Jak się zaczęła przyjaźń Ojca ze Stanisławem Sojką i w jaki sposób zaczął on koncertować na rzecz hospicjum?
– Kiedy w 1997 roku zarejestrowaliśmy nasze stowarzyszenie Lubelskie Hospicjum im. Małego Księcia, zastanawialiśmy się, co dalej robić. Przy tej okazji pojechałem na konferencję – miałem wykład o opiece na dziećmi onkologicznymi – i na tej konferencji wystąpiła pani Antonina Krzysztoń. Zaprosiłem ją na koncert w Lublinie. Odbył się w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Istniało stowarzyszenie, ale my nie mieliśmy żadnych dużych pieniędzy. Trzeba było przyjąć pierwsze dziecko i dać wynagrodzenie lekarzowi, pielęgniarce. Były potrzebne środki. Zarobiliśmy wtedy dwa i pół tysiąca złotych ze sprzedaży biletów. Mieliśmy przekonanie, że jesteśmy milionerami. Moja dobra znajoma z Radia Lublin powiedziała: „Wiesz, Filip, dobrym pomysłem jest, żeby artysta zapraszał kolejnego artystę”. Zapytałem panią Krzysztoń, do kogo mógłbym zadzwonić, a ona odpowiedziała, że do Staszka Sojki. Zadzwoniłem do niego i opowiedziałem o naszym hospicjum dla dzieci. Pan Staszek zgodził się przyjechać. Radio Lublin zaprosiło go na konferencję prasową. Rozeszło się to wielkim echem po Lubelszczyźnie. Mogę powiedzieć, że dzięki Staszkowi Sojce media zaczęły mówić o hospicjum.
Potem wielu wspaniałych artystów występowało na rzecz hospicjum.
– Zaprosiliśmy też Edytę Geppert z koncertem. Jak już sprzedaliśmy wszystkie bilety, pani Edyta zadzwoniła dwa dni przed koncertem i powiedziała, że bardzo nas przeprasza, ale muzyk z jej zespołu leży w szpitalu i walczy o życie. Bez niego nie przyjedzie. Koncert miał być w urzędzie wojewódzkim. Na tym koncercie miała być pani marszałek Lidia Grzesiak. Wszystko było pozałatwiane, ale nie było artysty. Natychmiast zadzwoniłem do Staszka Sojki. Przedstawiłem mu całą sytuację. Zapytałem, a przecież była to gwiazda, czy mógłby przyjechać w zastępstwie. Koncert miał być już pojutrze. Staszek wziął kalendarz i mówi: „Wolne mam”. Przyjechał. Koncert się odbył, aukcja się odbyła. Pani marszałek była pod ogromnym wrażeniem, jak i cała publiczność. Staszek dał tak niesamowity koncert, że potem jeszcze wiele miesięcy każdy wspominał to wydarzenie. Wtedy pojawiło się coś, co rozpoczęło nasze relacje koleżeńskie. Przeszliśmy na ty, zaczęliśmy rozmawiać o rodzinie.
Przełom!
– Tak rozpoczęły się nasze spotkania, przy różnych innych okazjach. Ilekroć Staszek przyjeżdżał na Lubelszczyznę, jechałem tam, gdzie on miał koncert, żebyśmy mogli usiąść i porozmawiać. W sumie Staszek dał kilkanaście koncertów dla naszego hospicjum. Każdy z nich był za „Bóg zapłać”. Muzycy nie brali ani grosza. Mówili, że to ich wkład w rozwój hospicjum.
Potem synowie Staszka zaczęli przyjeżdżać z tatą i grali w tej kapeli razem. Zacząłem ich poznawać. Któregoś razu Antek, czyli najmłodszy syn, poprosił o rozmowę, która zakończyła się sakramentem spowiedzi. Nagle ta relacja zaczęła być głębsza. Uczestniczyłem w życiu tej rodziny wielokrotnie, przegadując ze Staszkiem wiele tematów. Udzieliłem nawet ślubu Antkowi. To było w Małym Cichym, czyli za Poroninem, koło Zakopanego. Staszek zgodził się zaśpiewać psalm, chociaż podkreślał, że nigdy wcześniej tego nie robił w kościele. Po pierwszym czytaniu stanął przy ambonie i zaczął śpiewać psalm. Nam trudno było wpasować się w antyfonę, bo ona była tak skomplikowana. Potem cztery wersety zaśpiewał na melodię, której wcześniej nie słyszałem. Tylko antyfona była taka sama, kolejne cztery wersety były na inną melodię. Staszek bardzo spontanicznie tworzył dzieło artystyczne. Gdy skończyła się liturgia, powiedział do mnie: „Filip, ja się na koncercie tak nie bałem, jak podczas śpiewania tego psalmu w kościele!”.
Ponad dwadzieścia pięć lat uczestniczyłem w ich życiu, dlatego nie wahałem się, żeby poprowadzić mszę pogrzebową. Ewa zadzwoniła i powiedziała: „Chcemy, żebyś celebrował Eucharystię i wygłosił kazanie, bo ty Staszka znałeś najlepiej”. Tak się stało. Grono przyjaciół mogło się spotkać przy jego ubraniu. Często mówię, że podczas ceremonii pogrzebowych mamy okazję spotkać się z ubraniem głównego bohatera, bo cała reszta jest już w innej rzeczywistości. Ubranie, czyli ciało. I to ubranie szanujemy, i czcimy, bo jemu służyło. Cała reszta, osobowość, dusza nieśmiertelna i całe człowieczeństwo, poza tym, co jest ulotne, staje już przed Panem Bogiem. Było dla mnie bardzo wzruszające, kiedy mogłem wziąć krzesło w czasie kazania, usiąść przy prochach Staszka i rozpocząć z nim rozmowę. To było łamanie pewnych konwenansów. Na to doświadczenie ceremonii pogrzebowej składał się długi proces poznawania siebie, przez uczestniczenie w historiach rodziny, mając świadomość, jak często są one zagmatwane.
Staszek miał w sobie głębię. Nie tylko w sonetach, które śpiewał papieżowi w Watykanie, ale i w kulturze osobistej, w relacji z ludźmi. Był człowiekiem, który nie stwarzał barier. Dlatego był kochany. Gdziekolwiek był, pozostawał normalny. Przyjeżdżał zawsze na koncerty, okazywał ciepło naszym rodzinom i dawał w prezencie wiele płyt. „Jak trzeba będzie komuś dać płyty, to mu daj, żeby nie musiał kupować” – mawiał.
Czy często rozmawialiście o wierze?
– Gdy spotkałem się z Ewą przed ceremonią pogrzebową, powiedziała, że Staszek nigdy nie opuszczał Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Zawsze miał ją pod sercem w marynarce, przy sobie. Po czym poznamy dojrzałą religijność człowieka? Myślę, że tę religijność wynosi się z domu. Staszek wychowywał się w rodzinie katolickiej, a potem budował swoją religijność w sercu. Natomiast tajniki serca zna tylko Pan Bóg. Powiedzenie o kimś, kto idzie do kościoła, że to jest prawdziwy, religijny człowiek, na bazie jednej zmiennej, jest pomyłką. Tak samo jak powiedzenie, że to nie jest religijny człowiek, bo w jego życiu pojawił się rozwód. Od oceny jest Pan Bóg. Swojego czasu Jezus powiedział: jeżeli nie chcecie wierzyć przez to, co mówię, to uwierzcie przez to, co robię. Po owocach ich poznacie. Staszek był dla mnie osobą, która miała ogromną duchowość płynącą z humanizmu, ubraną w jego człowieczeństwo oraz postawę religijną. Nie epatował nią, ale realizował w sposób bardzo głęboki.
Czy Stanisław Sojka był człowiekiem nadziei?
– Zdecydowanie był człowiekiem nadziei i żył nadzieją na wieczność, żył nadzieją na doczesność. Natomiast myślę sobie, że podchodził z dystansem do tego wszystkiego, co nie było po jego myśli. (...) Często jest tak, że życie stawia przed nami sytuacje, gdy trzeba jakieś plany odroczyć. Staszek był człowiekiem, który żył w tych koniecznościach odraczania, mając świadomość, że taki model trzeba w sobie wypracować. Był przekonany, że nadzieję trzeba mieć zawsze. Nawet jeśli świat powie, że coś jest beznadziejne, to Staszek stał na stanowisku, iż należy zrobić wszystko, aby komuś tę nadzieję przywrócić.
O. Filip Buczyński
Franciszkanin, teolog i psychoterapeuta. Założyciel i prezes Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia
Fragment pochodzi z książki Życie jest darem. Opowieść o Stanisławie Sojce, autorstwa Anny Gębalskiej, wydanej przez Quello (imprint wydawnictwa Esprit)
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.




