Papieska wizyta we Francji może przynieść impuls do duchowego odrodzenia zarówno w kraju nad Sekwaną, jak i w całej Europie. Myślenie życzeniowe? Niekoniecznie, bo Leon XIV odbywa swą podróż w okolicznościach uzasadniających takie nadzieje.
Od paru lat we Francji widać wyraźnie wzrost zainteresowania Kościołem W roku 2025 chrzest przyjęło 10 tys. dorosłych, zaś w ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba chrztów wzrosła tam o 160 proc. katolickim (podobne zjawisko ma miejsce także w kilku innych krajach Zachodu). Podróż Leona XIV następuje niemal dokładnie w 30 lat po pielgrzymce Jana Pawła II, upamiętniającej 1500. rocznicę chrztu Chlodwiga, króla Franków, a tym samym przyjęcia chrześcijaństwa przez Francję. „Właśnie gdy ogarnia nas noc, musimy myśleć o nadchodzącym świcie, musimy wierzyć, że Kościół się odradza każdego poranka przez swoich świętych” – przekonywał papież. Nie zdziwiłbym się, gdyby echo tych słów wróciło w przesłaniu Leona XIV. Podobnie jak nawiązanie do dramatycznego pytania, jakie w roku 1980 postawił w Paryżu papież Wojtyła: „Francjo, najstarsza córo Kościoła, co uczyniłaś ze swoim chrztem?”. Wzrastająca liczba dorosłych, którzy dokonują wyboru Kościoła i przyjmują chrzest jest jakąś, udzielaną po latach, odpowiedzią na to pytanie. Można się przy tym spodziewać, że przesłanie, jakie Leon wypowie podczas obecnej podróży, tendencję tę zdynamizuje. Dlaczego we Francji i kilku innych krajach na Zachodzie dokonuje się, i akurat teraz, proces religijnego przebudzenia – to oddzielny temat wart jest obszernej analizy.
Wizyta Leona XIV nad Sekwaną może okazać się także swoistym katalizatorem przemian w umysłach unijnych elit. Nie mam wątpliwości co do tego, że Europa powinna na nowo opowiedzieć swoją historię i określić jasno fundamenty, na których chce budować przyszłość. To, że cywilizacyjną wielkość zawdzięcza przede wszystkim czerpaniu z chrześcijańskiego depozytu nie jest kwestią światopoglądu, lecz elementarnej wiedzy historycznej. Sądzę, że papież będzie mówił o duchowych źródłach Europy i o tym, że wciąż warto z nich czerpać, chcąc zabezpieczyć jej przyszłość i tworzyć jej unikalne oblicze.
Jest coś dziwnego w tym, że europejskie elity polityczne wyraźnie unikają jasnych deklaracji dotyczących wartości, które mają być busolą w nawigowaniu na niespokojnych falach współczesnego świata. Jednocześnie zaś – co za tragiczny paradoks! – najmniejszego kłopotu z powoływaniem się na chrześcijaństwo nie ma choćby rosyjski reżim, z Władimirem Putinem i z patriarchą Cyrylem na czele, tworząc opowieść o ruskim mirze, który jest oczywistą perwersją chrześcijaństwa. Zachód tymczasem, miast wyraźnie odwoływać się do fundamentów, pokazywać konkretne owoce, jakie przez wieki przynosiło mieszkańcom Europy orędzie Chrystusa, woli o tym milczeć, wybierając semantycznie pustą żonglerkę bliżej nieokreślonymi „europejskimi wartościami”. Liczyłbym na to, że Europejczycy, przynagleni złowróżbną narracją o ruskim mirze, zechcą przemyśleć tę lekkomyślną, poprawną politycznie narrację unikającą nazywania rzeczy po imieniu.
Tuż po śmierci Jana Pawła II były prezydent Francji Valery Giscard d'Estaing ujawnił, że podczas osobistej z nim rozmowy papież bardzo zabiegał o to, aby w Traktacie Konstytucyjnym Unii Europejskiej zostało wymienione z nazwy chrześcijaństwo. Giscard d'Estaing, który kierował pracami nad Traktatem Konstytucyjnym, odpowiedział, że jest to niemożliwe, bowiem tekst traktatu musi zostać zaakceptowany przez wszystkie 25, bardzo zróżnicowanych, krajów członkowskie UE.
Może jednak, w obliczu nowej sytuacji Europy i świata, w unijnych elitach dokona się jakieś przewartościowanie?
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.








