Logo Przewdonik Katolicki

Ksiądz odpowiada

ks. Tomasz
Fot.

(...) Staram się prowadzić swoje życie duchowe w sposób systematyczny i uporządkowany. Jednak nie odnajduję w tym radości. Nie widzę owoców mojej duchowej pracy. Mimo że staram się walczyć ze swoimi grzechami, nieustannie je popełniam. Nie skutkują postanowienia, zapewnienia... Czuję, jakby nic się nie działo, jakbym stała w miejscu (...). Ta bezradność sprawia, że odbieram siebie...

(...) Staram się prowadzić swoje życie duchowe w sposób systematyczny i uporządkowany. Jednak nie odnajduję w tym radości. Nie widzę owoców mojej duchowej pracy. Mimo że staram się walczyć ze swoimi grzechami, nieustannie je popełniam. Nie skutkują postanowienia, zapewnienia... Czuję, jakby nic się nie działo, jakbym stała w miejscu (...). Ta bezradność sprawia, że odbieram siebie jako chrześcijanina małej wiary, który nie staje na wysokości zadania (...).
Marta

„Błogosławiona bezradność”. Dziękuję za list. Porusza on problem, z którym boryka się wielu chrześcijan, problem dotykający samego rdzenia naszej wiary, bo drogi do świętości, naszej: mojej i Twojej, każdego z nas. Często uciekamy przed stwierdzeniem, że w przestrzeni duchowej „nie jest z nami zbyt dobrze”. Boimy się, nie chcemy ich dopuszczać do głosu, bo po prostu jest nam wstyd. Wstyd, gdyż nie dajemy sobie rady; wstyd, bo wcale nie jesteśmy tacy silni, jak sobie to wyobrażaliśmy. Wstyd, ponieważ nie jesteśmy takimi, jakimi inni chcieliby nas widzieć. Unikanie odpowiedzi na to pytanie skutkuje wewnętrznym zamknięciem. Zostajemy sami z potwornym bólem wyrzutów sumienia.

„Błogosławiona bezradność”. Te wątpliwości rodzą się z niewłaściwego spojrzenia na kwestię świętości. Czasami myślimy, że świętość to tylko doskonałość moralna, kiedy człowiek zupełnie, albo prawie, nie grzeszy. Myślimy, że prawdziwy chrześcijanin to ten, który jest „czysty jak łza”. Jest to jednak duże uproszczenie. Chrześcijan to ten, kto podejmuje duchową walkę, kto podejmuje trud kroczenia ku doskonałości, trud zgodzenia się – po ludzku patrząc – na bezradność.

„Błogosławiona bezradność”. Nie trzeba się jednak bać takiej duchowej bezradności. Może ona być dla nas pewnego rodzaju duchowym oczyszczeniem. Gdy doświadczamy swoich słabości, swojej niemocy; gdy czujemy, że zupełnie nie kontrolujemy sytuacji; kiedy wszystko zdaje się krzyczeć „przegrałeś!”, wtedy jest szansa, że zwrócimy się z jeszcze większą ufnością do Pana Boga. Wtedy jest szansa, że zrobimy we własnym sercu miejsce dla Niego, że przestaniemy się rozpychać „duchowymi łokciami”, ale wreszcie spojrzymy w górę, ku niebu. Kiedy człowiek jest słaby, wtedy wreszcie Pan Bóg może być w nas mocny.

„Błogosławiona bezradność”. Paradoksalnie, kiedy mamy odwagę przyznać się wobec siebie i innych, że jest nam trudno i że wcale nie jesteśmy „gigantami ducha”, wtedy jesteśmy wielcy. Wielcy, bo prawdziwi, szczerzy, bo wołający o pomoc samego Boga i – przede wszystkim – ufający Mu. Choć na zewnątrz nic się nie dzieje, choć wydaje się nam, że ustaliśmy w drodze, to jednak idziemy, ale już nie mocą własnych kalkulacji, ludzkich sił, lecz zapatrzeni w Bożą wszechmoc – mocą samego Chrystusa.

„Błogosławiona bezradność”, bo kiedy ja jestem słaby, Pan może być wreszcie we mnie mocny. „Pan mi powiedział: «Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali». Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach (...) Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny”(2Kor 12, 9-10).

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki