Należę do pokolenia, którego rodzice znali wojnę z doświadczenia, dlatego coroczne obchody jej wybuchu nie były jedynie wspominaniem historycznego wydarzenia. Wymagały także zmierzenia się po raz kolejny z krzywdą.
Trudnych historii rodzinnych jest wiele, od zaboru ciężko wypracowanych przez pokolenia dóbr, wybicia do szczętu hodowli ukochanych koni dziadka, okrutnej rzezi sąsiedniej wsi przez UPA, po opowieści już powojenne o próbach wymuszenia „nacjonalizacji” posiadanej przez rodziców mamy ziemi i o ciągu dalszym komunistycznej adaptacji w realu Folwarku zwierzęcego. Doskonała większość polskich rodzin ma podobną listę spotkań z mrokiem. Aby skomplikować obraz, trzeba do niego dopisać jeszcze te familie, których przeszłość związana jest z drugą stroną z tej opowieści: potomków volksdeutschów, kolaborantów, mordujących, zaangażowanych po wojnie, z różnych powodów, we współpracę z systemem. To też mrok, choć bardziej gorzki, bo nie można sięgnąć po pocieszenie, że zachowało się przynajmniej moralną rację.
Mawiają, że nie należy spoglądać w otchłań, bo także ona patrzy na spoglądającego. Jezus daje nam inny przykład: nie patrzy w nią, ale wchodzi i wyprowadza stamtąd wszystkich, którzy chcą za Nim pójść. Może to uczynić, bo przynosi przebaczenie, a więc światło, a ono „w ciemności świeci i ciemność go nie ogarnęła” (J 1, 5). I skoro w modlitwie, której On nas nauczył, pojawia się wezwanie: „Przebacz nam nasze winy, jako i my przebaczamy naszym winowajcom”, wskazanie jest jasne: jesteśmy powołani do zmierzenia się z podobnym wyzwaniem.
Do przebaczenia motywuje sam Jezus
Dlaczego warto podjąć ten wysiłek? Pierwszą, według mnie najważniejszą motywację do niego już wskazałam: tę drogę wskazuje nam Chrystus i nie tylko wskazuje, ale sam ją przeszedł. To oznacza, że kiedy my na nią wkraczamy, po pierwsze, mamy żywy przykład, że jest ona do przejścia i prowadzi do życia, po drugie, mamy realne wsparcie w naszym Przewodniku. To ostatnie jest według mnie kluczowe, bo istnieje pokusa, by próbować się z krzywdą mierzyć samemu lub tylko z ludzkim wsparciem. Spoiler: to droga donikąd, szczególnie w przypadku krzywd zadawnionych i/lub ciągnących się pokoleniami.
To prawda, że do nas należy decyzja o przebaczeniu, bez której Bóg, szanując naszą wolność, nie chce niczego w nas zmieniać. Na niej samej i sile woli jednak daleko nie dotrzemy. Odpuszczenie komuś, a czasem samemu sobie, win jest łaską, więc podstawową aktywnością powinna być modlitwa o ten dar. Szczególnie że, o ile decyzja jest punktowa, o tyle zmiana jest już procesem, który wymaga czasu i realnego wysiłku. Bywa, że tak dużego, że do jego uniesienia będziemy potrzebować pomocy drugiego człowieka lub wspólnoty.
Mimo wszystko warto, bo Jezus w kazaniu na górze mówi: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5, 44–45). Oznacza to, ni mniej ni więcej, że przebaczenie jest tym, co najbardziej upodabnia nas do Boga. To najwyższa forma miłosierdzia, a On jest przecież caritas.
Istnieją też bardziej przyziemne motywacje do rozpoczęcia tej wewnętrznej przemiany. Amerykański socjolog dr Robert Enright, zajmujący się od dekad przebaczeniem oraz jego wpływem na życie społeczeństwa i jednostek, przywołuje w jednym z opracowań interesujące wyniki badań. Zaproszono do nich osoby, które miały doświadczenie głębokiej krzywdy (m.in. ofiary przemocy domowej). Zaproponowano im konkretny proces terapeutyczny, prowadzący do wybaczenia, i u tych, którzy przeszli go z powodzeniem, stwierdzono zdecydowaną poprawę zdrowia, szczególnie jeśli chodzi o choroby autoimmunologiczne i nałogi, oraz jakości życia. Ludzie ci zaczęli inaczej budować relacje, głównie dlatego, że sytuacje, które do tej pory uruchamiały w ich psychice i zachowaniu któryś z elementów słynnego kwartetu odpowiedzi na traumę (walka, ucieczka, paraliż, uległość), przestały to robić: stali się wobec nich wolni. To potwierdziło, że Jezusowe wezwanie do miłosierdzia wobec tych, którzy nas krzywdzą, to nie pięknoduchostwo, ale realne lekarstwo dla nas samych i wspólnot, w których żyjemy.
