Logo Przewdonik Katolicki

Adopcja to nie proteza rodzicielstwa

PK
Fot.

Niektórzy twierdzą, że rodzicielstwo adopcyjne nie jest do końca prawdziwym rodzicielstwem, że mamy tu do czynienia z jakimś substytutem. Oczywiście, jak zwykle najgłośniej wypowiadają się najmniej kompetentni.

 

Niektórzy twierdzą, że rodzicielstwo adopcyjne nie jest do końca prawdziwym rodzicielstwem, że mamy tu do czynienia z jakimś substytutem. Oczywiście, jak zwykle najgłośniej wypowiadają się  najmniej kompetentni.

 

Ci co tak twierdzą nigdy rodzicami adopcyjnymi nie byli i naprawdę nie wiedzą, o czym mówią. A ja twierdzę, z całą stanowczością, że to jest najwspanialsze rodzicielstwo pod słońcem! Coś cudownego, czego niczym zastąpić się nie da! Jak wspaniałe, wie tylko ten, kto je przeżywa. Można więc zapytać: to po co rodzić dzieci, skoro adopcja jest taka nadzwyczajna? Celowo użyłam słowa nadzwyczajna, bo zwyczajne to jest rodzenie.

Tak, wiem, przesadziłam. To celowa prowokacja. Oczywiście, że bardzo chciałam urodzić dziecko, ale nie było mi dane. Właśnie dlatego stałam się adoptowaną mamą. I może się tu wydawać, że ci co mówią - substytut, mają słuszność, ale to tylko przez chwilę. Też byłam trochę skażona takim myśleniem, ale kiedy tylko rozpoczęłam swoją najważniejszą w życiu przygodę, przygodę bycia mamą, zobaczyłam ubóstwo takiego podejścia do adopcji. Wkroczyłam na tę drogę, nie mając nawet bladego pojęcia o tym, jak wiele mogę otrzymać. Było mi żal, że nie doświadczyłam, jak maleństwo wzrasta we mnie, że nie wydałam go na świat, że nie policzyłam maleńkich paluszków... Jak wielki jest ten żal, wie tylko ten kto go przeżył. I oto okazało się, że radość jaką przyniosło mi rodzicielstwo adopcyjne zmiotła ten straszny żal, jak jesienny huragan zmiata małe listki brzozowe.

 

Ból bezdzietności

Słyszałam kiedyś, jak młody ojciec dwójki maleńkich dzieci powiedział: „(…) o dzieciaka łatwiej niż o nową kieckę”. A więc niektórzy uważają, że takie to łatwe, a dla mnie - absolutnie nieosiągalne! To boli. Jednakże coś się dzieje.

Powoli zaczyna przebijać się do świadomości myśl, że są gdzieś dzieci „tak łatwo” urodzone, które nie mają rodziców. Jakie to straszne, to dopiero musi boleć! Czy umiem sobie wyobrazić dziecko bez mamy? Tak bardzo chciałam je mieć. Gdyby się urodziło, cały mój świat kręciłby się wokół niego. I to byłoby zwyczajne, najnormalniejsze w świecie. A co, kiedy maleństwo nie ma kochającej mamy? Kiedy jest przestawiane z kąta w kąt, by w końcu trafić do domu dziecka? Co się z nim dzieje, jak się rozwija?

Ci, którzy zajmują się takimi dziećmi wiedzą to dobrze. Wiedzą, jak bardzo brak miłości i domu rodzinnego wypacza rozwój młodego człowieka.

 

Dojrzeć do adopcji

I tak powoli dojrzała myśl, by spotkali się rodzice bez dzieci z dziećmi bez rodziców. Tak więc, adopcja. Postanowione. Na tym etapie można jeszcze było ewentualnie pomyśleć w kategoriach substytutu, że niby ktoś kogoś komuś zastępuje itp. Jak już jednak mówiłam, to bzdura! Adopcja to nie proteza rodzicielstwa. Można nie mieć nogi i mieć jej protezę, ale czy założenie skrzydeł może być jak proteza nogi?! Tak, skrzydeł! To nie pomyłka, właśnie tak chciałam powiedzieć. Co, zbyt górnolotne? Nieprawda! Napisałam na początku o nadzwyczajnym rodzicielstwie, Chcę teraz tego bronić. W żadnym wypadku nie sugeruję, że „normalne” rodzicielstwo jest banalne, ja chcę tylko opowiedzieć jak cudowne i niezwykłe jest moje, adopcyjne.

Nie było ciąży, narodzin, kwiatków. Żadnej sielanki. Nagle pojawiły się w domu dzieci, trzyipółroczna Ania i dwuletni Jaś.

