Logo Przewdonik Katolicki

Wyczekująca więź

fot. Fotolia

O niewierzących dzieciach wierzących rodziców i powodach ich odejścia z Kościoła z dk. Marcinem i Moniką Gajdami rozmawia Joanna Mazur

Młodzi odchodzą z Kościoła – z tym stwierdzeniem nie dyskutuje już nikt. Tematem dyskusji są powody tych odejść, szczególnie gdy dotyczą rodzin zaangażowanych w życie Kościoła. Wydaje się, że przekazywanie wiary w takich rodzinach powinno być czymś naturalnym...
Marcin Gajda: – I tak, i nie. Najpierw musimy zadać sobie podstawowe pytanie: czy mówimy o rodzicach, którzy są wierzący czy tylko religijni? Chodzi o to, czy mają oni osobistą relację z Bogiem? Czy doświadczyli głębokiego Bożego dotknięcia, które przemieniło ich serce i umysł? Czy to doświadczenie otworzyło ich na innych ludzi? Żywa relacja z Bogiem otwiera nas na świat, szczególnie na tych, którzy jeszcze Boga nie znają. W przypadku osób tylko religijnych ten proces bywa odwrotny. Płytka religijność zamyka na świat, który jawi się jako miejsce niebezpieczne i stanowi zagrożenie.
Monika Gajda: – Młodzi patrzą przede wszystkim na autentyczność zachowań swoich rodziców. Jeżeli mówią oni o miłości nieprzyjaciół, a kilka minut później obrażają polityka nielubianej przez nich partii, to ta niespójność będzie błyskawicznie wyłapana.
Marcin: – Pusta religijność prowadzi do karłowacenia osoby, skurczenia się serca, umysłu, niechęci do dialogu z innymi i zamknięcia się w religijnym getcie. A dzieci są ze swojej natury otwarte i będą chciały to zamknięcie przełamać. I słusznie. Spójrzmy na papieża Franciszka, który jest niezwykle otwarty i przez to jest odbierany jak zagrożenie przez niektóre osoby tradycyjnie religijne. W przypadku młodych osób otwartość jest silnie związana z wolnością. A wolność to bardzo istotna część przesłania chrześcijańskiego.
W Liście do Galatów czytamy: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus”. Smutny paradoks polega na tym, że dla wielu osób patrzących na Kościół z zewnątrz, jawi się on jako instytucja ograniczająca wolność, a to dlatego, że Ewangelia bywa aplikowana w sposób autorytarny i legalistyczny. To jest wielki dramat i tragedia współczesnego Kościoła. Na to młodzi (i nie tylko – ja też!) reagują alergicznie. I to właściwa reakcja. Ja też reaguję alergicznie, gdy ktoś próbuje słuszne wartości aplikować w sposób, który odbiera mi możliwość wyboru.
 
Na ile rodzic powinien akceptować wolność wyboru swojego dziecka?
Marcin: – Najważniejsze jest to, aby towarzyszyć dziecku w procesie separacji. Dziecko powinno móc zakwestionować wartości, którymi żyją rodzice, aby samo w wolności mogło je wybrać lub odrzucić. Ważne jest, aby rozróżnić dwa rodzaje granic, które powinniśmy stawiać dziecku w zależności od jego wieku. Chodzi o granice porządku i bezpieczeństwa oraz granice ze światopoglądu. Gdy dziecko jest małe, to stawiamy głównie te pierwsze granice. Dotyczą one zachowania bezpieczeństwa w sytuacjach zagrożenia, różnych obowiązków, chodzenia do szkoły czy do kościoła. Natomiast gdy dziecko jest w okresie dojrzewania, to zaczyna zadawać coraz więcej pytań na tematy związane ze światopoglądem.
Monika: – Jeżeli dorastające dziecko zaczyna pytać np. o współżycie przed ślubem, to jest to już temat związany z zasadami głoszonymi przez Kościół. W takich momentach ważne jest, aby dziecku pomagać w znalezieniu odpowiedzi, by nie bać się tego typu pytań i nie reagować lękiem czy agresją. Nie możemy w takich sytuacjach zachowywać się tak stanowczo jak w przypadku granicy bezpieczeństwa. Na przykład osiemnastolatka nie powinniśmy już zmuszać do pójścia do kościoła. Co zyskamy, jeśli nam ulegnie?
 
