Logo Przewdonik Katolicki

Krajobraz po bitwie

Ryszard Gromadzki
Fot.

Tegoroczny Marsz Niepodległości potwierdził jak bardzo głęboki jest podział polityczny w Polsce. Święto 11 Listopada po raz kolejny zdominowane zostało przez burdy i zamieszki. Do starć nie musiałoby dojść, gdyby nie prowokacyjna postawa policji.

 

Po bezprecedensowych zajściach, które towarzyszyły Marszowi Niepodległości w ubiegłym roku ze wszystkich stron sceny politycznej w Polsce płynęły zapewnienia, że takie wydarzenia godzące w samą istotę święta 11 Listopada nie mogą się więcej powtórzyć .Z inicjatywy prezydenta Bronisława Komorowskiego przyjęto bardzo restrykcyjne prawo o zgromadzeniach (nowa ustawa wejdzie w życie jeszcze w tym roku). Z drugiej strony prezydent wystąpił z „inicjatywą jednoczącą”, czyli zaproponował osobny marsz  „ponad podziałami” dla uczczenia rocznicy odzyskania niepodległości. Nie tędy droga – chciałoby się powiedzieć. 

 

Marsz à la PRL

Prezydencki pochód jako żywo przypominał pierwszomajowe pochody partyjne z czasów PRL-u. Dygnitarzom asystowały tłumy  policjantów i ochroniarzy w cywilu. Cały przemarsz raził sztucznością. Mimo to  w cieple prezydenckiego majestatu postanowiła „ogrzać się” grupa polityków jeszcze do niedawna kojarzona z prawicą. Kwiaty pod pomnikiem Romana Dmowskiego wspólnie z Komorowskim składali Roman Giertych i Michał Kamiński. Ten pokaz od razu zrodził spekulacje, że prezydent montuje nowy ruch polityczny „na prawo od PO”, który będzie próbował zagospodarować część konserwatywnego elektoratu. Spacerowi prezydenta Komorowskiego z oficjelami prorządowe media nadały nieproporcjonalny wydźwięk. Wbrew faktom mówiono o „kilkunastu tysiącach uczestników”. Podkreślano „radosny nastrój” marszu  i „nowy niezobowiązujący obyczaj świętowania niepodległości” Zachwytom nie było końca. 

Policyjna prowokacja
Niestety właściwy Marsz Niepodległości, w którym uczestniczyło przynajmniej 50 tys. ludzi z całej Polski po raz kolejny nie mógł odbyć się bez przeszkód. Tym razem w roli agresorów nie wystąpiły bojówki niemieckich anarchistów, jak rok temu, ale polska policja. Środowiska skrajnej lewicy od wielu tygodni mobilizowały się do zablokowania „faszystowskiego marszu” 11 listopada. Okazało się, że bez wsparcia towarzyszy z zewnątrz, rodzimych lewków jest po prostu za mało, żeby spełnić swoje pogróżki. Pozostaje im tylko hałaśliwa propaganda. Analiza zdjęć i filmów z tegorocznego Marszu Niepodległości nie pozostawia wątpliwości, że odpowiedzialność za zamieszki ponosi policja. Trzeba powiedzieć wprost: działania sił porządkowych 11 listopada nie miały na celu ochrony manifestantów, ale sprowokowanie zamieszek na wielką skalę. Gdyby policyjna prowokacja powiodła się do końca, jej skutki mogłyby być tragiczne. Bardzo nieprzekonywająco brzmią zapewnienia przedstawicieli Komendy Głównej Policji, że wprowadzenie do akcji zamaskowanych funkcjonariuszy miało na celu wyłapanie z tłumu najbardziej agresywnych zadymiarzy. Z licznych zapisów zamieszek wynika jednoznacznie, że policjanci w kominiarkach zachowywali się jak bandyci, a nie stróże porządku. Trudno też zakwalifikować inaczej jak prowokację zablokowanie marszu przez zmasowane oddziały szturmowe policji, krótko po jego rozpoczęciu. Użycie broni gładkolufowej, petard hukowych, a przede wszystkim brutalność, z jaką funkcjonariusze atakowali uczestników marszu, łącznie z dziećmi, skłania do wniosku, że rozkazodawcom funkcjonariuszy zależało na tym, żeby doprowadzić do eskalacji zajść. Odcięcie od manifestacji grupy wojowniczych kibiców, można było przeprowadzić bez wszystkich tych niewspółmiernych do sytuacji działań. Całe szczęście, że na wysokości zadania stanęli organizatorzy marszu. Gdyby nie stanowcza postawa rzecznika Obozu Narodowo-Radykalnego Mariana Kowalskiego i kilku posłów Pis, wydarzenia na ulicy Marszałkowskiej mogłyby wymknąć się spod kontroli. Swoją drogą zastanawiające jest, że policja co roku wykazuje się tak bezprecedensową agresją wobec uczestników Marszu Niepodległości, a wszelkie parady sodomitów mogą liczyć na pełną i skuteczną ochronę.
 
Dwie Polski
Nie mam wątpliwości, że prowokacyjna postawa policji wobec Marszu Niepodległości wpisuje się w szerszy scenariusz. Potwierdza to sposób relacjonowania wydarzeń 11 listopada w mediach głównego nurtu. Oto z jednej strony mamy koncyliacyjny, pozbawiony nacjonalistycznego zacietrzewienia przemarsz pod przewodnictwem prezydenta Komorowskiego w świetle dnia, z drugiej budzące grozę ujęcia z wieczornych starć marszu prawicy. Widzu wybierz sam, która Polska jest ci bliższa? Ta, którą firmuje prezydent, czy ta ksenofobiczna, ba wręcz faszystowska, którą uosabiają fanatycy z ONR, Młodzieży Wszechpolskiej czy rozbestwieni kibole. Ten schemat powielany był do znudzenia w relacjach i komentarzach po wydarzeniach 11 listopada w „Gazecie Wyborczej”, TVN24 czy TVP. Na fali nastrojów budowanych w tych mediach lewica wystąpiła z wnioskiem o delegalizację ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, jako organizacji faszystowskich. Nad tą słuszną, „głęboko słuszną” inicjatywą w czasie ostatnich dwóch tygodni z troską pochylało się w telewizyjnych studiach i na łamach gazet wielu dyżurnych ekspertów zaniepokojonych stanem demokracji w Polsce. Skądinąd inicjatywa SLD została druzgocąco storpedowana w internecie. Po kilku dniach od apelu wierchuszki spadkobierców nieboszczki PZPR, za delegalizacją ONR i Młodzieży Wszechpolskiej opowiedziało się 200 osób, kilkanaście tysięcy internautów zażądało zdelegalizowania… SLD. Przyczyną tej „delegalizacyjnej histerii” były słowa jednego z liderów Młodzieży Wszechpolskiej Roberta Winnickiego wypowiedziane podczas wiecu kończącego marsz. Winnicki powiedział, że oto spełnia się koszmar Adama Michnika, a jego ugrupowanie będzie dążyło do „obalenia republiki okrągłego stołu”. W ujęciu niektórych mainstreamowych mediów, zdanie to zredukowano do „obalenia republiki”. A to przecież nic innego jak „podpalanie Polski”.
 
Nowe linie podziału
Pewna buńczuczność, którą dało się wyczuć w wypowiedziach i postawach przedstawicieli ONR i Młodzieży Wszechpolskiej w trakcie i po Marszu Niepodległości, może niepokoić z innego powodu. Wprowadzają one bowiem niepotrzebne polskiej prawicy nowe linie podziału. Decyzja o rozdzieleniu marszu (narodowcy ostentacyjnie ominęli pomnik Józefa Piłsudskiego, pod którym zakończyła manifestację kilkanaście tysięcy ludzi, wśród których dominowały kluby „Gazety Polskiej”) nie była mądrym posunięciem. Reaktywacja konfliktów politycznych z II Rzeczypospolitej w dzisiejszych realiach pozbawiona jest wszelkiego sensu. Prawicy potrzebna jest jedność, bo tylko w ten sposób może przeciwstawić się liberalnej ofensywie skierowanej na Polskę. Nie znaczy, to że obóz narodowy nie ma prawa do swojej reprezentacji politycznej. Choć zapowiedzi o powołaniu ogólnopolskiego ruchu – Straży Niepodległości wydają się nieco na wyrost. Niewątpliwie jednak wydarzenia, które rozegrały się w Warszawie 11 listopada dowodzą, że na scenie politycznej pojawia się nowa jakość. Młody, radykalny, usposobiony patriotycznie elektorat, który całkowicie odrzuca wizję „zielonej wyspy” Donalda Tuska, ale jednocześnie nie akceptuje przywództwa Jarosława Kaczyńskiego. To setki tysięcy młodych ludzi dramatycznie rozczarowanych rzeczywistością, pozbawionych pracy i życiowych perspektyw, którzy z pasją odrzucają układ „republiki okrągłego stołu”. Ten elektorat dochodzi coraz mocniej do głosu, nic dziwnego, że pojawiają się próby jego zagospodarowania. Ci ludzie mogą być siłą napędową niezbędnych krajowi zmian. Wypadki z 11 listopada potwierdzają, że konflikt polityczny w Polsce wciąż się zaostrza. Jeszcze niedawno trudno sobie było wyobrazić, żeby w trakcie telewizyjnej dyskusji padły słowa, które lewicowa aktywistka Kazimiera Szczuka wypowiedziała pod adresem Artura Zawiszy, jednego z organizatorów Marszu Niepodległości. „Niech pan nie wyciera swojej faszystowskiej mordy moim ojcem” – rzuciła Szczuka pod adresem swojego przedmówcy, gdy ten zauważył, że ojciec pani Szczuki,   adwokat wielokrotnie broniący żołnierzy AK w procesach w latach 50. zapewne nie podziela jej poglądów. Ta zjadliwość jest symptomatyczna i powielana raz za razem. Nie wróży to nic dobrego naszej demokracji. Linie podziału w społeczeństwie są coraz głębsze i jeśli nie dojdzie do opamiętania, będzie trudno je zlikwidować. Trudno o lepszą okazję do wyciszenia emocji i narodowego pojednania niż Święto Niepodległości. Może w przyszłym roku uda nam się z tej okazji, choć w części, skorzystać. 
 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki