersi.pl i na amazonki.net, a że inne osoby mnie dopingowały – pisałam dalej. Pierwsza skrócona wersja wyszła rok po tym, jak się dowiedziałam o chorobie. Potem wydania były wznawiane. Książka ukazywała się w 2006, 2007, 2009 r. To swoista autobiografia obejmująca ten okres. Miała być w założeniu optymistyczna, ale w trakcie pisania umierały moje przyjaciółki i chciałam zaznaczyć ich obecność w moim życiu. Gdy 30-letnia osoba umiera na raka piersi, trudno się nad tym nie zatrzymać. To nie jest grypa, to jest rak i na niego się czasami umiera.

 

Czuje pani „nowe życie”?

– Od dziesięciu lat dzieje się wszystko, czego bym nie wymyśliła wcześniej. Wydałam książkę, tomik wierszy, zaangażowałam się w pomoc innym kobietom. Próbowałam wielu rzeczy, które przed chorobą nawet nie przyszły by mi na myśl. Zmieniło mi się podejście do życia. Jest ono teraz bardziej dla mnie, a mniej dla obowiązku, np. gdy czeka na mnie prasowanie, a mam do wyboru książkę, którą czuję, że muszę przeczytać, to wybieram książkę. Owszem, co trzeba zrobić – robię, ale  zmieniły się priorytety. Spotykam się z ludźmi, rozmawiam, czytam, żyję inaczej, szybciej, weselej. Wiem, że gdybym kiedyś zaniedbała chorobę, to mogłoby mnie już nie być. Teraz każdy dzień jest darowany, więc dlaczego miałabym spędzać go przy zmywaniu garów? Kupiłam zmywarkę. Ze względu na rękę zrezygnowałam z firanek, założyłam żaluzje.

 

Zaangażowała się Pani również w działania na rzecz profilaktyki raka piersi. Co do niej należy?

– Na ten temat można by sporo mówić. USG piersi, mammografia. Jakie badania i jak często wykonywać – to zależy od wieku kobiety i innych czynników, takich jak na przykład budowa gruczołu piersiowego. O tym powinien decydować lekarz. Warto wiedzieć, że ginekolog przy każdej wizycie powinien zbadać piersi. Nie można też zapominać o cytologii – rak szyjki macicy to drugi, po raku piersi, zabójca kobiet w Polsce. Samobadanie piersi powinno się odbywać raz w miesiącu po miesiączce. Jeśli cokolwiek niepokoi, natychmiast powinno się iść do lekarza. Dbajmy po prostu o siebie, czytajmy o tym. Warto żyć!

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki