Grzegorz wstąpił do klasztoru św. Benedykta jako człowiek dojrzały – w 575 roku miał 35 lat. Pewne światło na to, dlaczego w tym właśnie wieku, może rzucać fakt, że przyjął habit błyskawicznie po śmierci ojca. Możliwe, że rodzic, patrycjusz z rodu Anicjuszy, mimo że ochrzczony, nie wyobrażał sobie, by jego najstarszy syn został mnichem, a ponieważ rzymska patris potestas obejmowała także decyzję co do wyboru formy życia, Grzegorz musiał czekać. Możemy za to być spokojni o reakcję matki: była nią św. Sylwia, której z pewnością dziecko w habicie nie przeszkadzało. Zresztą także trzy siostry ojca były mniszkami, dwie z nich kanonizowano.
Życiem w mniszej wspólnocie udało mu się cieszyć zaledwie piętnaście lat, a i to z przerwami, ponieważ był wysyłany jako poseł papieski m.in. na dwór cesarski w Konstantynopolu. W 540 roku, w tracie szalejącej w Wiecznym Mieście zarazy, która zabrała także papieża, wybrano go na tron Piotrowy, w dodatku przez aklamację (wtedy jeszcze biskupa Rzymu wybierał jego lud). Zaszczyt wielki, podobnie jak skala problemów, z którymi musiał się zmierzyć jako pontyfik. Chociaż po chwili namysłu muszę stwierdzić, że ta druga chyba jednak większa. Wyliczę: dżuma, ataki barbarzyńców, czyli Longobardów, dążenia biskupów Konstantynopola do zdominowania całego Kościoła (czyt. zanegowania roli biskupa rzymskiego jako pierwszego pośród równych), rosnąca potęga Merowingów w Galii, rozprzężenie wewnętrzne w Kościele zachodnim, w tym chaos w kwestiach liturgicznych, pogaństwo rozwijające się na, raz już schrystianizowanych, Wyspach Brytyjskich i jeszcze parę detali by się znalazło, szczególnie po starannej lekturze listów św. Grzegorza pod tym kątem. Zbyt wiele na jednego człowieka. Na szczęście miał on dobre zaplecze, bo tu wchodzi, cały na czarno, zakon św. Benedykta.
Mądrość cenobityzmu
Jego założyciel na początku reguły dla swoich mnichów opisał tych żyjących we wspólnocie (cenobitów) jako ich najdzielniejszy rodzaj. W ten sposób z pełną miłosierdzia trzeźwością wycenił trudności, jakie niesie życie wspólnotowe, choć jednocześnie jasno widział jego plusy, szczególnie jako narzędzia formacyjnego. A Grzegorz, oprócz Bożej łaski, rozpaczliwie potrzebował dobrze uformowanych ludzi, którzy mu pomogą ogarnąć rzeczywistość świata transformującego właśnie z antyku w średniowiecze. Potrzebował również duchowego oparcia we wspólnocie, by udźwignąć swój urząd. Pięknie tę synergię ujął w bardzo osobistym fragmencie jednej z homilii na Ewangelie: „Lato, które bardzo źle działa na moje ciało, przeszkadzało mi od dłuższego czasu przemawiać do was na temat Ewangelii. Jednakże nie myślcie, że jeśli moje usta milczały, oziębła moja miłość. (…) Oto gdy wróciła sposobność mówienia do was, wasza gorliwość zapala mnie i o tyle odczuwam większą radość z przemawiania do was, że zdaję sobie sprawę, iż dusze wasze z niecierpliwością wyglądają mojego słowa” (Homilie na Ewangelie II, 27, 7).
Mieli na co czekać: Grzegorz był mistrzem retoryki – zostawił po sobie niesłychanie obfity i, przede wszystkim, świetny dorobek pisarski. Musiał mieć także talent dyplomatyczny, bo w ciągu swojego pontyfikatu wielokrotnie właśnie dzięki negocjacjom oraz sojuszom ratował Kościół i Wieczne Miasto. Nie mógł jednak być wszędzie, dlatego potrzebował zaufanych współpracowników, dobrze ukształtowanych moralnie, gorliwych w wierze i wykształconych. Nadto rozumiejących wartość hierarchii, a więc widzących, jak cenna jest jasno określona struktura, i last but not least, jak istotna jest w tworzeniu jedności piękna liturgia, a więc oddawanie Bogu chwały w najlepszy możliwy dla człowieka sposób. Tak, opisuję właśnie odpowiednio uformowanych mnichów. W końcu św. Benedykt w następujący sposób scharakteryzował drogę wzrostu, którą wytycza jego reguła: „Gdy będziesz postępował naprzód w życiu wspólnym i w wierze, serce ci się rozszerzy i pobiegniesz drogą przykazań Bożych z niewysłowioną słodyczą miłości” (RB, Prol, 49). Tacy „biegacze” mogli zarówno współtworzyć struktury Kurii Rzymskiej, pomóc w reformie liturgii, szczególnie śpiewu, jak i… wyruszyć na misje.
Logika ziarna
W Moraliach, czyli Grzegorzowym komentarzu do Księgi Hioba, można znaleźć dobitne, choć subtelne sugestie, że życie kontemplacyjne ma wielką wartość, ale dla dobra Kościoła cenniejsze bywa podjęcie czynnego głoszenia. W ten sposób papież zachęcał mnichów do tego, by byli gotowi iść z Dobrą Nowiną tam, gdzie to było potrzebne, a przy okazji zakładać nowe klasztory. Nam może to się niezbyt dobrze kojarzyć z XIII wiekiem i kolejnymi twierdzami Krzyżaków w podbijanych Prusach, ale papież miał co innego na myśli.
Po pierwsze, nie planował tworzenia państwa kościelnego obejmującego całą Europę plus przyległości, po drugie, wiedział, jak wielką wartość dla misjonarza ma wspólnota: „Wiem bowiem, że wiele rzeczy w Piśmie świętym, których nie mogłem zrozumieć, będąc sam, bardzo często pojmowałem, znajdując się w obecności moich braci. Dla was uczę się tego, czego nauczam wśród was, ponieważ – mówię prawdę – często słucham z wami tego, co mówię do was” (Homilie na Księgę Ezechiela, 2, 2, 1). Powrót do domu wspólnoty i pobyt w nim pozwala na odpoczynek fizyczny, ale i odświeżenie powołania, poszukanie nowych inspiracji oraz zadbanie o własnego ducha. W końcu, aby dawać, trzeba mieć skąd zaczerpnąć. Do tego doskonała większość z nas do rozwoju duchowego potrzebuje sióstr i braci, nawet rozumienie słowa Bożego zakłada, że pozostajemy w żywej relacji z innymi: „Potrafimy je [Pismo] pojąć w takiej mierze, w jakiej każdego dnia czynimy postęp w miłości” (Homilie na Księgę Ezechiela 2, 5, 5).
Sieć klasztorów była więc odpowiednikiem współczesnej sieci placówek dyplomatycznych, z których każda stanowi terytorium państwa, którego jest przedstawicielstwem. Małym ziarnem wiary w Chrystusa rzuconym w obcą sobie przestrzeń, pielęgnowanym liturgią i oczyszczanym życiem we wspólnocie, owocującym modlitwą wstawienniczą (bez Boga nic nie możemy uczynić) i powołaniami do misji. W czasach Grzegorza te ostatnie odbywały się głównie do Anglii, która w wyniku najazdów Wikingów i Piktów z północy wyspy coraz bardziej traciła chrześcijański charakter. Benedyktyni zanieśli tam, i nie tylko tam, sporo ponad słowo: ich opactwa stały się, dzięki pięknej liturgii, formacji zgodnie z regułą św. Benedykta i tworzonym przy nich szkołom, ośrodkami wzrostu nie tylko w wierze, ale także pod względem społecznym i kulturalnym. U podstaw tej siły oddziaływania była ich wspólnota, oparta o wiarę w Chrystusa, jasną strukturę i wpisane w mnisze powołanie posłuszeństwo, a wszystko po to, by „Bóg był we wszystkim uwielbiony” (RB 57, 9; por. 1 P 4, 11).
Pod koniec życia Grzegorz ciężko chorował na podagrę, co ograniczało znacznie jego mobilność i możliwości publicznego działania. Nie musiał się jednak obawiać o to, że czegoś zabraknie powierzonemu mu Kościołowi, i temu lokalnemu, i całości. Miał wokół siebie ludzi, którym mógł zaufać, a dzięki temu oprzeć się na nich. Kluczem do jego powodzenia jako reformatora i papieża była otwartość na Boże prowadzenie, ale przy skali zmian, których potrzebę zastał, bez zdrowej wspólnoty wiary pozostałby bezradny. Myślę, że we współczesnym świecie to jedna z najważniejszych lekcji z jego życia.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.











