Logo Przewdonik Katolicki

Paszkwil z dotacją

Marcin Kuberka
Fot.

Pierwsza sztuka teatralna dotykająca wprost niewyjaśnionej tajemnicy tragedii smoleńskiej mogła być pomostem łączącym podzielonych Polaków, którzy mieliby okazję rozpoznać w sobie cierpiącego obok bliźniego. Niestety, sztuka jest kolejnym pomówieniem ofiar i tych, którzy dążą do wyjaśnienia przyczyn tej katastrofy.

Sztuka przegrała z propagandą – tak najkrócej można podsumować coś, co ma niewiele wspólnego właśnie z prawdziwą sztuką. Gdyby nie było wspierane z publicznych pieniędzy – i to astronomiczną kwotą blisko 800 tys. złotych – moglibyśmy „przedstawienie” ignorować. Ale to z naszych podatków finansowane są „te dzieła”. Niestety.

 

Sztuka przy kieliszku

Lech Raczak posłuchał prowokacyjnej rady filmowca Juliusza Machulskiego, który zapytany przez „GW”, czy da się zrobić film o katastrofie smoleńskiej, opowiedział pomysł o „nabzdyczonym prezydencie lądującym na kartoflisku”. Reżyser, jeden z ojców polskiego teatru alternatywnego, ma więcej wyrafinowania i jest obytym z klasyką artystą. Dlatego jako ramą spektaklu posłużył się Mickiewiczowskimi Dziadami, w których bohaterowie odprawiają egzorcyzmy mające wypędzić teorie spiskowe i liczne niejasności narosłe wokół tragedii. Pierwszą z mistyfikacji spektaklu Lecha Raczaka i jego fundacji Orbis Tertius, Trzeci Teatr, jest ironiczne przybranie nazwy Tajna Trupa Teatralna IV Rzeczypospolitej (kryptonim 3T-4Rz). W knajpianej atmosferze szumnie nazwanej „Sceną pod Minogą” siedzą przy stolikach widzowie z piwem i lampkami wina. Wśród premierowej publiczności wiceprezydent Poznania odpowiadający za kulturę, reżyserzy teatralni, artyści i przyjaciele zasłużonego dla teatru Lecha Raczaka. Miejsce przedstawienia jest szpalerem podzielonej na dwie strony widowni, które kończy się dwoma scenami. Raz scena jest Krakowskim Przedmieściem, innym razem wnętrzem tupolewa, lasem smoleńskim albo Wawelem. Samo ustawienie miejsca akcji naturalnie dzieli premierową widownię, która w przeważającej mierze jednoznacznie bagatelizuje sprawę smoleńską. Ot, jeden z epizodów naszej historii, za który można się wstydzić, ale nie wyciągać jakiś wiążących i daleko posuniętych wniosków. Głównymi rekwizytami w spektaklu są dwa prostokątne stoły i krzesła. Miejsce, przy którym się je posiłki, rozmawia i debatuje. W Spisku smoleńskim stół jest przeszkodą do porozumienia się, miejscem, zza którego projektuje się demolujące życie publiczne polityczno-propagandowe akcje, symbolem niemożliwości porozumienia się podzielonego społeczeństwa i jej przywódców. Szkoda, że Raczak nawet nie próbuje usadzić przy nim protagonistów do wspólnej rozmowy.

 

Totalne pomieszanie

Egzorcyzmowanie smoleńskich narracji i bohaterów zaczyna się od opowiedzenia o matce wszystkich spisków, czyli sprawie TW „Bolka” i jego skoku przez mur. Spisek dekonspirują bracia Kaczyńscy. Oczywiście to fałszywa metafora, ale nadaje kierunek sztuce, w której zły duch, Jarosław, manipuluje za życia i po śmierci poczciwym bratem prezydentem i skołowaną częścią społeczeństwa. Jest też śp. Maria Kaczyńska, która matkuje mężowi, Donald Tusk – grany przez aktorkę (co za pomysł?) – to femme fatale wodząca Putina do zbrodni na polskiej delegacji. Na szczęście ma on, specjalnie skierowanego na odcinek wschodni, PRL-owskiego agenta Tomasza Turowskiego, który – wspominając watykańskie czasy szpiega w przebraniu jezuity – wraz z rosyjskim kolegą próbuje zmontować zamach. Nie sposób zorientować się, co jest fikcją, co faktem. Raczak przywołuje na przykład nigdy nieujawnioną, słynną 45-sekundową ostatnią rozmowę braci, w czasie której Jarosław rzekomo gotuje kartofle na obiad. Dlaczego autor przypomina złośliwą kartoflaną karykaturę prezydenta z niemieckiej gazety, można się tylko domyślać. W spektaklu rosyjscy kontrolerzy lotu to poczciwcy, którzy najlepiej jak potrafią próbują naprowadzić w gęstej mgle polskiego TU-154 M, a że nie wyszło, no cóż… Mamy oczywiście dobijanie rannych przez agentów „służb jawnych, tajnych i dwupłciowych” i inne niedorzeczności – dawno temu zdementowane – które pojawiły się, podrzucone przez komisję MAK, piarowców czy medialnych pałkarzy wynajętych do zaciemniania sprawy smoleńskiej. Reżyser miesza teorie spiskowe z potwierdzonymi dowodami, manipulacje dokonywane przez Rosjan i różnego rodzaju medialne „wrzutki” z prawdziwymi faktami. Zajmując się marginaliami, widzi drzewa, a nie smoleński las. Wykpiwając dawno obalone teorie, jednocześnie daje powód do zaprzestania poszukiwań i dociekań. Nic dziwnego, że polityczne „czarne charaktery”, czyli Antoni Macierewicz i Anna Fotyga, przypominają postacie jak z Rewizora Gogola. W czasie wizyty w Stanach łamaną angielszczyzną proszą Amerykanów o pomoc, ale Barack Obama odmawia. Jest też egzorcyzmowanie „sekty smoleńskiej” za pomocą karykatury ojca – charyzmatyka Johna Bashobory i skandaliczne przedstawienie osoby kard. Stanisława Dziwisza, który w spektaklu mówi, że poległego Lecha Kaczyńskiego „chowają na Wawelu, by «przykrył» pochowanego tam w 1935 r. «ich idola» Józefa Piłsudzkiego, tego «ateusza i rozwodnika»”.

Reżyser piętnuje także polski romantyzm i nieodpowiedzialność, choć herbertowska „kwestia smaku” została tu wyrzucona na „śmietnik historii”. Tropy osławionej polskiej bohaterszczyzny w stylu „z szablami na czołgi” jak w Lotnej Wajdy, mamy w drastycznym motywie przewodnim dramatu, kiedy postaci śpiewają: „Giniemy, giniemy za Polskę, giniemy z okrzykiem k… mać”. Niestosowne to, a przecież to przede wszystkim przetworzenie kłamstwa z raportu MAK, podchwyconego przez media, o pijanym generale Błasiku w kokpicie pilotów. I tak dalej, i tak dalej. Szkoda słów.

 

*

„Spektakl” trwał niemal półtorej godziny i w założeniu reżysera miał okpić trwające cztery lata wyjaśnianie przyczyn katastrofy smoleńskiej. W rzeczywistości powstało skandaliczne, tandetne pseudoprzedstawienie, którego twórcy nie potrafili uszanować nawet pamięci ofiar. Tymczasem „spektakl” ten jest współfinansowany przez miasto Poznań, które przekazało związanej z Lechem Raczakiem Fundacji Orbis Tertius grant na przygotowanie sześciu przedstawień w okresie trzech lat w wysokości aż 800 tys. złotych. Spisek smoleński jest pierwszym z nich. Bardzo wymowne jest to, że w tym samym czasie komisja ekspertów PISF odmówiła przyznania dotacji na film Antoniego Krauzego Smoleńsk, dowodząc, że scenariusz jest „powieleniem publicystycznych tez”. Widać, kino i teatr już dziś znają prawdę o smoleńskiej katastrofie i wiedzą, jakie jej elementy mają się utrwalić w publicznej świadomości.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki