Ośrodek kultu w tym miejscu powstał w latach 80. XIV wieku, kiedy trafił tu wizerunek Matki Bożej, pierwotnie czczony we Lwowie. Opiekę nad nim objęli paulini, tym jednak, co mnie zadziwiło, są prawie równoległe z utworzeniem sanktuarium narodziny intensywnego ruchu pielgrzymkowego, i to dynamicznego. Co więcej, ludzie przychodzili nie tylko z ziem polskich, ale także m.in. z Prus, z Węgier, z Czech. Ksiądz Jan Pasierb (Matka Boska Częstochowska w kulcie i kulturze polskiej, tekst dostępny online) łączy tę popularność z bractwem paulińskim (odpowiednik trzecich zakonów franciszkanów i dominikanów), którego członkowie mieli się spotykać na Jasnej Górze, ale nie sądzę, żeby było ono aż tak liczne, zresztą klasztorów tego zakonu w Europie wtedy było więcej. Jak zwykle w dziejach czynników, które stały u początków tego fenomenu, z pewnością było wiele, ale myślę, że najważniejszym, mimo wszystko, był Obraz.
Długosz i pozostali
Historię Ikony Jasnogórskiej przekazał w Rocznikach Królestwa Polskiego Jan Długosz, on także opisał historię jej renowacji po słynnym zniszczeniu przez rabusiów w 1430 roku. Przyszły kronikarz studiował już wtedy w Krakowie, kiedy na Wawel przewieziono zniszczone drastycznie przedstawienie, a król Władysław Jagiełło podjął się opłacenia jego renowacji, można więc ufać tej relacji. Co ciekawe, pomimo dużej ingerencji „renowatorów” w warstwę malarską pozostawiono ślady uderzeń miecza, a te na twarzy podkreślono nawet cynobrem. Ślad ludzkiej chciwości stał się tym samym jednym ze środków plastycznych, które wskazują na to, że Maryja zna cierpienie i dzięki temu potrafi współczuć naszemu bólowi. Hodegetria dzięki tym bliznom staje się do pewnego stopnia pietą.
Kiedy czytam opis Jej jasnogórskiego przedstawienia u Długosza, nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że był zachwycony Ikoną. Pisał bowiem w Liber beneficiorum: „Spoglądających na ten obraz przenika szczególna pobożność, jakbyś patrzył na żywą osobę”. Wspomniany już ks. Pasierb wiązał ten silny wpływ na kontemplujących z tym, że austriaccy mistrzowie, a więc ci, którym renowacja ostatecznie się powiodła, „ocieplili” hieratyczne, bizantyjskie przedstawienie, wprowadzając do niego wpływy ówczesnej sztuki zachodniej (we Włoszech przecież właśnie zaczynał się renesans). W tym widzi ten autor jeden z powodów, dla których polscy wierni tak mocno do Ikony przylgnęli: swoją stylistyką idealnie pasuje ona do specyfiki naszego kraju jako leżącego „pomiędzy”: na granicy Wschodu i Zachodu, Północy i Południa.
Kolejne wieki to te same fenomeny, które opisał XV-wieczny kronikarz: żywy ruch pielgrzymkowy i powiązany z nim rozwój bractwa (jeden i drugi fenomen bardzo demokratyczny, bo w obu uczestniczyły wszystkie warstwy społeczne), opieka polskich władców nad sanktuarium i regularne ich wizyty u Pani Jasnogórskiej – nie tylko Jan III Sobieski modlił się tu przed ważnymi bitwami – wreszcie przyciąganie wiernych nie tylko z Rzeczpospolitej. Przez to Jasna Góra stała się w świadomości Polaków synonimem ich jedności, bo była wartością, którą wszyscy uznawali. Dlatego zresztą udana obrona klasztoru podczas potopu szwedzkiego (Obraz został wtedy przezornie wywieziony na Śląsk) mogła stać się podglebiem mitu, który zespolił społeczeństwo Rzeczpospolitej do walki ze Szwedami. Maryjność, wzmocniona także popularyzowaniem przez dominikanów modlitwy różańcowej, z wieku na wiek coraz mocniej wrastała w polską tożsamość. Dobrze ten fenomen oddają słowa Gustawa-Konrada padające w trzeciej części Dziadów:
Słuchaj, ty! – tych mnie imion przy kielichach wara.
Dawno nie wiem, gdzie moja podziała się wiara,
Nie mieszam się do wszystkich świętych z litaniji.
Lecz nie dozwolę bluźnić imienia Maryi.
Zresztą wiek XIX to okres, kiedy rola jasnogórskiego sanktuarium jako zwornika narodu była szczególnie ważna. Wierni przekradali się nielegalnie przez granice, aby do niego dotrzeć, a funkcjonujące na terenach zaborów pruskiego i austriackiego maryjne ośrodki kultu bywały nazywane metaforycznie Jasnymi Górami (np. Borek Stary czy Podkamieniec). Nawet car, nakazując po powstaniu styczniowym kasatę klasztorów paulinów, ten w Częstochowie oszczędził – może ktoś się wstawił za tym miejscem, a może ryzyko rozbudzenia na nowo konfliktu było zbyt duże.
Odzyskanie niepodległości tylko wzmocniło pozycję tego miejsca, nie zdołała jej zniszczyć niemiecka okupacja: Ikonę, na wszelki wypadek, zamurowano. Wizerunek Jasnogórskiej Hodegetrii był także tym najczęściej umieszczanym na ryngrafach dawanych idącym na front, co świadczy o tym, jak ściśle wizerunek ten powiązany został z polskością. To właśnie ten związek, wykraczający poza oficjalne i narzucone zasady, a raczej stanowiący naturalny element postrzegania swojej narodowej i religijnej tożsamości, bł. Stefan Wyszyński postanowił wykorzystać jako kluczowy element swojego planu duszpasterskiego dla Polski w epoce komunizmu. Nie była to jednak z jego strony tylko chłodna kalkulacja z zakresu inżynierii społecznej.
Dziwny świat
Niewiele osób wie, że w 1928 roku Jasną Górę odwiedził Hillaire Belloc, wychowanek św. Johna Newmana i człowiek, któremu nawrócenie zawdzięczał G.K. Chesterton. W trakcie pobytu napisał wiersz-modlitwę Ballade to Our Lady of Częstochowa. Padają tam m.in. wezwania:
Wspomożycielko na wpół pokonanych, Domie złoty,
Relikwiarzu oręża i Wieżo z kości słoniowej (przekł. J. Pasierb).
Szczególnie to pierwsze wydaje się idealnie proroctwem o sytuacji polityczno-społecznej po zakończeniu II wojny światowej. Odpowiada też ówczesnemu stanowi zdrowia Prymasa: chory na gruźlicę, po trzech latach internowania, przez pierwszy rok w tak złych warunkach, że to strażnicy domagali się przeniesienia więźnia, bo nie dawali rady. Do tego był obciążony psychicznie, bo w trudnej sytuacji politycznej: ciągłej gry dyplomatycznej z dominującym siłą przeciwnikiem i podsycanej przez niego wewnątrz Kościoła w Polsce niechęci wobec kardynała. Ten ostatni podjął jednak, szalony po ludzku, program zjednoczenia Polaków i takiej ich duchowej przemiany, by przetrwali komunistyczne pranie mózgów, a centrum tego programu była Ikona z Jasnej Góry. Deklarował jasno, że wszystko postawił na Maryję. Trudno się temu dziwić: zastąpiła Ona bł. Wyszyńskiemu matkę, która zmarła, gdy jeszcze był dzieckiem, swoją mszę prymicyjną odprawił właśnie w tym sanktuarium i to miejsce do końca życia pozostało dla niego domem, do którego wracał, by odpocząć i „naładować” duchowe baterie.
Pozostał Jej wierny nawet wtedy, gdy po soborze maryjność i mariologia stały się czymś postrzeganym jako wsteczne. Zresztą władze komunistyczne, chcąc podkopać na soborze autorytet kardynała, zleciły jednemu ze współpracujących z SB intelektualistów katolickich napisanie artykułu o „przesadnej maryjności” Prymasa, który to tekst potem był skrzętnie kolportowany wśród uczestników tego wydarzenia.
Duchowy instynkt i miłość do Matki nie zawiodły: mimo starań władz, a czasem paradoksalnie właśnie dzięki nim (np. olbrzymie wrażenie, jakie robiła pielgrzymka pustych ram Obrazu po „aresztowaniu” kopii) Częstochowska Pani po raz kolejny pomogła Polakom zachować tożsamość i niepodległość, do tego tę najważniejszą: wewnętrzną.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.