Niektórzy nastolatkowie w ogóle nie zadają rodzicom trudnych pytań w obawie przez ich reakcją.
Monika: – I tutaj pojawia się rzecz kluczowa, czyli budowanie silnej więzi z dzieckiem. A aby taką więź zbudować, trzeba przede wszystkim spędzać razem czas. To jest niezwykle istotne, by się wspólnie wygłupiać, świętować, żartować i przytulać. Ważny jest czas na rozmowę, ale nie o szkole i ocenach, ale o tym, co dziecko przeżywa. Dziecko nabywa wtedy pewności, że może nam o wszystkim powiedzieć. I wtedy nie boi się zadawać nam pytań dotyczących światopoglądu.
Marcin: – Powinniśmy dawać dziecku znać, że to nie oceny w szkole są najważniejsze, ale ono sam i więź z nim. Również chodzenie do kościoła nie jest ważniejsze niż więź. Jeżeli popatrzymy na reakcję ludzi, których dorastające dzieci zaczynają odsuwać się od Kościoła, to można odnieść wrażenie, że chodzenie do kościoła jest najważniejszą rzeczą na świecie dla rodziców. A najważniejszą rzeczą jest utrzymanie więzi i relacji miłości, dlatego że Bóg jest miłością i gdy trwamy w miłości, to trwamy w Bogu. Co z tego, że dziecko będzie chodziło do kościoła na siłę, ale nasza więź zostanie totalnie zerwana? Jaką będziemy mieli z tego korzyść?
 
Co rodzice mogą zrobić, by zbudować dom, który będzie sprzyjał przyjęciu wiary przez dzieci?
Monika: – Słowo klucz to codzienność. Chodzi o to, aby nasze codzienne życie było naturalnie powiązane z wiarą. Nie możemy ograniczać się do pójścia razem na Mszę św. jako do wykonania pewnego rytuału. Ważne, aby różne sytuacje życiowe odnosić do Boga, modlić się, i to nie tylko przed posiłkiem, tłumaczyć świat przez pryzmat Ewangelii, czytać razem Pismo Święte.
Marcin: – Bardzo istotny jest wymiar wspólnotowy Kościoła. Niestety ten aspekt jego funkcjonowania przeżywa dziś głęboki kryzys. Parafie są miejscami gromadzenia się zupełnie obcych sobie ludzi i często nie zachodzą tam procesy wspólnotowe. Warto jednak, aby rodzice poszukali wspólnoty, w której mogliby wzrastać razem z dziećmi do wieku dojrzewania. Niezwykle istotny jest jednak umiar. Jeżeli wszystkie nasze rodzinne wyjazdy będą połączone z rekolekcjami, to dziecko może się wobec tego zbuntować. Spotykamy wiele osób, które wychowały się w domach, gdzie wiara była silnie praktykowana, które nie są teraz w Kościele, bo mają poczucie, że Kościół zabrał im dzieciństwo. Istotne jest, aby w wieku dojrzewania przekierować dziecko do wspólnoty niezwiązanej z rodzicami, np. jak rodzice są w odnowie, to niech poślą dziecko do oazy. Ważne, aby miało ono swoje intymne miejsce budowania relacji z Bogiem i środowisko rówieśników, którzy są wierzący.
Niestety w wieku dojrzewania rodzice muszą mocno stawiać granice porządku i bezpieczeństwa (np. zakazują wyjścia na dyskotekę) i trudno im jednocześnie przekazywać wiarę. To tak jakby policjant dał nam mandat za przekroczenie prędkości, dodając na końcu: „Bóg Cię kocha, nie zapominaj o tym”. Kolejnym ważnym aspektem przeżywania wiary w rodzinie jest wyznaczenie czasu na krótką katechezę. Warto wtedy przeczytać z dzieckiem fragment słowa Bożego i je rozważyć w sposób odpowiedni do wieku dziecka.
 
