Pierwsze pytanie, które należałoby tu zadać, brzmi: czy nowa konstytucja jest nam w ogóle potrzebna? Zdecydowanie przeważają tu argumenty na „tak”.
Probierz zawartości „państwa w państwie”
Ta, którą mamy obecnie, przyjęta w 1997 roku, była w dużej mierze owocem kompromisu, zawartego między zwolennikami dość różnych systemów wartości (chodzi tu o zespół pojęć absolutnie podstawowych, takich jak naród, rodzina czy ochrona życia). A to nigdy nie jest najlepszym modelem, jeśli chodzi o ustawę numer jeden, regulującą sam rdzeń funkcjonowania państwa. Kompromis polityczny zawierają dwie różne strony, a każda z nich odrobinę ustępuje – teoretycznie w imię celu nadrzędnego, łączącego sprzeczne interesy obu antagonistycznych partii. Takie cele, nie środki, ma wskazywać właśnie konstytucja, formułująca zasady wyższe ponad prawidła politycznego targu.
Wygląda na to, że 28 lat temu tych nadrzędnych zasad widzieliśmy zbyt mało, by wypełnić nimi całą treść konstytucji. W rezultacie jest ona łatana zdaniami z doraźnego, politycznego słownika. I taka lekko prowizoryczna zawartość ustawy zasadniczej musiała nam wystarczyć do dzisiaj.
Cały kłopot w tym, że obecnie wspólnych, łączących Polaków zasad widzimy jeszcze mniej niż wtedy. Wydaje się nawet, że ten stan rzeczy uniemożliwi powstanie jakiegokolwiek spójnego ideowo projektu, który miałby szansę być przyjętym przez ogół obywatelskiego narodu. Ale nie mamy wyjścia. Konstytucja jest przecież także probierzem zawartości „państwa w państwie” – czyli realnego poczucia wspólnego dobra w nas wszystkich. Jeżeli tego cementu znajdziemy zbyt mało, to ostatecznie rozleci się nam każda państwowa budowla. Musimy więc znaleźć nowy język, nowe słowa, którymi nasz wspólny interes będziemy w stanie wyrażać. Jeśli tego wspólnego sensu nie nazwiemy, nie damy racji wspólnego istnienia wchodzącym w życie pokoleniom Polaków.
Kto z nami, kto przeciw
Pierwszym zadaniem niech będzie wyznaczenie precyzyjnej granicy pomiędzy niekwestionowanym dla wszystkich wspólnym dobrem a obszarami, co do których można się spierać w ramach demokratycznej gry.
Weźmy przykładowo pod uwagę pierwszy z brzegu temat obecnie ważny i poruszający: migrację. 30 lat temu nie była to dla nas kwestia wysokiej wagi, z Polski raczej się wówczas wyjeżdżało, niż do niej przyjeżdżało. Teraz jest inaczej, a wobec braku wyrazistej aksjologii miotamy się między skrajnościami absolutnej otwartości („żaden człowiek nie jest nielegalny”) i prawie całkowitego zamknięcia. Żadna z nich nie jest rozwiązaniem dobrym, ale równie niedobrym pomysłem byłoby tutaj – w imię źle pojętego kompromisu – sprowadzanie problemu do kwot, jakie mielibyśmy przyjmować w ramach europejskiej solidarności. Tu właśnie kłania nam się prosta zasada nadrzędna: dla uchodźców politycznych Polska, zgodnie ze swą najlepszą tradycją, ma zawsze otwarte drzwi. Migrantów ekonomicznych przyjmujemy zaś w takim stopniu, jaki uzasadniony jest narodowym interesem, co zawiera w sobie także postulat długofalowej integracji tych ludzi w ramach polskiego społeczeństwa. Cała reszta – to już kwestia doprecyzowania definicji oraz rozróżnień.
Efektem takiego wyznaczenia granicy byłoby wreszcie rozeznanie, kto z nas – mówiąc językiem Ewangelii – „jest z nami”, kto zaś jest „przeciw nam”. Czy zaprzeczanie istnieniu komór gazowych w Auschwitz to tylko element swobodnej obywatelskiej dyskusji, czy też już działanie z definicji naruszające zasady naszego wspólnego dobra? Tysiące innych, podobnych pytań powinny wreszcie znaleźć odpowiedź jasną i dającą prostą wskazówkę do przyjęcia konkretnych rozwiązań prawnych.
Rozpoznać Targowicę
Zasady konstytucyjne są po to, by wyjść poza zaklęty krąg wewnętrznych sporów. Znaczenie naszej pierwszej konstytucji, tej z 3 maja 1791 roku, w dużej mierze na tym właśnie polegało. Porozumienie ponad podziałami, ponad zabójczymi dla państwa sporami „patriotów” i „familii”, także ponad antagonizmem, jaki dzielił panującą szlachtę od mieszczaństwa i chłopów – było naczelną zasadą kierującą pracami ojców trzeciomajowej ustawy. Ale nigdy nie może to być zasada wyłącznie inkluzywna, przyjmująca wszystkich. Musi ona jednocześnie wykluczać tych, którzy owemu porozumieniu ponad podziałami się sprzeciwiają. Wykluczać rozsądnie, bo najpierw mądrze ich rozpoznawać. Uderz w stół, a odezwą się nożyce – mówi polskie przysłowie.
W roku 1791 takimi nożycami okazała się Targowica. Wtedy wszyscy dowiedzieli się, kto jest z nami, kto zaś przeciw nam, a dokonało tego właśnie przyjęcie przez naród konstytucji. Symbol targowiczan, funkcjonujących poza marginesem polskiej obywatelskiej wspólnoty, stał się odtąd komponentem naszej świadomości, komponentem działającym do dzisiaj. Lecz, niestety, obecnie przynoszącym więcej szkód niż pożytku. Obrzucamy epitetem „targowiczan” jedni drugich, skutecznie dewaluując pojęcie narodowej zdrady. Bo jeśli wszystkim można Targowicę zarzucić, to tak naprawdę nic to nie znaczy.
Tymczasem Targowica nadal istnieje i dobrze się ma w swoim ukryciu. Przypominają się słowa Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, gdy przed laty opisywał w dzienniku monolog Diabła: Jestem zawsze tam, gdzie na oko mnie nie ma. Nie ma mnie nigdy tam, gdzie na oko jestem. Formuły nowej konstytucji powinny pomóc w uchyleniu tej zasłony.
Usunąć patynę pustosłowia
Wszystkie trzy konstytucje Polski odrodzonej i niepodległej – te z lat 1921 i 1935, oraz ta obowiązująca, z 1997 roku – operowały i operują zestawem pojęć ukształtowanych jeszcze w XIX, a nawet wcześniej, bo w XVIII stuleciu. Pojęć funkcjonujących w ramach liberalnej odmiany demokracji, która do niedawna wydawała się wręcz najlepszym z potencjalnych ustrojów, wręcz niemożliwym do rozsądnego zakwestionowania. Obecne czasy pokazują jednak, że piękne słowa, jakie stworzyli ojcowie-założyciele tego systemu, odklejają się od rzeczywistości. I trzeba się nad nimi ponownie zastanowić. Bo złudzeniem okazało się przekonanie XIX-wiecznych demokratów, że damy wszystkim wolność, ekonomiczną niezależność i wykształcenie, to wszyscy ludzie będą dążyli do wspólnego dobra. Otóż nie dążą wszyscy – jak wykazała stuletnia praktyka europejskiej demokracji. Część ludzi ma i zawsze będzie miała na celu wyłącznie interes własny. Wykorzystują tę wiedzę politycy, obiecując tłumom to, czego wcale nie mają zamiaru wykonać. Tak rodzą się populizmy. Bo dobro wspólne nie jest sumą interesów wszystkich obywateli, taka arytmetyka w państwie nigdy nie działa. By czynić dobrze i skutecznie, zawsze trzeba się komuś doraźnie narazić.
Dlatego chociażby, nie odbierając wyborom (parlamentarnym czy prezydenckim) waloru powszechności, trzeba dobrze przemyśleć sensowność zasady bezpośredniości. Wbrew swej nazwie nie służy ona dzisiaj szeregowemu wyborcy, który praktycznie nie zna swojego kandydata, jeśli nie liczyć kłamliwego wizerunku, podsuwanego mu przez media. Wybory kilkustopniowe, jeśli mądrze zdefiniowane, przywróciłyby przynajmniej starą demokratyczną zasadę: wybieramy tych, których znamy z bliska, nie tylko z ekranu.
Na podobnej zasadzie trzeba by się było zastanowić nad całym szeregiem „nienaruszalnych” wartości konstytucyjnych. Z racji szczupłej objętości artykułu tylko je wymienię: wolność słowa, niepodległość, suwerenność. Co one dzisiaj naprawdę oznaczają? I czy ich używanie na zasadzie mechanicznej i rytualno-bezmyślnej nie przynosi ludziom więcej szkody niż pożytku?
Wolność i niepodległość to dla nas wartości najwyższe – i niech takimi pozostaną. Pora jednak usunąć z nich patynę pustosłowia.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!






