Prawda ta sama, jak słońce, tylko planety ludzkich istnień zmieniają swe położenie wobec tej prawdy. Chłoną bardziej czy mniej jej życiodajne światło i ciepło lub pogrążają się w mroku i chłodzie. Jezusowe zwycięstwo nad śmiercią, którym dzieli się on z ludźmi, przyjmowane jest przez nich...
Chrystus zmartwychwstał. Rezurekcja, dzwony, Alleluja. Jak co roku, a przecież inaczej.
Prawda ta sama, jak słońce, tylko planety ludzkich istnień zmieniają swe położenie wobec tej prawdy. Chłoną bardziej czy mniej jej życiodajne światło i ciepło lub pogrążają się w mroku i chłodzie. Jezusowe zwycięstwo nad śmiercią, którym dzieli się on z ludźmi, przyjmowane jest przez nich na miarę ich wiary i miłości. Do tego przy akompaniamencie wydarzeń historii. Tej, co zmienia losy narodów, i tej osobistej, kształtującej biografię jednostek. Między jedną a drugą, dziesiątą, dwudziestą Wielkanocą zmieniało się i zmienia tak wiele na świecie i na małej scenie ludzkiego życia. Choć jego puls odmierzają te same zegary i kalendarze, to przecież ta sama, najważniejsza dla chrześcijan nadzieja, jaką przynosi Zmartwychwstały, umieszczana jest w samym centrum ich religijności albo na jej peryferiach.
Cierpieć, by zmartwychwstać
Rzeczywistość cierpienia i śmierci, na razie ciągle cudzej, jest nam znana z doświadczenia. Przeciwnie niż zmartwychwstanie, o którym w wielkopiątkowym przerażeniu zapomnieli nawet apostołowie, mimo że na tę trudną próbę przygotowywani byli lepiej niż ktokolwiek inny przez samego Jezusa, który im tłumaczył, po co podejmie mękę i co stanie się trzy dni później. Dopiero spotkania ze Zmartwychwstałym przekonały ich na nowo, umożliwiając pokonanie zwątpienia i lęku, przywracając wiarę i nadzieję, a z nimi odwagę głoszenia drugim tej dobrej nowiny, czyli Ewangelii. Całej. Tej o krzyżu, którą niektórzy odrzucą jako głupstwo (1 Kor 1,18), i tej o zmartwychwstaniu, którą wyśmieją Pawłowi słuchacze z ateńskiego Areopagu (Dz 17,32).
Ci, co przezwyciężyli chęć narzucenia Chrystusowi własnych wyobrażeń o klęsce i sukcesie, o tym, co On może lub powinien („a myśmy się spodziewali” – powtarzali jeszcze w drodze do Emaus), uwierzyli Jemu samemu, że Mesjasz miał cierpieć i tak wejść do swej chwały, zmartwychwstając „jako pierwszy z tych, co pomarli” (1 Kor 15,20). Wierni zgromadzeni na sprawowaniu Eucharystii, gdy słyszą „tajemnica wiary”, wyznają, że Chrystus umarł, zmartwychwstał, powróci.
Jedna perspektywa
Ale misterium paschalne, misterium śmierci i zmartwychwstania Jezusa, jest nierozdzielne nie tylko w liturgii. Także w osobistym i wspólnym przeżywaniu bolesnych i chwalebnych etapów Jego życia. Myśli się o nich, głosi i śpiewa osobno, zgodnie z następstwem ewangelicznych wydarzeń i rytmem kościelnego roku. I trudno, żeby było inaczej. Tyle że nawet w sam Wielki Piątek potrzebna jest pamięć o wielkanocnej perspektywie, zaś w Wielką Niedzielę o krzyżowej do niej drodze. Rzecz nie jest błaha, a jej dłuższe zaniedbywanie miewało w ciągu wieków rozliczne i ważkie konsekwencje. Nie tylko dla zrównoważonej pobożności chrześcijan, ale i dla stanu ducha, który nie opuszczał ich zaraz po wyjściu z kościoła. W ciągu wieków, wyłączając te pierwsze, męka i krzyż górowały zdecydowanie nad zmartwychwstaniem. Wystarczy policzyć liczbę zachowanych pieśni, kazań, nabożeństw, obiektów sztuki sakralnej poświęconych pasyjnemu i rezurekcyjnemu biegunowi tej samej Paschy.
Dysproporcje te mają wiele przyczyn. Udręki życia, w których szukano pokrzepienia w towarzyszeniu Jezusowi od Ogrójca po Golgotę. Poszukiwanie dla siebie czy słuchaczy pod amboną ważnego motywu wdzięczności, nawrócenia, pokuty. Narodzenie i Męka Pańska miały oczywiste egzystencjalne odniesienie do dwu naturalnych stron ludzkiej egzystencji: ciepła dzieciństwa i goryczy cierpienia i umierania. Prowadziło to znacznie częściej do Betlejem i pod krzyż niż przed pusty grób. Łatwiejsza od Pawłowej teologii była narracja wydarzeń radosnych i bolesnych. Aż po słodko-sentymentalne pastorałki czy cierpiętnictwo co słabszych pieśni pasyjnych, przez które nie przenika żaden promyk wielkanocnej nadziei.
Zniweczona śmierć
Wielkanoc niesie obietnicę nie tylko dla wypreparowanej z ciała duszy, ale dla całego człowieka, który ma być zbawiony łącznie z swoją cielesnością, za której ostateczne zwycięstwo nad śmiercią Zmartwychwstały także ręczy. Ta chrześcijańska prawda stanowi najbardziej optymistyczną perspektywę trwałej przyszłości, jaką kiedykolwiek mogli otrzymać śmiertelni. Jest to szansa definitywnego ocalenia, czyli zbawienia całej ludzkiej osoby, choć nie poprzez przekształcenie ludzkiego istnienia w idyllę bez trosk i bólu. Dramat egzystencji kończącej się umieraniem trwa nadal, ale tragedią już być nie musi. Śmierć triumfuje, ale jej ciągle zwycięski pochód skończy się wielką przegraną. Śmierć zostanie zniweczona, pokonana przez życie nowe, niezniszczalne, jakiego zadatek – przez wiarę, nadzieję, miłość – ludzie mogą nosić już w sobie teraz. Bowiem „jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć” (1Kor 15,26).
To jest wielkanocna prawda, której poznanie i uznanie wyzwala. Wyzwala od smutku przemijania, poczucia absurdu, od tchórzostwa wobec przeciwności losu. Niesie radość, pokój serca, odwagę istnienia, jakie nie pochodzą ani z wesołkowatości, ani z apatii, ani z braku wyobraźni, lecz z osobistego odkrycia powodów i celów takiego nastawienia. Liturgiczne orędzie paschalnej wigilii wielkosobotniej wysławia błogosławioną noc, „w której się łączy niebo z ziemią, sprawy boskie ze sprawami ludzkimi”. Bowiem Chrystus skruszywszy zwycięsko więzy śmierci „przywraca niewinność upadłym, a radość smutnym”.
Samopotwierdzenie
To od owej nocy, w której pod jerozolimską górą straceń opustoszał grób, zaczęło się pokonywanie śmierci, a jej nadciąganie zwiastuje ostatecznie pełnię życia. Owa porywająca prognoza jest w stanie rozjaśnić horyzonty przedśmiertnej części tego życia, przydając mu otuchy, wytrwałości i dynamiki. Wyraża się to w odchodzeniu od zła ku dobru, którego czynienie w służbie Bogu i ludziom staje się najlepszą miarą samopotwierdzenia, czyli miłością rzeczywistą. Aż tak czytelne przenoszenie wizji teologicznej w prozę codzienności nie zdarza się nieustannie. Pojawiając się jednak w rozmaitym natężeniu, nie stanowi przecież rzadkości wyjątkowej. Działania takie, a nawet słowa, które „zmartwychwstają czynem” (Norwid), budując dobro, są bardziej wielkanocne i donośne, niż bicie rezurekcyjnych dzwonów.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