Wielu rodziców nie czuje się kompetentnych na tyle, by głosić dziecku katechezę czy odpowiadać na jego pytania dotyczące wiary.
Marcin: – To jest bardzo ważna kwestia. Katecheza dla dorosłych jest dzisiaj na bardzo niskim poziomie, dlatego nie dziwię się, że ludzie czują się niekompetentni. Na pewno poprowadzenie takiej katechezy wymaga sięgnięcia do komentarza do słowa Bożego, przeczytania odpowiedniej książki i pogłębiania swojej wiary. Jeżeli jednak nie mam odpowiedniej wiedzy, to zawsze pozostaje podzielenie się tym, jak osobiście przeżywam dany fragment z Pisma Świętego. Jest to też dobra okazja uznać przed dzieckiem, że nie wszystko o wierze wiem.
 
Czyli uznać swoją słabość.
Monika: – Uważam, że jest to sprawa kluczowa dla wychowania dziecka do wiary. Jeżeli rodzic nie umie przyznać się do błędu, powiedzieć „przepraszam”, to jest to duży problem.
Marcin: – W Ewangelii widzimy, że ci, którzy ją spisywali, nie bali się pisać o słabościach. Inaczej nigdy nie dowiedzielibyśmy się np. o zaparciu się św. Piotra. Dobrze przeżywana słabość staje się częścią Ewangelii. Podobnie rodzice powinni potrafić mówić otwarcie o swoich błędach, czasami o grzechach swoich i ludzi Kościoła. Dziecko szybko wyłapie próby idealizacji instytucji i gdy odkryje, jaka jest prawda, religijny świat mu się zawali.
 
Szczególnie teraz, gdy tak dużo mówi się o grzechach Kościoła.
Marcin: – Myślę, że to ważne, aby uświadamiać rodzicom, że nie tylko oni są odpowiedzialni za odejście od wiary ich dzieci. Spora odpowiedzialność ciąży też na Kościele oraz na zmianach cywilizacyjnych, które zachodzą. Kościół jest obecnie w momencie kryzysowym. Zachowania niektórych hierarchów i księży są trudne do zaakceptowania przez młodych. Dotyczy to szczególnie relacji w Kościele i wynikających z nich klerykalizmu i feudalizmu. Jeszcze dzisiaj zdarza się, że gdy do parafii przyjeżdża biskup z wizytacją, to „maluje się trawę na zielono”, a dorośli czytają powitalne wierszyki.
Monika: – A do tego dochodzi niski poziom liturgii, mierna współczesna „sztuka” sakralna, kiepskiej jakości muzyka kościelna i „plastikowe Matki Boskie z odkręcaną koroną”. To wszystko jest na tak niskim poziomie, że nie wyczuwa się w tym żadnej tajemnicy związanej z Bogiem, ale kicz i tandetę. Młodzi nie chcą się z czymś takim identyfikować. To, co działało jeszcze kilkanaście lat temu, dzisiaj nie działa.
Marcin: – Już na wejściu do niektórych kościołów trzeba być mistykiem, aby to wszystko wytrzymać (śmiech).
 
Jak zachowywać się wobec dorosłego dziecka, które odeszło z Kościoła?
Marcin: – Najważniejsze jest to, aby zrozumieć, że taka osoba jest wolnym człowiekiem, który może dokonywać wyborów. Jeżeli dziecko wybiera drogę poza Kościołem, to – cytując Ewangelię – „niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik”. A stosunek Jezusa do pogan i celników jest znany. Mówiło się, że jest przyjacielem celników i grzeszników. Pozostaje nam „zwykła” miłość i życzliwość, a to może kiedyś zaowocować powrotem do Kościoła i przyjęciem wiary. Jeżeli będziemy wrogo nastawieni do naszych dzieci ze względu na ich niewiarę, to jaka jest szansa, że kiedykolwiek wrócą? Czasami ludzie pytają nas, czy mogą iść na ślub cywilny swojego dziecka. Nie wiem, skąd pomysł, aby ludzie niewierzący mieli brać ślub kościelny. Sakramenty są dla osób wierzących. Jeżeli dziecko jest niewierzące, to trzeba mieć dla niego szacunek w jego niewierze.
 
Czy w takim razie głosić swoim dzieciom Ewangelię z ryzykiem utraty relacji?
Marcin: – Mamy głosić Ewangelię, a nie prawo. Jeżeli dla nas głoszenie Ewangelii oznacza niepójście na ślub cywilny swojego dziecka, to jest to raczej głoszenie prawa kościelnego. Jeżeli ktoś nie uważa się za chrześcijanina, to dokonuje wyboru według swojego sumienia. Rozumiem, że jest to trudne emocjonalnie dla rodziców, szczególnie gdy razem z dzieckiem się modlili i przygotowywali do sakramentów. Kiedy jednak spojrzymy na przypowieść o synu marnotrawnym, to widzimy, że ojciec nie zrywa relacji ze swoim synem i nie kładzie się na drodze, zabraniając mu odejść. Pozwala mu odejść, wyczekuje jego powrotu, ale nie wymusza go.
Monika: – Absolutnie nie powinno dochodzić do manipulacji i szantażu, gdy mówimy „jeżeli nie zawrzecie sakramentalnego związku, to nie przyjdziemy na ślub”. Jeżeli dziecko pod wpływem szantażu weźmie taki ślub, to on będzie przecież nieważny.
 
Wielu rodziców jednak wprost obawia się o zbawienie swojego dziecka.
Marcin: – Niestety wiele osób tkwi w przekonaniu, że zbawieni będą tylko ci, którzy chodzą do kościoła. A tutaj nie ma żadnego automatyzmu. Podobnie osoby niechodzące do kościoła też mają szansę na zbawienie. Sobór Watykański II mówi o tzw. kręgach ludzi wokół wspólnoty wierzących, bardzo rozszerzając rozumienie Ludu Bożego. To nie my jesteśmy zbawicielami naszych dzieci, ale Jezus. Możemy zobaczyć, że co prawda moje dziecko nie wierzy, ale jest dobrym człowiekiem, bierze udział w akcjach społecznych, jest dobrym ojcem/matką. Nie można myśleć, że nasz wysiłek włożony w wychowanie został całkowicie zaprzepaszczony.
 
Jak poradzić sobie z tym bólem odejścia?
Marcin: – Przyjąć go. Rodzicielstwo związane jest z umieraniem, z oddawaniem życia. A przekazanie życia jest aktem bezinteresownym, na wzór Boga. Ja przekazuję życie dzieciom i nie oczekuję niczego w zamian.
Monika: – Jeżeli wiem, że jest Bóg, to zdaję sobie sprawę, że ja jestem tylko rodzicem. Dziecko nie jest moją własnością, ono ma Kogoś więcej, do kogo należy. Doświadczenie miłości to „kocham cię, bo jesteś”, a nie po coś, ani za coś. Tak przecież kocha nas Bóg. Jeżeli On tak nas kocha, to my możemy też tak kochać nasze dzieci.
 
dk. Marcin i Monika Gajdowie
Marcin jest lekarzem medycyny, magistrem nauk o rodzinie, terapeutą. Monika
pedagogiem ogólnym i specjalnym oraz terapeutą. Są małżeństwem od 1991 r., mają czwórkę dzieci. Od czerwca 2016 r. Marcin jest duchownym Kościoła Katolickiego, diakonem stały.
Od lat prowadzą działalność terapeutyczną, konferencyjną i rekolekcyjną, zwłaszcza w dziedzinie relacji. Autorzy książek Rodzice w akcjiRozwój. Jak współpracować z łaską?ŚwiątyniaWprowadzenie do kontemplacji. Ich strona internetowa to www.gajdy.pl

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki