Niedawno ukazała się książka Ciało. Lęk. Przyjemność. Z psychiatrą o seksualności i religii, której jest Pan wraz z Małgorzatą Terlikowską współautorem. Mam wrażenie, że w mówieniu o przyjemności bardzo często poruszamy się między dwoma skrajnymi biegunami – hedonizmem, który mówi: „korzystaj z przyjemności”, i ascezą, która każe traktować ją z dużą podejrzliwością. Czy rzeczywiście musimy wybierać między tymi dwiema postawami?
– Przyjemności płynącej z ciała nie możemy sprowadzać wyłącznie do seksualności, choć ta seksualna jest oczywiście jednym z jej najbardziej intensywnych przejawów. Przyjemność może mieć charakter zmysłowy i sensoryczny: może wynikać z dotyku, smaku, zapachu, wzroku czy słuchu. To może być miękkość ubrania, ciepło słońca na skórze, smak dobrego jedzenia czy słuchanie kojącej muzyki. Może być również związana z ruchem i aktywnością fizyczną i mówimy wtedy o przyjemności kinestetycznej. Dobrym przykładem jest tak zwana euforia biegacza, stan pojawiający się podczas lub po wysiłku fizycznym, któremu może towarzyszyć poczucie lekkości, satysfakcji i dobrostanu. Przyjemność erotyczna i seksualna związana jest z intymnością, poznawaniem własnego ciała, odkrywaniem jego reakcji i stref erogennych, a także z bliskością drugiej osoby. Towarzyszą jej określone procesy fizjologiczne i neurobiologiczne, między innymi związane z oksytocyną i endorfinami, które mogą wpływać na nasze poczucie fizycznego i emocjonalnego dobrostanu. Przyjemność seksualna jest istotnym elementem naszego życia i nie znika wraz z upływem czasu. Istnieje ona na każdym etapie życia, choć oczywiście może się zmieniać, podobnie jak zmieniają się nasze ciało, potrzeby, możliwości i sposób przeżywania bliskości. Wracając natomiast do wspomnianego przez panią rozszczepienia, z jednej strony asceza, rozumiana mniej lub bardziej rygorystycznie, z drugiej hedonizm czy rozwiązłość, można powiedzieć, że są to dwa przeciwległe bieguny, które mogą prowadzić do zniekształconej relacji zarówno z własnym ciałem, jak i z seksualnością. Między nimi istnieje przecież ogromna przestrzeń, w której można doświadczać przyjemności w sposób zdrowy, świadomy i adekwatny do własnych potrzeb.
Seksualność i związane z nią zasady w nauczaniu Kościoła katolickiego to tematy, które potrafią budzić sporo emocji. Wystarczy zajrzeć do komentarzy pod różnego rodzaju dyskusjami w internecie, żeby zobaczyć, jak wiele napięć wywołują. Szczególnie dużo emocji budzi kwestia antykoncepcji. A jednocześnie, kiedy przyglądamy się szerszej debacie w Kościele, można odnieść wrażenie, że ten temat właściwie nie istnieje.
– Warto wyjść od historii. Dzisiejsze nauczanie Kościoła dotyczące seksualność człowieka w dużej mierze opiera się na encyklice Humanae vitae. Paweł VI powołał najpierw specjalną komisję, która obradowała przez trzy lata. Zasiadali w niej kardynałowie, biskupi i księża, ale również małżonkowie, psychologowie, socjologowie i psychiatrzy. Był to czas, kiedy na świecie pojawiła się pigułka antykoncepcyjna, która stała się jednym z symboli rewolucji seksualnej i zmieniła sposób myślenia o odpowiedzialności za seksualność. Debata w komisji była bardzo szeroka. Pojawiała się w niej między innymi kwestia odpowiedzialności za relację