Logo Przewdonik Katolicki

DWA WRZEŚNIE

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Polityka wybieramy po to, by jak Giuliani w Nowym Jorku potrafił stanąć na czele społeczności, prowadząc ludzi do wspólnego gaszenia pożaru albo umacniania wałów przeciwpowodziowych. Spośród półtora tysiąca zwierząt w nowoorleańskim ogrodzie zoologicznym zginęły zaledwie trzy sztuki. Czwarta, aligator, wybrała wolność w zalanym mieście. Pozostałe zwierzęta ocalały. Jak...

Polityka wybieramy po to, by jak Giuliani w Nowym Jorku potrafił stanąć na czele społeczności, prowadząc ludzi do wspólnego gaszenia pożaru albo umacniania wałów przeciwpowodziowych.


Spośród półtora tysiąca zwierząt w nowoorleańskim ogrodzie zoologicznym zginęły zaledwie trzy sztuki. Czwarta, aligator, wybrała wolność w zalanym mieście. Pozostałe zwierzęta ocalały. Jak poinformował dyrektor ogrodu, Zoo w Nowym Orleanie od dawna było przygotowane na nadejście katastrofalnego huraganu i po prostu zastosowało wcześniej opracowane procedury ochronno-ratunkowe.
Ludzie nie mieli tyle szczęścia co zwierzęta. Skutki huraganu "Katrina", wedle pierwszych informacji, są najgorszą klęską żywiołową w Stanach Zjednoczonych od wielu dziesięcioleci. Tysiące ludzi nie żyją. Tysiące, bo nikt nie jest w stanie powiedzieć jak wielu. Setki tysięcy zostały bez dachu nad głową, tracąc cały dorobek życia. Najgorsze jednak wydaje się coś zupełnie innego - załamanie się znanego z setek hollywoodzkich filmów mitu amerykańskiej samoorganizacji. Dotychczas wydawało się, że Amerykanie w obliczu klęski w naturalny sposób korzystają ze społecznej solidarności, wyłaniają lokalnych liderów i znakomicie chronią zarówno tkankę społeczną, jak i materialną. W Nowym Orleanie tymczasem sytuacja wyglądała niczym w Trzecim Świecie - bandy opryszków grasujące po zalanym mieście, rabujące i zabijające spokojnych obywateli, policjanci odmawiający wejścia do dzielnic opanowanych przez bandytów, kompletny brak koordynacji działań ratunkowych...

Lokalne znaczy lepsze


Wbrew niektórym naszym doniesieniom i komentarzom nie wygląda na to, by obywatele USA powszechnie potępiali rząd za słabość akcji ratunkowej. Amerykanie są podzieleni w ocenie sposobu, w jaki prezydent George W. Bush kieruje rozwiązaniem kryzysu, spowodowanego przez huragan "Katrina". 46 proc. ocenia pozytywnie jego działania, 47 proc. krytykuje go - wynika z sondażu, przeprowadzonego dla dziennika "Washington Post" i telewizji ABC, którego wyniki opublikowano w niedzielę. 48 proc. Amerykanów uważa, że rząd federalny zareagował na sytuację w sposób "doskonały" lub "dobry". 51 proc. jest zdania, że reakcja rządu na sytuację była "uboga" lub "nie tak dobra".
Co się stało w Nowym Orleanie? Zapewne jeszcze za wcześnie na dogłębną analizę, ale większość amerykańskich komentatorów zauważa dramatyczną różnicę pomiędzy wspaniałą solidarnością międzyludzką i organizacją pomocy w Nowym Jorku, kiedy cztery lata temu terroryści zaatakowali World Trade Center, a Nowym Orleanem, gdzie ujawniły się najgorsze cechy wspólnoty ludzkiej. Na pewno w stolicy jazzu zabrakło osobowości przywódczej, takiej jaką był burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani. Władze lokalne wpadły w panikę, nie wykorzystano setek szkolnych autobusów do ewakuacji ludności, nie pomyślano o odpowiednim zabezpieczeniu przed bandytami. Nawet na lokalnym stadionie, na którym zgromadziło się kilkanaście tysięcy ludzi, dochodziło do gwałtów i rabunków. A w Stanach Zjednoczonych sytuacje kryzysowe są rozwiązywane zazwyczaj właśnie na poziomie hrabstwa czy stanu, bez angażowania władz federalnych.
Poza brakiem przywództwa stało się w Nowym Orleanie coś, co można nazwać "europeizacją" Ameryki. Europeizacją w złym sensie. Ogromna większość ludności Nowego Orleanu to czarnoskórzy. I właśnie w zamieszkanych przez nich dzielnicach było najgorzej. Okazało się, że gigantyczna akcja afirmatywna, kierująca do społeczności murzyńskiej środki z pomocy społecznej i dająca jej spore preferencje w życiu społecznym sprawiła, iż społeczność ta zatraciła typowo amerykańską zdolność działania oddolnego; że nie potrafiła w chwilach zagrożenia wyłonić naturalnych liderów. Warto pamiętać, że największe szkody wywołało przerwanie wałów chroniących tereny położone poniżej poziomu morza. Otóż władze lokalne od kilku lat regularnie pytały obywateli, czy środki z podatków przeznaczyć na naprawę wałów czy też na socjal. I stale otrzymywały odpowiedź - wały nie są potrzebne. Kolejne lokalne wybory wygrywali zwolennicy rozdawnictwa kosztem bezpieczeństwa. W jakimś więc sensie mieszkańcy Nowego Orleanu zapłacili olbrzymia cenę za własną pazerność i niefrasobliwość.
Trzeci wreszcie powód skali klęski w południowych stanach USA jest w jakiejś mierze pochodną tego, że po tragedii 11 września 2001 r. stworzono gigantyczne federalne struktury bezpieczeństwa, łącznie z nieistniejącym nigdy w amerykańskiej historii Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Agencją Reagowania Kryzysowego. W chwili prawdziwego kryzysu wszyscy oglądali się na rząd federalny, no bo skoro ogłosił, że bierze odpowiedzialność za bezpieczeństwo, to niech reaguje. Zachowali się, mówiąc krótko, tak jak wielu naszych współobywateli, którzy widząc bandziora okradającego sąsiadów, narzekają, że w pobliżu nie ma policji, ale sami nie reagują.
Po huraganie "Katrina" Ameryka będzie zapewne inna. Oby śladem sugestii wielu polskich dziennikarzy nie była to Ameryka krytykująca tylko Busha za słabość reakcji rządu, ale by była to Ameryka powracająca do tego stylu życia, który dał jej przewagę w światowym wyścigu cywilizacyjnym. Lekcja wynikająca z kataklizmu jest bowiem dość banalna - po pierwsze, nawet najbogatsze i najpotężniejsze mocarstwo świata jest bezradne wobec sił natury, po drugie zaś - co ważniejsze - dominacja państwa nad strukturami lokalnymi prowadzi do uwiądu więzi społecznych. Być może akcja ratunkowa po ataku terrorystów 11 września była tak sprawna właśnie dlatego, że uderzyła w bogaty dolny Manhattan, a nie w dzielnice murzyńskie. Lekcja z tragedii południowych stanów Ameryki wskazuje na potrzebę zastąpienia pomocy socjalnej dużo trudniejszym i mniej atrakcyjnym wyborczo programem budowania więzi społecznych. Beneficjenci zasiłków różnego rodzaju stają się bowiem społeczną miazgą wyłaniającą wyłącznie elity przestępcze, a nie przywódców zdolnych ochronić swoich współobywateli.
Warto może poświęcić trochę więcej uwagi rzeczywistym przyczynom nowoorleańskiej tragedii właśnie w Polsce, tuż przed wyborami. Rozdawnictwo ryb jest, jak dowiódł amerykański przypadek, polityką o wiele bardziej krótkowzroczną od sprzedaży wędek. I przyglądanie się propozycjom wyborczym pod tym kątem byłoby w Polsce co najmniej pożyteczne. Polityk nie może ograniczać się do telewizyjnych uśmiechów i deklaracji, wybieramy go po to, by jak Giuliani w Nowym Jorku, potrafił stanąć na czele społeczności, prowadząc ludzi do wspólnego gaszenia pożaru albo umacniania wałów przeciwpowodziowych.

Kryzys naftowy bis


Skutkiem huraganu "Katrina", odczuwanym przez nas najbardziej bezpośrednio, jest wszakże zwykły i banalny wzrost cen benzyny. Nad Zatoką Meksykańską nie tylko były skupione centra wydobywcze ropy. Przede wszystkim znajdowały się tam największe amerykańskie rafinerie i składy rezerw paliwa lotniczego. Odcięcie dostaw przy jednoczesnym zablokowaniu możliwości sięgnięcia po rezerwy strategiczne sprawiło, że linie lotnicze musiały odwoływać loty, a ceny ropy na całym świecie gwałtownie wzrosły. Otrzymaliśmy kosztowną lekcję tego, jak wyglądać może kolejny kryzys paliwowy. Wygląda na to, że w wyniku huraganu gwałtownie wzrośnie rola badań nad tak zwanymi alternatywnymi źródłami energii. Rzecz jasna, wrogowie Zachodu od Moskwy po Damaszek będą się cieszyć, gdyż to oni dysponują największymi zasobami ropy naftowej. Wydaje się jednak, że i tym razem sobie poradzimy. Po szoku, jakim była zmowa naftowa krajów arabskich w latach siedemdziesiątych, zmieniły się technologie produkcji samochodów i postawiono na technologie oszczędzające energię. Szok po "Katrinie" spowoduje zapewne podobne reakcje.
I wreszcie, na koniec, warto zauważyć, iż Stany Zjednoczone oficjalnie zwróciły się po pomoc do państw Unii Europejskiej i NATO. Krótko mówiąc, okazało się, że we współczesnym świecie nawet najpotężniejsze mocarstwo potrzebuje przyjaciół i sojuszników. Niewątpliwie autorytet międzynarodowy Ameryki doznał w wyniku tego, co stało się po huraganie, sporego uszczerbku, ale i w tym wypadku można mieć nadzieję, że po szoku wyłoni się zdrowsza i bardziej efektywna struktura współpracy. Europejczyków serdecznie irytowało, że Waszyngton zdawał się uważać, iż samodzielnie załatwi wszystkie problemy świata. Wymuszona przez sytuację klęski żywiołowej otwartość USA będzie skutkowała większą otwartością Waszyngtonu wobec sojuszników, na czym i Polska powinna skorzystać.
Obrzydliwe głosy satysfakcji (skrywanej i nieskrywanej) odzywające się gdzieniegdzie po tym, co stało się Nowym Orleanie skłaniają do tego, by wyciągnąć lekcję ze skutków huraganu. Ameryka tę lekcję zdaje się wyciągać. Ale ma ona znaczenie globalne. 11 września 2001 r. i 1 września 2005 r. stanowią daty graniczne ery samotnego supermocarstwa. Ale są też lekcją, że grozi nam nie tylko upadek państw w Trzecim Świecie, lecz również nadmiar państwa w życiu społecznym naszego, "Pierwszego Świata".

Autor był dyrektorem Ośrodka Studiów Międzynarodowych Senatu, w latach 1997-2001 podsekretarz stanu i główny doradca premiera ds. zagranicznych, obecnie komentator międzynarodowy tygodnika "Wprost"

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki