Rodzina przyjechała na mój pogrzeb

Matka szukała mnie w szpitalach jako rannego czy zabitego – ze Zdzisławem Wardejnem, uczestnikiem Poznańskiego Czerwca 1956 r. rozmawia Tomasz Łuczewski.
Czyta się kilka minut
fot. RBartosz KRUPA/East News
fot. RBartosz KRUPA/East News

Urodził się Pan w Warszawie w 1940 r., a Pański ojciec zginął w początkowym okresie wojny.

– Tak, ale wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Była wojna. Brak ojca zacząłem przeżywać, gdy moją mamę zamknęło UB. Wtedy przejęła mnie rodzina w Gliwicach. To byli dla mnie prawie obcy ludzie, Byłem tam sam. Pamiętam, że płakałem, że nie mam ojca. Miałem wtedy 8 lat.

Wtedy Polska Partia Robotnicza łączyła się z Polską Partią Socjalistyczną. Matka była w PPS-ie. Działała na Wybrzeżu, w Wejherowie. Zabrali ją z ulicy. Gdy wyszła z UB, mówiła, że jej nie torturowali. Zachował się protokół z jej przesłuchania, podczas którego przywołała wiersz Czekamy na ciebie czerwona zarazo i powiedziała: „Zawsze was nienawidziłam”.

Mama wyobrażała sobie, że ja już nie żyję, zresztą nie ostatni raz. Bardziej tym była przerażona niż aresztowaniem. Po takich zeznaniach uznano, że jest nienormalna, i odesłano ją do szpitala. Lekarze, gdy zobaczyli, że przysłało ją UB, zaczęli jej pomagać, niby to leczyć. Żeby była bezpieczna, przetrzymali ją w szpitalu dziewięć miesięcy.

A skąd wziął się Poznań?

– Gdy mamę wypuścili ze szpitala, miała zakaz mieszkania na terenie Warszawy i województwa gdańskiego, a mój dziadek Euzebiusz, który był przed wojną dyrektorem Banku Polskiego w Poznaniu, miał tu, na Lubeckiego, willę.

W Poznaniu skończył Pan szkołę podstawową i poszedł do Technikum Energetycznego. Tam działał półzawodowy teatr Kuźnica.

– W Kuźnicy grali zarówno amatorzy, jak i aktorzy zawodowi, m.in. z Teatru Polskiego. Najpierw szefem tego teatru był polonista z mojej szkoły. Do Kuźnicy poszedłem przypadkiem. Mało chodziłem na lekcje, ciągle przynosiłem usprawiedliwienia. Na hydraulice lub termodynamice, już nie pamiętam, nauczyciel kazał mi odpowiadać, bo nareszcie mnie zobaczył na zajęciach. Powiedziałem, że jestem nieprzygotowany, bo byłem chory. Kazał mi na następną lekcję przygotować się z całości materiału. Pomyślałem, że nie przyjdę, bo nie zdążę się nauczyć. Ale… zapomniałem i poszedłem do szkoły. Na apelu myślę: Jezu, co tu robić? Na  ierwszej lekcji mam odpowiadać… Aż tu wyszedł ten polonista i mówi: „Wszystkich chętnych do kółka dramatycznego proszę, żeby się zgłosili po apelu do świetlicy”. No to się zgłosiłem. On się zdziwił: „Co Wardejn, ty też?”.

Pamiętam, że repertuar był w pełni profesjonalny. Grałem tam m.in. w Grubych Rybach. Wystawialiśmy również Krzyżaków. To było jeszcze przed filmem, więc ludzie chętnie oglądali. Jeździliśmy z przedstawieniami w różne miejsca.

Można powiedzieć, że tu rozpoczęła się Pańska kariera?

– Tak, zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze. Przyszły pierwsze role, pierwsze sukcesy.

I zapada decyzja: idę do szkoły teatralnej?

– Niezupełnie. Wielu moich kolegów z Kuźnicy zdawało egzamin aktorski eksternistycznie, mnie też do tego namawiali. Gdy matka dowiedziała się, że chcę być aktorem, to się załamała. Taki wstyd w rodzinie: mama ze szlacheckiej rodziny, tam aktorzy byli na ostatnim miejscu. Powiedziała, że jeśli chcę zostać aktorem, to muszę pójść do szkoły teatralnej. Zresztą tam też było ciekawie. Zapytali, dlaczego idę do szkoły? Odpowiedziałem: „Nie wiem, matka mi kazała”. Świderski się zaśmiał i mówi: „Dobrze, matka mu kazała, to go dopuścimy”.

W tamtych czasach wykładowcami byli koryfeusze polskiego aktorstwa: Jan Kreczmar rektorem, Jan Świderski, Aleksandra Śląska i wielu innych. Jeszcze na studiach zadebiutował Pan w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, i był to debiut do dziś głośny. A jednak zdecydował się Pan przenieść do Zielonej Góry.

– W szkole wiedziałem jak grać, żeby wykładowcy byli zadowoleni, żeby dostać stypendium naukowe. Gdy zobaczyłem w teatrze, że i tam mam grać jak w szkole, że mam grać jak każą, a nie mogę grać, jak chcę, to pomyślałem, że jest to paskudny zawód, bo muszę się zawsze komuś podobać. Zerwałem kontrakt z Teatrem Dramatycznym i wyjechałem do Zielonej Góry. Wywalczyłem sobie w umowie, że będę grał nie tylko role, w których mnie obsadzą, ale również wejdę w role „na dublurze”, czyli będę grał na zmianę z aktorami obsadzonymi w głównych rolach w innych przedstawieniach.

Tak było z Ryszardem II?

– Właśnie tak. Tę rolę grał kolega Oleg Iwaniec, ale ja poprosiłem, by też to zagrać. Wszyscy byli oburzeni nie tym, że chcę grać, ale tym, że jestem… za mało królewski.

I przyniosło to kolejną nagrodę, na III Wrocławskim Festiwalu Teatralnym w 1962 r.

– Tak. Przyszedł reżyser przedstawienia Marek Okopiński i powiedział, że Wardejn pewnie zna angielski i może dla roli Ryszarda II angielski jest lepszy. Oczywiście graliśmy po polsku. Pierwszą część zagrałem poprawnie: starałem się być królewski, wyraźnie mówić. W przerwie usiadłem i myślę: „Widzisz, jaki jesteś kłamca? Zerwałeś kontrakt w Dramatycznym, przyjechałeś tutaj żeby bronić siebie, żeby być autentyczny. Tutaj trochę krytyków, ciśnienie, i już starasz się podobać”. Tak się wkurzyłem na siebie, że w drugiej części grałem po swojemu. Dostałem tam pierwszą nagrodę. Po nagrodzie recenzenci napisali, że w pierwszej części Wardejn był stremowany, ale w drugiej już nie.

W którymś z wywiadów z Panem przeczytałem, że w tym zawodzie najważniejsza jest prawda.

– Tak, bo dla aktora zawsze najważniejsza jest prawda.

Padło ważne dla Pańskiej kariery nazwisko: Okopiński. Reżyser, dyrektor Teatru Polskiego w Poznaniu w latach 1963-1967. Po Ryszardzie II zaproponował Panu pracę w swoim teatrze.

– No tak. Tam też zagrałem parę, podobno niezłych, ról. Grałem w Tangu Mrożka, w Kordianie i chamie Kruczkowskiego. Kolejna rola to Konrad w Wyzwoleniu Wyspiańskiego. Raz zagrałem księdza. Moja matka była bardzo szczęśliwa, że nareszcie zagrałem jakąś porządną rolę. Ten czas to kolejny etap mojego rozwoju zawodowego. Miałem już jakąś pozycję, poznański teatr był dość znany w Polsce. Okopiński zebrał grupę aktorów: Nogajówna, Machalica, Malanowicz, Fryźlewicz i między innymi ja. Wymyślił, że do danej premiery próby mieli różni aktorzy w różnych rolach. My, z tej grupy, wchodziliśmy w próby dopiero dwa tygodnie przed premierą. Graliśmy ze dwadzieścia spektakli, a w kolejnych, na powrót koledzy, którzy próbowali pierwotnie.

W tamtym czasie, dzięki Okopińskiemu, dostałem stypendium do Francji. Dyrektor zapytał, czy znam francuski, bo żeby wyjechać na stypendium, trzeba było znać język. „Mam wyjechać? To znam” – odpowiedziałem. Oczywiście nie znałem… Nauczyłem się przy pomocy tłumaczki wymyślonej fabułki, która zaczynała się od słów: „Przepraszam, że źle mówię po francusku” i zdałem. Egzamin poszedł gładko, choć niektórzy domyślili się, że z tą znajomością nie jest najlepiej. Wynikła z tego afera, ale pojechałem. Był to rok 1968. Później musiałem się tego francuskiego nauczyć. Zresztą przydał mi się na przełomie lat 70. i 80., gdy byłem wykładowcą w szkole teatralnej w Holandii, gdzie wychowałem kilka roczników aktorów. Niektórzy z nich zostali gwiazdami. Nadal utrzymuję z nimi kontakt.

Skąd ta Holandia?

– W Teatrze Stara Prochownia zrobiłem Gwiazdę Helmuta Kajzara. Przedstawienie zrobiło się głośne. Zobaczył mnie jakiś Holender i chciał się ze mną spotkać. Myślałem, że chce się ze mną napić wódki, a on mi zaproponował, żebym został profesorem w szkole teatralnej Maastricht. Sądziłem, że to żart. Okazało się, że nie, i po uzyskaniu wielu zgód – przecież to była komuna – wyjechałem do Holandii. Wykładałem bez pomocy tłumacza. Wystarczyła moja niezła już wtedy znajomość francuskiego. Po kilku latach poczułem, że staję się belfrem, a nie aktorem. Wypaliłem się, więc zrezygnowałem. Później jeszcze jeździłem do Holandii reżyserować, ale do szkoły już nie wróciłem.

Z Poznania przeszedł Pan do Krakowa, a tam Hamlet. Wymarzona rola każdego aktora.

– Pomimo że stypendium załatwił mi Okopiński, to do Francji pojechałem już z Krakowa. Tam rzeczywiście zagrałem Hamleta. Grając, mówię „Któż może znosić bezczelność urzędu”, a tu nagle brawa. „Łamanie prawa” – znowu brawa. A jak aktor słyszy brawa w czasie monologu, to czuje się jak koń na wyścigu. Wpada koleżanka za kulisy: „Co ty robisz, zaraz nas zamkną”. A to nie ja robiłem, to już robiła publiczność. To był marzec 1968 r. Tak Hamlet odkrył przede mną kolejne nieznane pokłady. Stałem się dość popularny, tym razem w Krakowie. Uznałem, że jak aktor zagra Hamleta, to powinien szukać nowego miejsca.

Czyli Warszawa…

– Tak, Teatr Narodowy z dyrektorem Adamem Hanuszkiewiczem. I znowu afera. Miałem kontrakt w Krakowie, a chciałem być w Narodowym. Nie chcieli mnie puścić. W związku z tym zdawałem na reżyserię w PWST w Warszawie i zdałem. Nie mieli wyboru i mnie urlopowali, więc mogłem podpisać angaż w Warszawie. Byłem w Narodowym długo, do samego końca dyrekcji Hanuszkiewicza, do 1982 r., gdy go zdjęli.

Po odejściu z Teatru Narodowego kolejne teatry warszawskie, a w 1993 r. powrót do Teatru Dramatycznego. I tak do dziś.

– Doczekałem tutaj emerytury. Nadal, ale już gościnnie, gram w niektórych przedstawieniach. Odszedłem, żeby nie zajmować etatu. Dzisiaj poza teatrem można robić wiele bardzo ciekawych rzeczy.

W krótkiej rozmowie trudno przywołać wszystkie role z Pańskiej przebogatej filmografii. Chciałbym skupić się na dwóch, dla mnie spektakularnych, filmach. Pierwszy z nich to film fabularny Boże Ciało Jana Komasy i rola księdza.

– Reżyser dał mi dużą swobodę. Jego wytyczne to „powiedz kazanie”. I podał mi karteczkę, gdzie było napisane: „Człowiek powinien żyć według Ewangelii”. Pamiętam, że to kazanie zacząłem: „Szukać Boga należy wszędzie. Gdy śpisz, kradniesz. Bo człowiek nie może żyć bez grzechu. Ważne jest, żeby człowiek żałował. Nie bójmy się swoich złych rzeczy, tylko pamiętajmy, że one są złe. Starajmy się z tym walczyć. Ja wiem, że to jest najtrudniejsze”. Nie wszystko zachowało się w filmie. Gdy mówiłem, nikt mi nie przerywał, i stwierdziłem, ze muszę skończyć. Wtedy, tak od siebie, powiedziałem, że muszę kończyć, bo już ktoś zasypia. Ekipa i statyści się oburzyli i zaczęli się rozglądać za śpiącym. Ja dalej od siebie powiedziałem: „Nie budźcie go, Bóg przychodzi także do człowieka, który śpi”.

Kolejny z filmów, o który chciałbym Pana zapytać, to dokument Paradoks o konduktorze. Film, który opowiada, a właściwie w którym Pan opowiada, o swoim doświadczeniu związanym z Czerwcem 1956.

– Moim zdaniem ze wszystkich filmów o Poznańskim Czerwcu ten mówi najwięcej. Gdzie byłem, jak to widziałem, to reżyser nakręcił, ale gdzie był ten człowiek, który za mnie zginął? On był w innych miejscach. Można było to wszystko pokazać: Cegielskiego, boisko, Junikowo itd. Pokazano również szpitale, w których szukała mnie moja matka jako rannego czy zabitego. Kostnice, gdzie szukała mnie wśród nierozpoznanych. W jednym z nich rozpoznała i mnie. Myślę, że matka rozpoznając mnie w jednej z ofiar, chciała zamknąć tę traumę. Pierwszy podobny do mnie – trzeba pamiętać, że miał on zmasakrowaną głowę – i od razu uznała, że to ja. Chciała mieć to za sobą. Straciła męża, teraz syna – to koniec. Życie przestaje mieć sens. Dzisiaj ją rozumiem.

W artykule, w którym opisuję losy dzieci Czerwca, przywołuję bardziej szczegółowo Pańskie doświadczenie tamtych dni. Ale chciałbym Pana dopytać o jeden moment, o powrót do domu.

– Matka zawiadomiła całą rodzinę, że nie żyję. Zjechali się wszyscy z całej Polski i zebrali na Lubeckiego. Gdy mnie wypuścili, od razu poszedłem do domu. Staję przy furtce, dzwonię. Wychodzi matka, a po chwili cała rodzina. Patrząc na nich, myślałem, że przyjechali zrobić nade mną „sąd rodzinny”. Jako że nie należałem do najgrzeczniejszych, moja matka zawsze mówiła, że jeżeli nie poprawię zachowania, zwoła zjazd rodzinny i oni zadecydują, co ze mną zrobić. Sądziłem, że właśnie taki zjazd się odbywa. A tu okazało się, że przyjechali na mój pogrzeb. 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Historia. Czerwiec 56