Trauma

Czyta się kilka minut
Fot. Unsplash
Fot. Unsplash

Czytam książkę, w której autorka zajmuje się dziedziczeniem traumy wojennej. Powinna skupić się więc na pokoleniu powojennym wychowanym przez rodziców, którzy wojnę przeżyli i niosą w sobie jej ciężar. Ona sama należy do tego pokolenia, to też moje pokolenie – wyrosłyśmy w domach, w których o wojnie nie mówiło się wcale, unikając bolesnych wspomnień czy też udając ich nieistnienie, lub mówiło się zbyt dużo, eskalując makabrę. To normalne reakcje, nasi rodzice nie mieli żadnej opieki psychologicznej, nie tylko profesjonalnej, ale nawet takiej w wersji social pop, jaką dzisiaj dysponuje dosłownie każdy, kto ma instagrama. W wielu miejscach tej książki-reportażu, którego autorka rozmawia z powojennymi dorosłymi dziećmi dorosłych dzieci wojny, odnajduję więc swoją Mamę.

Jest z rodzaju tych, którzy o wojnie w ogóle nie chcą rozmawiać. Przez całe dzieciństwo nie usłyszałam od niej ani fragmentu wspomnień, coś tam przekazała mi babcia, a z mamy udało mi się wydusić niewiele – kilka obrazów, których wspólnym mianownikiem jest lęk. Moja mama odziedziczyła po wojnie lęk. Widzę teraz wyraźnie, jak brał ją w posiadanie, a im jest starsza, tym gorzej sobie z nim radzi. Widzę w niej tą dziewczynkę, która macha swojej mamie każdego dnia na pożegnania, gdy ta wychodzi do pracy, a potem spędza cały dzień w strachu, czy mama wróci. Pod ścianą stoją plecaczki, po jednym dla każdego dziecka, w razie wywózki. O tym plecaczku słucham teraz często, bo zamienił się w plecak ewakuacyjny, o którym mówi się w radiu.

Moja mama boi się wojny. Nie ona jedna – lęk ogarnia całe pokolenie, które ją przeżyło. Kiedy słyszą o ewakuacji, alarmach, rakietach i o tym, żeby schronić się w łazience z daleka od okien, boją się coraz bardziej. Wojnę wyobrażają sobie taką, jak za dawnych czasów, z czołgami i armatami oraz nalotami wrogich samolotów spuszczających na miasto bomby. Myślą o ucieczkach, ewakuacjach w niewiadomym kierunku, porzucaniu domu. Kolejne radiowe i telewizyjne rozmowy dziennikarzy z różnymi specjalistami, którzy wysnuwają nowe hipotezy, traktują na serio, na bank, na sto procent... To ich się udaje przestraszyć. Nie na chwilę, na zawsze.

Próbuję uspokajać, tłumaczyć, otulać swoją pewnością, że nic się nie wydarzy, że nie będzie kolejnej wojny w ich życiu. Rozumiem, że potrzebna jest akcja informacyjna w razie gdyby, że powinniśmy zdawać sobie sprawę z zagrożeń i wiedzieć, jak reagować. Ale wiem też, jak działają media i na czym polega dzisiejsze dziennikarstwo: jest temat na audycję/tekst, jest gość, jest napięcie, jest widz/słuchacz/czytelnik, jest klikalność. Ja potrafię odcedzić informację od bicia piany, pokolenie mojej mamy – raczej nie. Więc złoszczę się, że tak trudno znaleźć złoty środek, który pozwoliłby oszczędzić spokój tego straumatyzowanego pokolenia. I wiem, że to chyba niemożliwe i ta trauma zamienia naszych rodziców znowu w te okupacyjne dzieci. I bardzo mi z tego powodu źle.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 40/2026