Logo Przewdonik Katolicki

Wołyń pisany uczuciami

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Rozmowa z dr Joanną Wieliczką-Szarkową, historykiem, autorką książki Wołyń we krwi 1943.

Można badać rzeź wołyńską czysto historycznie – na chłodno, bez żadnych emocji?

– Nie sądzę, aby było to możliwe. Pisanie historycznych książek jest przeważnie bardzo przyjemne, dla mnie to prawdziwa przygoda. Tego tematu nie można jednak opisywać z taką przyjemnością, z jaką tworzy się inne książki historyczne. Odczułam to już w czasie pisania Czarnej Księgi Kresów, ale ze szczególną siłą właśnie podczas pracy nad Wołyniem we krwi – bo tutaj wszystko jest bardziej skupione, dotyczy wyjątkowego nagromadzenia okrucieństwa i bestialskich mordów dokonanych w krótkim okresie czasu.

W przypadku Wołynia wiele mówi już samo określenie „rzeź”…

– Masowe mordy na Wołyniu zostały nazwane rzezią już przez Polskie Państwo Podziemne w czasie II wojny światowej. Takie określenie pojawia się w raportach i meldunkach z Wołynia. Słowo „rzeź” faktycznie najlepiej oddaje charakter tej zbrodni. My oczywiście dzisiaj uznajemy ją przede wszystkim za zbrodnię ludobójstwa – zgodnie z definicją funkcjonującą w prawie międzynarodowym.

A więc jednak ludobójstwo.

– Oczywiście, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Od samego początku ukraińscy nacjonaliści dążyli do biologicznego zlikwidowania Polaków na Wołyniu tylko dlatego, że tamci byli Polakami. Dzisiaj te wszystkie spory o to, czy to były znamiona ludobójstwa czy nie, są jedynie polityczną grą.

Grą, którą podpiera się rozmaitymi eufemizmami w rodzaju „tragedia”, „wypadki” itp. 

– Wszystkie słowa, które próbują złagodzić wymowę tego, co się stało na Wołyniu – mówienie o wojnie, wypadkach, konflikcie – nie znajdują oczywiście żadnego potwierdzenia w faktach. A nawet jeżeli ktoś mówi o czystce, o znamionach ludobójstwa, to jest to trochę niepoważne. Bo co to znaczy „znamiona”? Czyli, że w jakimś wypadku to było ludobójstwo, a w jakimś nie?

To było ludobójstwo zgodnie z definicją podaną przez polskiego karnistę żydowskiego pochodzenia, Rafała Lemkina, zapisaną w Konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa z 1948 r. Znane są także dokumenty, w których przywódcy UPA czy OUN stwierdzają wyraźnie, że trzeba wymordować wszystkich tych, którzy są Polakami – łącznie z dziećmi, kobietami i starcami.

Jest Pani historykiem, ale także kobietą, żoną, matką… Jak z takiej perspektywy patrzy się na Wołyń?

– Ten czynnik matczyny jest tu chyba najtrudniejszy… Tym bardziej że tych relacji musiałam rzeczywiście przeczytać bardzo dużo. Po raz pierwszy bliżej zetknęłam się z rzeziami na Wołyniu kilkanaście lat temu za sprawą mojego ojca, który przeczytał bardzo dokładnie, strona po stronie, fundamentalną dla całego tematu książkę państwa Siemaszków Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945.

Skąd taka wnikliwość u Pani ojca?

– Myślę, że mój tata próbował po prostu zrozumieć. Każdy z nas musi zmierzyć się z Wołyniem sam. Niektórzy robią to właśnie w taki sposób, że chcą najpierw dokładnie poznać fakty historyczne. Tego się nie robi dla zaspokojenia jakiejś niezdrowej ciekawości, ale w imię prawdy i należnej pomordowanym czci oraz obowiązku przywracania im pamięci. Taki też jest główny cel mojej książki.

Na początku, kiedy sięgnęłam po dzieło Państwa Siemaszków, nie byłam w stanie tego czytać. Te traumatyczne opisy zbrodni odrzucały mnie. Kiedy jednak sama zaczęłam pisać o Wołyniu, musiałam przez to wszystko przejść. To było wyjątkowo trudne. Przykładowo, oglądałam jakieś zdjęcie zamordowanego dziecka i ono nagle „robiło” się takie wyraźne. W jednej chwili widziałam to dziecko tak, jakby ono było niemalże prawdziwe – wtedy nie mogłam już nic więcej zrobić. 

Próbuje Pani to wszystko jakoś zrozumieć?

– Próbuję, chociaż mówimy o rzeczach niewyobrażalnych i niewytłumaczalnych. W świecie, w którym żyjemy, w naszej cywilizacji chrześcijańskiej, nie ma bowiem ani takiej idei, ani takiej wartości, ani takiej krzywdy, w imię której można byłoby mordować niewinne i bezbronne ofiary.   

Ktoś mnie pytał niedawno, czy napiszę drugą część, traktującą o mordach w Małopolsce Wschodniej. Dzisiaj bronię się przed tym. Naprawdę ciężko byłoby mi w to znowu wejść.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że Wołyń to właściwie nawet nie jest temat dla historyka tylko dla psychiatry…

– Tak, bo gdybyśmy brali to czysto po ludzku, to te rzeczy nie mieszczą nam się w głowie. Te wszystkie opowieści o sąsiadach mordujących własnych sąsiadów i nierzadko znajdujących rozkosz w tym mordowaniu; oglądanie zdjęć zamordowanych w okrutny sposób dzieci… Szczególnie kiedy samemu ma się dzieci…

Doskonale pamiętam jedno takie zdjęcie, przedstawiające zabitą sześcioletnią Stasię – dziewczynkę w wieku moich córek.

– Ja także znam to zdjęcie – połamane kończyny, rozpruty brzuszek. Tego nie da się spokojnie oglądać…

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ten szokujący kontrast między bestialskimi mordami a

zwykłym, codziennym życiem, jakie toczyło się na Wołyniu dosłownie chwilę wcześniej. Rzeź wołyńska dotknęła bowiem głównie ludność wiejską – zwykłych prostych ludzi, żyjących w spokoju i w zgodzie z naturą. Tak było choćby podczas napadu ukraińskich nacjonalistów na Janową Dolinę, gdzie zamordowano 600 osób.

To tam, gdzie niemowlęta brano za nogi i rozbijano główki o ściany?

– Tak, też. Większość ofiar spłonęła, ale wiadomo, że do pozostałych nie strzelano tylko mordowano ich przy użyciu narzędzi gospodarskich – siekier czy wideł. To się działo koło północy, część mieszkańców wówczas już spała, część przygotowywała się do snu. Ktoś jeszcze rozmawiał, ktoś się mył, ktoś odmawiał pacierz – ot, sielskość, zwyczajność, normalne wieczorne czynności. Na dodatek ta Janowa Dolina była takim wzorcowym nowoczesnym osiedlem zbudowanym przy Państwowych Kamieniołomach Bazaltu, wyglądającym jak z obrazka –  nowe, piękne domy z czerwonymi dachami, zadbane ulice, piękne klomby.

I nagle w środku nocy weszli tam ludzie z siekierami, kosami i drągami.

– Dlatego też tak trudno sobie wyobrazić, co się tam potem działo. Podobnie jak podczas pierwszego masowego mordu w Parośli, uważanego za początek rzezi wołyńskiej. Ukraińcy zajęli wówczas wszystkie gospodarstwa, ale na początku wyglądało to dość spokojnie, nic nie zapowiadało, że tam się coś stanie. Przybysze stwierdzili, że są partyzantami sowieckimi i muszą być nakarmieni. Więc ci polscy gospodarze zaczęli im piec chleby, gotować obiady, a tamci siedzieli przy stołach. A potem zjedli obiad, związali wszystkich mieszkańców i pomordowali siekierami.

Zgadzam się: to jest niewyobrażalne.

– I tutaj pojawia się kolejny problem – jak o tym uczyć w szkole, w jaki sposób opowiadać dzieciom? To jest pewna bariera sprawiająca, że historycy i nauczyciele są tutaj trochę bezradni. Może warto byłoby to robić na poziomie licealnym, tylko że w liceum w ogóle nie ma już dziś historii. Kiedy więc o tym wszystkim opowiemy? 

Jak Pani sama sobie z tym radzi?

– Jedyna rzecz, jaka mi pomogła – i myślę, że może to pomóc także innym osobom, które chcą poznać i zrozumieć rzeź wołyńską – są słowa biskupa łuckiego Marcjana Trofimiaka, zawarte w liście na 65. rocznicę „Krwawej niedzieli”. Hierarcha zadaje w nim pytania, dlaczego brat podnosi rękę na brata i dlaczego zabija się niewinnych – i jednocześnie odpowiada, że tego zrozumieć nie można, bo to jest tajemnica zła; tajemnica zła, z którą może się zmierzyć tylko tajemnica miłości Boga, oddającego swojego umiłowanego Syna za nas wszystkich.

Piękne słowa.

– Piękne i jedyne możliwe w tych okolicznościach.

Bardzo cenna jest także inna inicjatywa bp. Trofimiaka, czyli niedokończone Msze wołyńskie odprawiane w drugą niedzielę lipca w diecezji łuckiej.

Niedokończone Msze?

– Owszem, pamiętajmy, że podczas wołyńskiej „Krwawej niedzieli” w wielu miejscach mordowano Polaków właśnie w czasie Mszy św.  i te Msze nigdy nie zostały dokończone, a ich intencje nie zostały wypełnione. Teraz po kilkudziesięciu latach można to wreszcie uczynić.

W wielu miejscach na Wołyniu ludzie zaczynają także stawiać krzyże, przywracać cmentarze. I to jest tak naprawdę najważniejsze w całym tym procesie pojednania z Ukraińcami. Warto tu przytoczyć słowa ks. Tadeusza Sakowicza-Zaleskiego, który ciągle powtarza, że ofiary rzezi wołyńskiej nie wołają o zemstę, tylko o pamięć i modlitwę.

 


dr Joanna Wieliczka-Szarkowa –  historyk, autorka poczytnych książek historycznych m.in. Czarna księga Kresów, Wołyń we krwi 1943, Żołnierze Wyklęci. Niezłomni bohaterowie, III Rzesza. Narodziny i zmierzch szaleństwa. Współautorka książki W cieniu czerwonej gwiazdy. Zbrodnie sowieckie na Polakach (1917–1956) oraz serii książek historycznych dla dzieci „Kocham Polskę”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki