Chociaż jeszcze w kampanii wyborczej w 2023 roku partie tworzące dziś rządzącą koalicję chętnie składały studentom – i szerzej: młodym ludziom – obietnice, to już trzy lata później rzeczywistość brutalnie zweryfikowała ambitne plany polityków (albo należałoby powiedzieć: ich czczą gadaninę). Zapowiadany przez nieistniejącą już Trzecią Drogę „Akademik za złotówkę” najwyraźniej tkwi jeszcze we wczesnej fazie koncepcyjnej, gdyż przestało się nawet o nim mówić. W rozpoczynającym się właśnie roku akademickim studenci będą mogli za to skorzystać z programu „Akademik za wiele złotówek”.
Pokój na spółę
Według raportu AMRON Studenci na rynku nieruchomości 2025 największa część polskich żaków na szczęście nie musi płacić za dostęp do łóżka, gdyż może mieszkać z rodziną. Mowa o niemal 41 proc. osób uczących się w szkołach wyższych. To z jednej strony dobra informacja, ale z drugiej – niepokojąca. Wskazuje ona, że bardzo uprzywilejowani są młodzi ludzie, którzy pochodzą z miast akademickich, czyli przede wszystkim stolic województw. Według niedawno opisywanych w „Przewodniku” pogłębionych danych GUS na temat liczby ludności Polski, w stolicach regionów żyje 20 proc. mieszkańców kraju, więc nadreprezentacja żaków wychowanych w aglomeracjach jest widoczna gołym okiem. A to zaś pokazuje, że równość szans w Polsce jest w pewnej części fikcją. Jeszcze większe nierówności występują na czołowych polskich uczelniach, które dają dostęp do najlepszych miejsc pracy. Według badania The impact of system contraction on the rural youth access to higher education in Poland, w 2018 roku odsetek uczących się na nich studentów pochodzenia wiejskiego wynosił 18,5 proc., chociaż rozkład ludności podpowiada wynik ponad dwa razy większy.
Kolejne 37 proc. studentów najmuje lokal na rynku komercyjnym, zaledwie 9 proc. może się poszczycić uzyskaniem łóżka w uczelnianym domu studenta (czyli akademiku), a pozostała część zdobyła dach nad głową w inny sposób (m.in. posiada swoją nieruchomość – 8 proc.). Z powodu braku realnej konkurencji ze strony gmin i ich zasobów komunalnych, najem komercyjny – szczególnie w dużych miastach – jest drogi w porównaniu do zarobków, które są w stanie osiągnąć młodzi ludzie mający w ciągu dnia obowiązki edukacyjne. To zwykle prace w gastronomii, gdzie można dopasować grafik do zajęć, jednak za cenę niepełnego wymiaru czasu pracy i uszczuplonej w ten sposób wypłaty. W Poznaniu najem kawalerki to zwykle ok. 2 tys. zł plus opłaty, czyli 2,5–2,7 tys. zł.; w stolicy jest to zwykle 500–700 zł droższe. Opłacając mieszkanie w dwie osoby, można więc zaoszczędzić od 1,3 tys. do 1,7 tys. złotych miesięcznie, co dla studenta często decyduje o „jeść albo nie jeść”. Jeszcze więcej może zostać w portfelu kiedy najmuje się dwupokojowe mieszkanie w cztery osoby, gdyż dodatkowy pokój podwyższa czynsz zwykle „tylko” o ok. tysiąc złotych, a opłaty stałe rozkładają się na więcej osób.
Nic więc dziwnego, że studenci chętnie dzielą się tymi kosztami – oraz życiową przestrzenią. Według danych AMRON, aż połowa najmujących na rynku komercyjnym zrobi to z jedną osobą, a 20 proc. z dwiema. Z trzema lub więcej mieszka 17 proc. najmujących żaków, a tylko 13 proc. mieszka samodzielnie. Wśród tych dzielących mieszkanie z innymi co trzeci nie dysponuje też własnym pokojem – niektórzy pomieszkują w jednej izbie z dwiema osobami (a w drastycznych przypadkach z trzema).
Domy studenta na wstecznym
Pomimo kryzysu demograficznego liczba studentów w Polsce z roku na rok rośnie. Jeszcze w 2019 roku było ich 1,2 mln, natomiast w zeszłym okresie akademickim w szkołach wyższych uczyło się już 100 tys. osób więcej. To efekt przyciągnięcia nad Wisłę studentów z całego świata, którzy zasilają uczelnie nie tylko własną obecnością, ale przede wszystkim czesnym – w trybie stacjonarnym niepłaconym przez rodzimych żaków. Polskie uczelnie nie należą, oględnie mówiąc, do światowej czołówki uniwersytetów, jednak to efekt niezwykle marnego poziomu pracy badawczej. W Polsce niewiele się odkrywa, korzystamy raczej z wyników badań naukowców z państw wysoko rozwiniętych. Sama praca dydaktyczna, czyli przekazywanie wytwarzanej przez innych wiedzy, stoi już jednak na bardzo wysokim poziomie. W rezultacie nadwiślańskie uniwersytety są bardzo atrakcyjne dla zdolnych ludzi z biedniejszych regionów globu. Koszty czesnego i utrzymania w porównaniu do czołowych uczelni świata są wielokrotnie niższe, za to placówki dydaktyczne z Polski mogą być znakomitym wstępem do kariery zawodowej na Starym Kontynencie, gdyż ich dyplomy są uznawane w całej Unii Europejskiej.
Aktualnie co dziesiąty żak w Polsce to obcokrajowiec. W latach 2019–2025 liczba studentów wzrosła o niespełna 9 proc. Żeby utrzymać dostęp do akademików na podobnym – już wtedy słabym – poziomie, liczba łóżek powinna wzrosnąć o przynajmniej takim sam procent. Najwyraźniej włodarzom uczelni pomylił się jednak kierunek tego dosyć prostego działania matematycznego, gdyż liczba miejsc w domach studenta dokładnie o tyle spadła. Według GUS w 2019 roku domy studenckie mogły pomieścić 123,1 tys. osób. W 2024 roku już tylko 112 tys., czyli niecałe 9 proc. mniej. Dane GUS wskazują również, że z akademików korzystało ledwie 6,5 proc. żaków w Polsce, czyli wyraźnie mniej niż według danych AMRON. GUS opiera się jednak na twardych danych, a nie sondażach i deklaracjach, które z natury są mniej dokładne. Tym samym pewna część miejsc w akademikach i tak nie jest zajęta, gdyż oferuje standard nieadekwatny do dzisiejszych czasów.
Komuny dla bogaczy
Według danych z raportu JLL, w całym kraju brakuje aż 400 tys. łóżek dla osób uczących się w szkołach wyższych. Tylko w stolicy ich deficyt sięga 60 tys. W Poznaniu i Warszawie występuje najniższa relacja miejsc w placówkach publicznych do liczby żaków – to ok. 7 proc. Natura nie znosi próżni, więc w powstałą niszę ochoczo wszedł sektor prywatny, oferując całe budynki przystosowane do studenckiego życia. W 2025 roku prywatne akademiki miały w ofercie 16,5 tys. łóżek. W budowie jest kolejnych 8 tys. W zeszłym roku liczba miejsc w prywatnych domach studenckich wzrosła o ponad jedną czwartą.
Obłożenie w takich placówkach wynosi aż 96 proc., chociaż ceny są czasem nawet wyższe niż na tradycyjnym rynku najmu. W stołecznych akademikach prywatnych pokój wraz z aneksem kuchennym i własną łazienką kosztuje ok. 3,1 tys. zł. W tej kwocie zawierają się już wszystkie opłaty wraz z internetem i prądem, jednak pod względem metrażu lokale te należałoby uznać za tzw. mikrokawalerki. W wersji podstawowej mają one zwykle ok. 16 mkw. Są oczywiście wersje komfortowe lub premium, które dochodzą do szalonych 20 mkw., jednak wtedy trzeba doliczyć około 500 zł co miesiąc więcej.
Prywatne akademiki oferują również dostęp na miejscu do siłowni, pokoju rozrywki i gier, pomieszczeń przeznaczonych do wspólnej nauki oraz innych udogodnień. Niewątpliwie zamieszkiwanie w takich domach studenta jest niezwykle komfortowe i przyjemne, gdyż dają one przestrzeń dla prawdziwie studenckiego życia na wysokim poziomie. Problem w tym, że to oferta dla żaków z zamożnych rodzin – koszty w publicznych akademikach są około trzykrotnie niższe. Komercyjne domy studenckie przypominają więc bardziej komuny dla dzieci z bogatych domów, a nie ofertę dla przeciętnego studenta. Zresztą aktualnie korzysta z nich tylko 2 proc. żaków. Pozostali muszą się pomęczyć, co oczywiście odbija się na ich wynikach. Sarkastycznie można jednak stwierdzić, że będą mieli za to większą satysfakcję ze swoich osiągnięć i dużo tematów do opowiadania dzieciom.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