małżeńską. Większość członków komisji opowiedziała się za stanowiskiem, zgodnie z którym stosowanie antykoncepcji nie powinno być automatycznie uznawane za moralnie złe, lecz powinno pozostawać kwestią rozeznania małżonków. Mogą oni, z różnych powodów, czasowo odłożyć decyzję o kolejnym dziecku, jednocześnie pozostając otwartymi na życie i kierując się troską o swoją relację oraz sytuację rodziny. Ostatecznie jednak Paweł VI nie przyjął stanowiska tej komisji. Kardynał Karol Wojtyła przedstawił mu tak zwany Memoriał krakowski, przygotowany przez środowisko związane między innymi z Wandą Półtawską. To właśnie ten dokument w znacznym stopniu wpłynął na ostateczny kształt encykliki Humanae vitae. Decyzja Pawła VI wywołała ogromne kontrowersje. Część teologów otwarcie sprzeciwiała się nie całej encyklice, lecz konkretnie jej stanowisku w kwestii antykoncepcji. Również episkopaty wielu krajów w swoich listach duszpasterskich podkreślały znaczenie sumienia małżonków i ich osobistej odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Aktualne stanowisko Kościoła w sprawie antykoncepcji to pokłosie decyzji z 1968 roku. Warto, abyśmy zauważyli, że w Kościele istniała poważna debata na temat tego, jak rozumieć odpowiedzialność małżonków, sumienie i dobro relacji. Potrzeba nam dziś na nowo wrócić do rozmowy różnych przedstawicieli Kościoła na temat antykoncepcji w jej szerszym kontekście, nie tylko o ocenie konkretnych metod, ale także o tym, jak uwzględniać okoliczności, relacyjność i perspektywę czasu. Warto też zapytać, czym właściwie jest małżeństwo. Na ile jest ono sakramentem, którego małżonkowie udzielają sobie nawzajem, i za który wspólnie odpowiadają, a na ile czymś, co przeżywają jako rzeczywistość narzuconą z zewnątrz? Warto spojrzeć również na inne tradycje chrześcijańskie, choćby prawosławną, w której większą wagę przywiązuje się do rozeznawania konkretnej sytuacji i konfliktu różnych wartości. Podobne podejście odnajdujemy w tradycji jezuickiej czy u papieża Franciszka. Nie chcę tutaj niczego rozstrzygać, raczej stawiam pytanie: czy nie warto spojrzeć na prokreację szerzej — jako na proces, który trwa nie tylko do momentu narodzin dziecka, ale przez kolejne kilkanaście czy nawet dwadzieścia lat, kiedy potrzebuje ono opieki, obecności i wsparcia rodziców? Często mówię, że dzieci są w pewnym sensie takie, jaka jest relacja między ich rodzicami. Jeśli jest w niej bliskość, bezpieczeństwo i emocjonalne ciepło, dziecko ma lepsze warunki do rozwoju. To podejście, w którym za określone zachowania grozi „grzech ciężki i piekło”, może po ludzku wydawać się okrutne. Tego rodzaju nauczanie i praktyka duszpasterska mogą być nie tylko bardzo obciążające, ale wręcz niszczące dla małżeństwa. Potrzeba intymności i jej dynamika oczywiście zmieniają się w zależności od wieku i etapu życia, ale biologia sprawia, że w okresie prokreacyjnym potrzeba bliskości seksualnej bywa szczególnie silna. Taka jest nasza natura. Zaprzeczanie temu również może prowadzić do zniekształcenia rzeczywistości.
Mówiąc o seksualności w Kościele, często koncentrujemy się przede wszystkim na małżeństwie. Tymczasem coraz więcej osób żyje samotnie. Trudno więc udawać, że ich seksualność nie istnieje albo że nie jest częścią ich życia.
– Bardzo często singielstwo nie jest w pełni świadomym wyborem. To zresztą pojęcie, pod którym kryje się wiele różnych sytuacji. Ktoś może być samotny, ponieważ nie potrafi zbudować relacji, ma trudność z wejściem w nią albo z jej utrzymaniem, a to przecież dwie różne rzeczy. Z takimi problemami często zgłaszają się osoby do gabinetów psychoterapeutycznych czy psychiatrycznych. Czasem pacjent mówi, że ma depresję albo że nie radzi sobie w życiu, a trudno mu uznać, że źródłem cierpienia jest przede wszystkim dojmująca samotność. Z drugiej strony można być singlem i jednocześnie mieć wiele relacji. Nie chodzi więc o sam fakt bycia bez partnera, ale o to, jak dana osoba przeżywa swoją sytuację i czy wiąże się ona z cierpieniem. Bywa oczywiście również tak, że samotność jest świadomym wyborem. I wtedy warto zapytać, na ile jest to rzeczywiście autonomiczna decyzja, a na ile kryją się za nią nieuświadomione mechanizmy. Pojawia się więc pytanie: jak singiel może przeżywać swoją seksualność? Nie ma na nie jednej odpowiedzi. Seksualność nie sprowadza się przecież tylko do samego aktu seksualnego. Może być również energią związaną z bliskością, zmysłowością, atrakcyjnością i relacją z drugim człowiekiem. Seksualność może być realizowana poprzez masturbację, randkowanie, relacje bez zobowiązań, ale również poprzez bardziej zmysłowe i cielesne doświadczanie siebie. Może wyrażać się również w dbaniu o ciało, taniec, noszeniu pięknej bielizny dla własnej przyjemności, flircie, spojrzeniu, rozmowie czy czerpaniu przyjemności z własnej atrakcyjności. Wydaje mi się, że to kwestie bardzo indywidualne, które powinny być rozeznane we własnym sumieniu. Możliwy jest także świadomie wybrany celibat. Są również osoby, które określają się jako aseksualne i rzeczywiście nie odczuwają pociągu seksualnego. W takiej sytuacji warto przede wszystkim przyjrzeć się temu doświadczeniu bez automatycznego uznawania go ani za problem, ani za jego brak. Z perspektywy terapeutycznej istotne jest pytanie, czy dana osoba żyje w zgodzie ze sobą, czy też deklarowana aseksualność jest sposobem obrony przed czymś, co jest dla niej trudne. Podobnie jest z wyborem życia w celibacie czy w stanie duchownym. Warto pytać nie tylko o samą deklarowaną decyzję, ale również o to, z czego ona wynika i czy jest rzeczywiście świadomym wyborem. Bo niezależnie od tego, jaką drogę wybieramy, ważne jest, żebyśmy mieli kontakt ze sobą, ze swoimi potrzebami i własną seksualnością, także wtedy, gdy decydujemy się jej nie realizować.
Mówią Państwo w książce o różnych aspektach seksualności na różnych etapach życia człowieka. Tymczasem wspólnym mianownikiem, który wraca jak refren, jest lęk.
– Lęk powiązany z religijnością może przybierać różne oblicza, od zaburzenia obsesyjno-kompulsywnego, o którym szerzej mówimy w książce, gdzie treści religijne stają się swego rodzaju „teatrem”, budulcem czy surowcem dla objawów, podczas gdy rzeczywiste podłoże zaburzenia ma charakter neurobiologiczny i wymaga leczenia, aż po lęki związane z przekraczaniem norm, potępieniem czy nadmiernie dramatycznym poczuciem winy. Te ostatnie mogą być również skutkiem określonych form manipulacji lub praktyk duszpasterskich. Szczególnie podatna na tego rodzaju lękowość jest sfera seksualności człowieka, w której religijność może stać się źródłem silnych obaw, poczucia winy czy lęku przed przekroczeniem norm. Można wreszcie mówić o pewnego rodzaju lęku instytucjonalnym, na przykład o lęku episkopatu przed podejmowaniem nauczania dotyczącego seksualności.
Dla kogo właściwie napisali Państwo książkę, która jest okazją do naszej rozmowy?
– Książka jest adresowana zarówno do osób wierzących, jak i niewierzących, a szczególnie do tych, którzy doświadczają konfliktu między religijnością a seksualnością. To książka dla małżonków, terapeutów, psychologów i nauczycieli, ale w dużej mierze także dla księży i kleryków. Jednym z jej celów jest oddramatyzowanie seksualności. Zresztą słyszę to w reakcjach czytelników. Książka ukazała się niedawno, a mimo to wiele osób pisze do mnie, że przyniosła im ulgę. Warto, abyśmy w Kościele patrzyli na seksualność szerzej i nie zawsze wyłącznie przez pryzmat z góry narzuconych rozstrzygnięć. Wspólnie z panią Małgorzatą Terlikowską chcieliśmy pokazać, że na te same kwestie można patrzeć z różnych perspektyw. Nie dajemy gotowych recept, ale dzielimy się doświadczeniem, zarówno klinicznym, jak i osobistym. Chcielibyśmy, aby w Kościele rozmowa o seksualności w ogóle była możliwa. Żeby nie ograniczała się wyłącznie do przekazu wertykalnego: „tak musi być, bo tak jest”, ale żeby pozostawiała człowiekowi podmiotowość. Żeby można było zapytać: Co ty o tym sądzisz? Dlaczego tak uważasz? Jeśli w taki sposób odbierasz nauczanie Kościoła, to jak je rozumiesz? Jakie ma ono dla ciebie znaczenie? Co oznacza dla ciebie, dla twojej żony, męża czy narzeczonej? Poruszamy więc temat trudny i często budzący emocje. Właśnie dlatego ważne jest, aby o nim mówić, spokojnie, bez lęku i bez upraszczania, pozostawiając przestrzeń na pytania, wątpliwości i różne perspektywy. I od razu warto powiedzieć: otwarcie takiej dyskusji nie oznacza niszczenia Kościoła. To jest argument, który pojawia się bardzo szybko przy każdej próbie rozmowy na te tematy. Tymczasem Kościół nie powinien bać się rozmowy. Trzeba też zrozumieć, że nie można zaprzeczać rozwojowi nauki. Psychiatria ma około dwustu lat, psychologia również ma już długą historię, a seksuologia jest młodszą dziedziną, rozwija się intensywnie dopiero od kilkudziesięciu lat. W tym czasie ogromnie poszerzyła się nasza wiedza o człowieku. Zmieniają się obserwacje, pojawiają się nowe badania, a wraz z nimi dokonuje się również weryfikacja niektórych wcześniejszych poglądów antropologicznych. Kościół musi się z tym skonfrontować. Może zrobić to na różne sposoby. Może odrzucić nowe ustalenia, tak jak kiedyś odrzucono naukę Galileusza, a później, po latach, przyznać się do błędu, tylko że wtedy może to potrwać kolejne czterysta lat. Może jednak również, nie tracąc nic z tego, co stanowi jego podstawowy przekaz, korzystać z dorobku współczesnej nauki, a także z doświadczeń innych tradycji chrześcijańskich, choćby Kościoła prawosławnego, i zastanowić się, czy rzeczywiście wszystko musi wyglądać dokładnie tak, jak wygląda dzisiaj. Być może w rozumieniu etyki seksualnej można poszukiwać większej komplementarności między tradycją religijną a współczesną wiedzą o człowieku.
Mam wrażenie, że w Kościele nie tylko trudno nam rozmawiać o seksualności, ale brakuje nam również odpowiedniego aparatu pojęciowego, który pozwalałby o niej mówić w sposób adekwatny.
– To, jakim językiem operujemy, ma ogromne znaczenie. Rozmawiamy w książce w tym kontekście o różnych patologiach związanych ze wspólnotami, manipulacją czy patologicznym rozumieniem czystości. To jest wręcz kliniczny przykład przedramatyzowania kwestii związanych z seksualnością i próby kontrolowania człowieka poprzez poczucie winy, ale także wypaczenia samego sensu seksualności. Sam termin „czystość” budzi we mnie wątpliwości. Nie wiem, czy powinien być nadal stosowany. Proponuję w zamian pojęcie „uczciwości seksualnej” jako coś, co w mniejszym stopniu instrumentalizuje człowieka. Rozumiem, że słowo ,,czystość” w kontekście seksualności ma swoją historię i niesie ze sobą ważny przekaz, że ma coś chronić. W gruncie rzeczy jednak mam wrażenie, że wywołuje więcej szkody niż pożytku. Dlatego moim postulatem byłoby, żeby tego pojęcia nie używać. Zresztą dużo na ten temat mówił w książce ks. dr Jacek Prusak i w dużej mierze czerpiemy również z jego przemyśleń. Zmiana języka, którym mówimy o seksualności, nie oznacza negowania wielkiej tradycji Kościoła czy atakowania jego wartości. Taki zarzut zapewne natychmiast się pojawi, zwłaszcza ze strony osób, które bardzo sztywno i obronnie podchodzą do tych kwestii. W Kościele i poza nim są ludzie, w których jest tak dużo lęku, że potrzebują bardzo wyraźnych granic i zewnętrznych zasad, żeby zachować poczucie bezpieczeństwa i się nie rozpaść. Zamiast konfrontować się z własną dojrzałością, odpowiedzialnością i wolnością, budują bardzo sztywny system reguł. W dużej mierze jest to właśnie lęk przed własną dorosłością, dojrzałością i wolnością. Na pewno nie jest to pierwotna intencja chrześcijańskiego nauczania.
Krzysztof Krajewski-Siuda – dr hab. med., psychiatria i psychoterapeuta. W latach 2015–2019 profesor na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Współautor książek Męska depresja. Jak rozbić pancerz (razem z Szymonem Żyśko) oraz Uleczyć Boga w sobie (z Tomaszem P. Terlikowskim).
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