Pomocne mogą się okazać psalmy złorzeczące
Krzywda rodzi gniew i można nim błędnie „zarządzić” na dwa sposoby. Po pierwsze, przyjąć go z całą świadomością, ale następnie karmić się nim i kierować. Po drugie, udać, że się go nie widzi, stłumić, kierując wtedy najczęściej przeciw sobie, choć od czasu do czasu i tak znienacka wybije na niczego niespodziewające się otoczenie. Można udać przed samym sobą, że nie ma sprawy, kwestia jest ogarnięta, nie ma co robić szumu wokół tego, co było. W jednym i drugim przypadku do wewnętrznego uzdrowienia potrzebna jest jedna wartość: prawda. O tym, co się wydarzyło i jakie to ma skutki, ale też o tym, co w związku z tym poczuliśmy lub czujemy, oraz jak to się przekłada na nas samych i nasze relacje.
Tu z pomocą mogą nam przyjść psalmy złorzeczące, po soborze wyklęte z brewiarza (nieustannie zadziwia mnie ta decyzja). Po pierwsze, należą do kanonu Biblii, więc jak najbardziej możemy je wykorzystać w naszej modlitwie do wyrzucenia z siebie bólu. Po drugie, wskazują jasno drogę do uzdrowienia, opisując sposób myślenia oraz działania, który do przebaczenia prowadzi. Polecam szczególnie psalm 109, noszący zresztą tytuł Biada przewrotnemu nieprzyjacielowi. Trudna lektura, pełna złorzeczeń, ale i przynosząca światło: autor nie udaje, że nic się nie stało – wymienia zadane sobie cierpienia – a jednocześnie oddaje sąd Bogu. Jemu także powierza wymierzenie sprawiedliwości, nawet jeśli sam życzy nieprzyjacielowi jak najgorzej (w innym tekście z psałterza, psalmie 137, jest mowa o rozbijaniu niemowląt przeciwnika o skałę, co pokazuje skalę bólu).
Podobny schemat pojawia się w Apokalipsie. Jan widzi, po otworzeniu przez Baranka piątej pieczęci, dusze męczenników. Wołają one: „Jak długo jeszcze, Władco święty i prawdziwy, nie będziesz sądził i wymierzał za krew naszą kary tym, co mieszkają na ziemi?” (Ap 6, 10). W odpowiedzi otrzymują białe szaty i słyszą zachętę, by jeszcze krótki czas zaczekali, bo trzeba, aby dopełniła się liczba tych, którzy mają zostać zabici dla Słowa Bożego, a więc dla Prawdy.
Bóg widzi nasze cierpienie i krzywdę – największe kłamstwo, w jakie możemy w sytuacji cierpienia uwierzyć, to przekonanie, że zostaliśmy zostawieni sami sobie. Nie, On jest z nami i ma moc wyprowadzić nas z otchłani. Nawet więcej, uczyni zadane nam rany tym, co będzie powodem naszej chwały, jak się stało w przypadku Jezusa i męczenników. Do tego jednak trzeba, byśmy stali w prawdzie: o gniewie, o bólu, o bezradności, wreszcie o nadziei, w imię której chcemy przebaczyć. Uszanujmy jednak własne tempo oraz przebieg zmian – jak mawiają grający na giełdzie: pojedyncze wychylenie kursu ma małe znaczenie, istotny jest trend. Trzeba dać czas i przestrzeń na działanie łaski.
Trauma to nie wyrok
Ostatnio wiele było mowy o tym, że jesteśmy społeczeństwem, ze względu na naszą historię, głęboko straumatyzowanym. Zgadzam się z diagnozą, ale jestem głęboko przekonana, że nie wolno zatrzymywać się na niej, a już na pewno robić z niej wymówki. Jesteśmy dziedzicami także świętych, którzy mieli odwagę napisać kilkanaście lat po wojnie: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – sięgnijmy po ten spadek, to droga do prawdziwej wolności.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.











