Od czasu wyboru na papieża o. Roberta Prevosta OSA, amerykańskiego augustianina, Wasz zakon budzi wielkie zainteresowanie. Także u nas, gdzie odradzacie się po latach niebytu zawinionego przez zaborców, a potem przez komunistów. Na urlop wybrałeś się do kraju papieża i miałeś takie przygody, że możesz obdzielić kilku urlopowiczów (śmiech).
– W ciągu roku bardzo dużo się dzieje w zakonie, w parafii i w moim życiu poety. Cały czas jestem z ludźmi. Bardzo potrzebowałem wyciszenia. Miałem taki pomysł na urlop, żeby wyjechać i pobyć trochę samemu. Byłem w Stanach kilka razy, nasi bracia augustianie mają tam domy, jest się gdzie zatrzymać. Dlatego wybrałem ten kraj, odległy od nas. Ale też wynająłem samochód w wypożyczalni, żeby podróżować w pojedynkę, odpocząć od ludzi, bo tylko wtedy mogę do nich wrócić z radością. Moje dość dramatyczne przygody zapoczątkowała jednak awaria auta…
Gdzie konkretnie mieszkałeś?
– W klasztorze augustianów w San Diego, w stanie Kalifornia. Tam miałem bazę wypadową, punkt zaczepienia, za darmo dach nad głową i wyżywienie. Bracia też wyjechali na urlopy, było dość pusto. Nie przewidziałem natomiast, że wakacje staną się nie tyle czasem wypoczynku, co doświadczenia pustyni: dosłownie, jak i metaforycznie.
Czemu metaforycznie? Byłeś na prawdziwej pustyni!
– Kiedy jedziesz setki kilometrów zamknięta w samochodzie, m.in. przez pustynię, to przeżywasz rekolekcje. My augustianie żyjemy według reguły św. Augustyna i ogromną wagę przywiązujemy do wspólnoty. Prowadzimy życie wspólnotowe – w relacjach. Więzi w zgromadzeniu są ważne. Tu miałem rekolekcje indywidualne, choć tego nie planowałem.
Każdy człowiek, a zwłaszcza uczeń Chrystusa jest dla relacji. Miłość jest relacją.
– Tak. Niektórym się wydaje, że w wakacje można odpocząć od Boga. Było odwrotnie, gdyż spotkałem Boga tam, gdzie najmniej się Go spodziewałem (śmiech).
Poeta znajdzie Boga między wierszami, nawet gdy ucieka od prozy życia! (śmiech)
– Mam mnóstwo refleksji egzystencjalnych. Urlop miał być przestrzenią wolną od myślenia. Bóg lubi zaskakiwać.
Jak bardzo różni się egzystencja augustianów w Polsce i w USA? Klasztor, w którym rozmawiamy, zbudowano długo przed „narodzinami” Stanów Zjednoczonych. Jakie warunki mają augustianie, rodacy Leona XIV?
– Teraz byłem w jednym klasztorze trzy tygodnie, ale w Stanach odbyłem kiedyś nowicjat, pod Chicago – najlepiej znam właśnie tę prowincję „papieską”. Nas augustianów łączy to, że mamy ten wspólnotowy charyzmat, dużo czasu spędzamy razem. W USA są inne uwarunkowania kulturowe oraz główne zadania zakonu, bo wyznacza je zapotrzebowanie i tradycja. My zakon reaktywujemy, w Kalifornii augustianie są od ponad 100 lat. Udało im się zachować ciągłość (do Polski przybyliśmy ok. 1342 roku, przeżyliśmy jednak dwie kasaty).
Zajmują się głównie edukacją. W San Diego jest postulat. Obok klasztoru mieści się liceum, uznawane za bardzo prestiżowe. Jest prowadzone na wysokim poziomie, męskie. Nie ma koedukacji. Widziałem z okien pokoju budynki szkoły i duże, profesjonalne boiska do baseballa oraz różnych gier sportowych. Szkoły w Stanach mocno inwestują w sport. Amerykańscy augustianie największy nacisk kładą na szkolnictwo. My z kolei prowadzimy duszpasterstwo obcokrajowców – oni nie. Szkołę i przedszkole mają jednak w Krakowie siostry augustianki.
Nastawiłeś się na podróże i zwiedzanie kraju. Dokąd pojechałeś?
– Bardzo chciałem zobaczyć parki narodowe w Kalifornii, tylko zrobiłem błąd. Nie przyszło mi do głowy, że mają zupełnie inny charakter niż u nas i w lecie nie będzie się gdzie ukryć przed słońcem. Wycieczki do parku są całodniowe, a jeśli temperatura przekracza 45 stopni i jest się na otwartej przestrzeni, szybko traci się chęć na podziwianie widoku. W dodatku tam jest deficyt wody, mineralna w sklepach kosztuje bardzo dużo. Łatwiej i taniej kupić Coca-Colę. Do parków warto jechać w grudniu.
Kalifornia poza milionowymi miastami znanymi z filmów to pustynia. Nie ma tu drzew ani zielonej roślinności, która daje cień. Nie ma też piasku, bo to pustynia skalista. Nam park narodowy kojarzy się z lasem, a ja oglądałem skały i kaktusy. To bliższe obrazowi dzikich prerii, jakie znam z westernów. Dlatego po godzinie uciekłem do samochodu. Na szczęście miał klimatyzację, bez niej nie dałoby się przeżyć.
Wiemy coś o tym, bo lato w Polsce jest coraz gorętsze…
– Z wielu powodów urlop okazał się doświadczeniem pustyni. A byłem tam wcześniej kilka razy, w miastach. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak ogromne w Stanach są skrajności: z jednej strony wielkie bogactwo, z drugiej przeogromna bieda. Spotykałem ludzi, którzy żyją niemal w namiotach, jak nomadzi. Mijałem osady kamperów i przyczep na pustyni, przez którą biegnie tylko autostrada. Biegunowych skrajności nie mamy w Polsce, nie ma takiej biedy. Leon XIV ma wiedzę i wrażliwość na ubogich nie tylko z czasu pobytu na misjach w Peru. A bogaci są przede wszystkim biali.
„Twoje” San Diego to duże miasto?
– Drugie co do wielkości w Kalifornii, po Los Angeles, ponad 1,3 mln osób, jak wyczytałem. Większe od Krakowa czy Poznania.
Największym przeżyciem była wycieczka do… Las Vegas. Co zakonnik chciał znaleźć w światowej stolicy hazardu? (śmiech)
– Nie chciałem grać w kasynie (śmiech). Trafiłem po prostu zorganizowaną wycieczkę, więc pojechałem na trzy dni. Pomyślałem: raz w życiu zobaczę „miasto grzechu”! Co ma robić ksiądz na urlopie, jak odprawi mszę? Żeby słuchać ludzi, którzy przychodzą do spowiedzi, trzeba ich trochę rozumieć. Poznać to u źródła (śmiech). Jest powiedzenie: co było w Las Vegas, zostaje w Las Vegas (śmiech). Byłem zaintrygowany.
W takim razie jakie jest Las Vegas?
– Surrealistyczne i kiczowate. Jedzie się długo przez pustynię i nagle wyrasta wielkie miasto. A nic go nie zapowiada. Zabudowa jest dziwna, chodzi się w „rurach”.
W czym?
– Żeby nie wychodzić na ulicę, idąc z hotelu do hotelu – w każdym jest kasyno – zbudowano przełączki. Mają kształt rur, dlatego tak je nazywam: sieć korytarzy, które są połączeniami między hotelami. Na zewnątrz jest 45 stopni i nie ma czym oddychać, tu słychać muzykę i jest klimatyzacja. Hotele natomiast są stylizowane na znane budowle. Mój miał kształt piramidy egipskiej. W środku był egipski wystrój, rzeźba sfinksa itd. Stamtąd szedłem do hotelu – pałacu, potem hotelu – Nowego Jorku czy Paryża. Okropny kicz, ale „na bogato”. Wspomniałem już o kłopocie z dostępem do wody, a tu są podświetlane fontanny i goście z całego świata. Klimat jedyny w swoim rodzaju. Inspiracja poetycka, będzie tomik wierszy.
Stamtąd jeździliście na zorganizowane wycieczki po okolicy?
– Tak. Największe, wręcz kosmiczne wrażenie, zrobił na mnie Wielki Kanion. Żadne zdjęcia i filmy w internecie nie oddadzą tego miejsca. Jest niesamowite! Patrzysz w dół, a poniżej latają helikoptery… Jest olbrzymi. Nic podobnego nie widziałem.
Najwięcej wrażeń miałeś jednak wracając autem do San Diego.
– Zaczęło się od tego, że znajoma Polka, która mieszka w San Diego, poradziła mi, żebym wstąpił na obiad do restauracji po drodze. Miejsce z lat 50. XX wieku, bardzo dobre jedzenie. Restauracja stoi obok opuszczonej miejscowości Calico. Kiedyś było tu miasteczko górnicze. Od końca XIX wieku działała kopalnia srebra. Złoże się wyczerpało, więc ludzie stąd wyjechali. Dziś funkcjonuje jako Ghost Town, po polsku – miasteczko duchów. Super knajpka, dużo ludzi. Zjadłem, wsiadłem do samochodu. Wyjechałem na autostradę, a tu po 10 km świeci się lampka: zepsuty silnik! Światła nie działają. Komunikat: zjedź do najbliższego serwisu! A to pustynia, jaki serwis?
Co zrobiłeś?
– Zobaczyłem mocno zniszczoną stację benzynową. Zjechałem tam i zacząłem szukać w internecie, gdzie mogę znaleźć pomoc. Odkryłem, że blisko Ghost Town jest czynna stacja benzynowa. Musiałem wrócić. Droga szła przez pustynię, straszne dziury, ale dojechałem. Ludzie zerkali jak na zjawisko: turysta z Polski (śmiech).
W dokumentach wozu znalazłem numer do emergency services. Zanim połączyli mnie z człowiekiem, nasłuchałem się komunikatów sztucznej inteligencji. Wreszcie odezwała się bardzo miła pani: „Sorry, sorry, sorry! I love you!”. Poczułem się kochany (śmiech), tak bardzo przeżywała moją historię. Ale pytam o konkret: wyślecie samochód zastępczy? Co mi z miłości? Obiecała, że już wysyła. Mija godzina, druga. Nie ma. Robi się późno, o godz. 22.00 zamykają stację. Upał potworny. Dzwonię znowu – i znów AI. Nowa pani: „Sorry, I love you! Już wysyłam lawetę do pana!”. Przyjechał facet, zapakował auto, a zastępczego nie ma! Mogę z panem wracać? – pytam. „Nie, ja jadę opposite way”.
W przeciwną stronę...
– Pojechał. Zostałem sam. Na stacji nie ma sklepu, można dostać trzy rzeczy: papierosy, whisky i kupony na loterię. Zadzwoniłem więc znowu, ta sama procedura: „Sorry! I love you”.
Miłość werbalna jest prosta (śmiech).
– Ta pani stwierdziła, że wysyła taksówkę, która mnie zawiezie do San Bernardino. W tym miasteczku jest lotnisko, dadzą mi auto. Dostałem dostęp do aplikacji, więc mogłem śledzić, że taksówka faktycznie jedzie. Przyjechała Meksykanka i przez dwie godziny rozmawialiśmy. Rzuciła cytat: „To one of these days, jeden z tych dni”. Myślałem, że to koniec przygód.
To nie był koniec?
– Terminal stał, ale żywej duszy tam nie było! Opuszczony.
Która była godzina?
– Koło 20.00. Szukam wypożyczalni. Jest. I tabliczka: „Wednesday closed”, w środy zamknięte. Chciałem się wtedy poddać. Trudno, tak miało być. Usiadłem na ławce. Zaczepiłem jakichś ludzi, proszę ich o pomoc. Wzięli mnie chyba za bezdomnego narkomana i uciekli. Byłem sam. Na duchy na ma rady, umrę tu bez ludzi. Tyle, że miałem telefon doładowany.
Jak sobie poradziłeś?
– Zobaczyłem mężczyznę w stroju roboczym, po rysach myślę: Filipińczyk. Na Filipinach mieszkają katolicy. Podszedłem już w desperacji i zaczynam mówić, co mi się przydarzyło. Zagaiłem: jestem księdzem katolickim z Polski. Tak on się ucieszył! „Oh, bless me, father, bless me father!”. Pobłogosławiłem. Miał samochód, przy mnie zadzwonił do żony, że będzie później w domu, bo pomaga księdzu. Żona prosi: „Bless me, father!” Pobłogosławiłem zdalnie i pomyślałem, że jestem ocalony.
Miałeś szczęście, katolicy w Stanach są mniejszością, a pod Las Vegas pewnie nie ma ich dużo. Warto przyznać się do Boga.
– Powiedziałem: jest pan dziś moim aniołem. Najpierw jednak czwarty raz zadzwoniłem do mojej wypożyczalni, bo anioł nie mógł mnie zawieźć do San Diego. Tym razem odezwała się pani Kate. Znowu: „Sorry, I love you”, a wcześniej obowiązkowe AI. Okazało się, że trzeba jechać do miasta Ontario. Filipińczyk zadeklarował, że mnie zawiezie, żeby już nic nie wysyłali. Droga była długa, odbył „spowiedź życia”. Chciałem zapłacić w podzięce, ale absolutnie się nie zgodził, to kwestia miłosierdzia…
Dotarłem do wypożyczalni aut, udało się załatwić zastępcze. Była godzina 22.00 i uznałem, że nie mogę jechać przez trzy godziny, bo zasnę za kierownicą. Rozsądek wymaga tego, żeby się „zreanimować” – adrenalina minie i poczuję się zmęczony. Cały dzień przygód, stresu i obaw, czy wrócę do augustianów… Niedaleko był hotel. Bardzo elegancki, ogromny, przy lotnisku. I kompletnie pusty! Znów poczułem się w jak w Calico, miejsce opuszczone. Na parkingu ani jednego samochodu! Hotel drogi, jak oni go utrzymują? Poszedłem spać. A rano na śniadaniu byłem jedynym gościem, jadłem sam. Hotel – widmo.
Wróciłeś cały i zdrowy. Duchy Calico pokonane – to był niezwykły przypadek. Symbolika bardzo znamienna, wyrazista. Ludzie autentycznie wierzący przecież wiedzą, że Bóg mówi do nas przez symbole i znaki… Spotkałeś Boga i pogłębiłeś duchowość pod Las Vegas.
– Zapamiętam to na długo. Jeśli ktoś chce jechać w upał do Las Vegas, musi wiedzieć, że samochody się psują w takich temperaturach i człowiek nie poradzi sobie sam, kiedy go zawiedzie technika. Technologia i AI nie są niezbędne do szczęścia, tylko konkretna miłość bliźniego i relacje. Chrystus to wiedział. Tylko my potrzebujemy wyjść na pustynię, żeby wrócić do Jego mądrych nauk. Do korzeni.
PIOTR LAMPRECHT OSA
Augustianin, sekretarz Polskiej Prowincji Zakonu Świętego Augustyna; poeta
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.











