Po co godzimy się na to, by Bóg nas „najął”? Po to, by wejść z Nim w układ o charakterze handlowym czy po to, by wejść do winnicy z zaufaniem, że prawdziwe są Jego słowa: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy”, i z otwartością na Jego dary? Czego oczekujemy, gdy zaprasza nas do współpracy i do wielkiej przygody wiary? Aby zapłacił nam za wierność, docenił starania i ciężką pracę, wynagradzając nas stosownie do zasług? A może tego, że ogarnie nas Jego bezinteresowna miłość, która przekracza ludzkie wyobrażenia i oczekiwania?
Bardzo trudno znieść pracującym od rana robotnikom fakt, że zostali potraktowani tak samo jak ci, którzy przyszli do pracy w ostatniej godzinie. „Niesprawiedliwość” – myślą, gdy otrzymują taką samą zapłatę jak pozostali. Nie dostrzegają nawet tego, że gospodarz dotrzymał wobec nich umowy.
Dają się słyszeć podobne głosy także w Kościele. Jak niektórzy pobożni katolicy przyjmują słowa papieża, który przypomina, że Bóg nikogo nie wyklucza ze swojej miłości? Czy nie pojawia się pokusa, by powiedzieć: „To nie jest nasz papież”? Z jakimi emocjami witamy inicjatywy będące wyrazem troski Kościoła o odrzuconych, o ludzi, którym życie się skomplikowało, o wszystkich szukających nadziei, o ludzi o rozdartych sumieniach? Czy nie zdarza się nam wołać: „To nie nasz Kościół”? Możemy wtedy stać się podobni do robotników porannej zmiany, którzy oskarżali gospodarza: „Zrównałeś ich z nami!”.
Pycha tego zdania jest uderzająca. Jak to? To przecież „my” jesteśmy prawdziwym Kościołem, a „inni” to uzurpatorzy, schizmatycy. Dostaje się zarówno tak zwanemu Kościołowi otwartemu, jak i tak zwanemu tradycyjnemu, zarówno tym, którzy usiłują żyć w dialogu z inaczej myślącymi, jak i tym, którzy zamykają się w twierdzach własnych przekonań. Nad wszystkimi może unosić się duch pychy, poczucia wyższości, mniemania o własnej wyjątkowości i przeświadczenia, że „tamci” są niegodni nazywania ich katolikami.
Chrystus umarł na krzyżu za wszystkich. Nie wybierał grona uprzywilejowanych, dla których warto przelać krew. Bóg nie dzieli ludzi na tych, którzy są godni Jego miłości, i na tych, którzy są Mu obojętni. W Jego oczach każdy człowiek ma tę samą niezbywalną godność i każdy jest przez Niego powołany do zbawienia.
Wiele o człowieku mówi jego sposób patrzenia na innych. Porównywanie się, ocenianie, obliczanie czyjejś wartości w zestawieniu z własną – to nie jest miłość. Ani do siebie, ani do bliźnich, ani do Boga. Prowadzi do umniejszania innych i do licytowania się na zasługi, choć nie na tym polega nasza ludzka wartość. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi więcej, i taki, kto nie zrobił nic albo niewiele. Jeśli ta świadomość budzi w nas poczucie krzywdy, jeśli powoduje opór i buduje mury w relacjach z ludźmi, być może wciąż nie odkryliśmy, jak bardzo jesteśmy przez Boga kochani.
Czy da się miłość Boga traktować w kategoriach rachunku, a relację z Nim jak transakcję handlową? Dlaczego przyznajemy sobie prawo do wyliczania, kto i na co zasłużył, do oceniania, kto bardziej się starał, a kto mniej, do mierzenia wspólnoty Kościoła niczym księgowy porównujący tabelki „winien” i „ma”? To tak, jakby oceniać, czy i na jakich warunkach opłaca się być w Kościele. Tymczasem u podstaw relacji Boga z człowiekiem nie stoi rachunek zasług, lecz miłość i dar. Jedno i drugie cechuje się bezinteresownością.
„Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy” – odpowiada gospodarz winnicy na zarzut niesprawiedliwego traktowania robotników. Nikt z nas nie musi rywalizować z innymi o miejsce na skali Bożej miłości. Nie musimy porównywać się z bliźnimi, bo tajemnica hojności Boga jest niewyczerpana. Jego łaski wystarczy dla wszystkich.
Słowa Ewangelii według św. Mateusza
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść: «Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?”. Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy”. A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi».
Mt 20, 1–16a
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.