Mówi się, że wszystkie dzieci są ładne. To nieprawda. Te nie były. Jakież zabiedzone i dzikie. Ania zamknięta w sobie, nieufna. Maleńka i jednocześnie jakoś dziwnie stara, odpowiedzialna za młodszego braciszka. Znajoma powiedziała o niej, że w swoją dziecinną twarzyczkę ma wdrukowaną twarz staruszki. Okropne, ale bardzo trafne. A Jaś? Dwulatek wielkości co najwyżej rocznego dziecka - 73cm wzrostu i wagi ok. 11 kg, buzia czerwona, cała w jakichś plamkach i krostach. Nieustanny ruch i krzyk. Oboje jakieś alergie i mnóstwo innych problemów. Czy tak wygląda spełnione marzenie? Jak się z tym uporać?

 

Przemienić maleńkie serca

Pomyślałam sobie, że w końcu rodzenie to też nie fraszka, że trzeba tu cierpliwości. I tak, oprócz mnóstwa zajęć stałam się obserwatorem i uczestnikiem czegoś niezwykłego. Nie był to cud narodzin; nie, tego nie przeżyłam. Ale cud jaki widziałam przerósł moje najśmielsze oczekiwania.

Ten, kto wychowuje swoje dziecko od urodzenia, cieszy się każdym przejawem jego rozwoju, pierwszym uśmiechem, pierwszym ząbkiem, może mieć problem z wyobrażeniem sobie jak biedne jest dziecko pozbawione rodzicielskiej miłości. Jego dziecko, Bogu dzięki, nigdy nie będzie w takiej kondycji jak Ania i Jaś. Dziecko musi wzrastać w atmosferze miłości, jeśli mu tego brak staje się bardzo lichym stworzonkiem.

A co się dzieje z takim maleństwem, kiedy wreszcie zaczyna być kochane? Jak w paru zdaniach zmieścić długotrwały, powolny proces? Jak opisać topniejące lody nieufności, pierwsze przejawy zaufania przechodzące z czasem w ufność bezgraniczną? Ileż włożyłam wysiłku, żeby ten rozbiegany, krzyczący chłopiec wyciszył się na sekundę i spojrzał mi w oczy, a potem się uśmiechnął. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam takie zwykłe, słodkie dziecięce podśpiewywanie nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. To było jak pierwsze wiosenne, ciepłe promienie słońca.

Każdy dzień przynosił wielkie zmiany. Dzieci z dnia na dzień stawały się pogodniejsze i bardziej ufne. Kiedyś ze zdumieniem spostrzegłam, że Ania nie ma już tej fałdy nad brwiami, o której myślałam, że jest nie najpiękniejszym elementem jej urody. Znikła. Tak po prostu. Boże, jak ta dziewczynka wyładniała! Powoli znikło całe napięcie z jej twarzy. Wyraz starości stał się tylko mglistym wspomnieniem. Mała była znów dzieckiem. Uroczym i ślicznym. Gdzieś znikły krostki i zaczerwienienia z twarzy Jasia. Wszędzie go pełno, ale dom wypełnił się nie płaczem, tylko radosnymi odgłosami zabaw dziecięcych. Jaś zaczął bardzo szybko uczyć się mówić, w takim tempie, jak gdyby nadrabiał zaległości. Urósł. Po roku, choć jeszcze na szarym końcu, mieścił się już w normach rozwojowych dla swojego wieku. To taki gość, który budzi się rano ze śpiewem na ustach. Złote dziecko i do tego takie śliczniutkie.

 

Cud?

Tak, nasze dzieci bardzo się zmieniły. Aż trudno uwierzyć, że ta odrobina miłości, na jaką było stać nasze złamane przecież serca, mogła wywołać tak olbrzymie zmiany. Wszystkie choroby, groźnie wyglądające na początku gdzieś poznikały. Teraz wiem, że jedyną, choć potwornie niebezpieczną chorobą moich dzieci był brak miłości rodziców. Jakie to wspaniałe, że mam swój udział w ich powrocie do normalnego życia.

Nie wiem, co to rodzenie, ale wiem na pewno, że towarzyszenie moim dzieciom w ich „powracaniu” trwało znacznie dłużej niż poród. Wiem też, że to wspaniałe przeżycie i uczucie móc trwać przy nich i uczestniczyć w ich przemianie. Doskonale pamiętam, jakie były, a przecież dziś nie różnią się od swoich rówieśników, są zwyczajnymi (czytaj: cudownymi) dzieciakami. Jak wielką pokonały drogę, wie chyba tylko Pan Bóg, ja wiem, że ogromną. Byłam świadkiem niezwykłych rzeczy. Cudu, który stawał się powoli, cudu, który odmienił życie nasze, rodziców i naszych dzieci. Cudu, który nas uskrzydlił.

I wiem, co mógł mieć na myśli psalmista piszący słowa: „Ty zamieniłeś w taniec mój żałobny lament!”.

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki