Logo Przewdonik Katolicki

Prawie jak Poznań...

Arkadiusz Małyszka
Fot.

Wydarzenia, które rozgrywały się w Poznaniu w ostatnich dniach czerwca 1956 roku, miały wyraźny rezonans w całym kraju, pomimo mających temu zapobiec różnych zabiegów i działań władz. Poznański bunt spotkał się z powszechną aprobatą, a nawet entuzjazmem, czego wymownym dowodem było nazywanie popularnych poznańskich papierosów bohatery. Również...

Wydarzenia, które rozgrywały się w Poznaniu w ostatnich dniach czerwca 1956 roku, miały wyraźny rezonans w całym kraju, pomimo mających temu zapobiec różnych zabiegów i działań władz. Poznański bunt spotkał się z powszechną aprobatą, a nawet entuzjazmem, czego wymownym dowodem było nazywanie popularnych „poznańskich” papierosów – „bohatery”.

Również w należącym do ówczesnego województwa poznańskiego Kaliszu odnotowano wyrazy poparcia dla wystąpienia poznańskich robotników. Pracownicy tamtejszego aparatu PZPR już 29 czerwca przekazali do Poznania informacje o tym, iż w zakładach pracy pojawiają się „wrogie głosy”. Ich wrogość polegała na tym, że oceniając zachowanie poznaniaków, mówiono: „robotnicy zrobili słusznie, wychodząc na ulice”. Partyjni informatorzy sugerowali, iż tylko pojedyncze osoby uznawały w swych wypowiedziach, że „prowokacja miała poparcie w klasie robotniczej Poznania, gdyż robotnikom dzieje się krzywda”.

Sklepikarz stawia
Komitet Miejski w Kaliszu donosił do Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Poznaniu, iż „w mieście panuje całkowity spokój”, gdy w tym samym czasie Komitet Powiatowy informował „województwo”, że „w mieście Kaliszu znaleziono dwie ulotki nawołujące do zamieszek”. Organy bezpieczeństwa ustaliły, iż jedna z nich „podjudzała” kobiety do wystąpień antypaństwowych. W pierwszych dniach lipca odnotowano rozrzucenie jeszcze 26 ulotek „o wrogiej treści”, natomiast w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego „wykryto wrogi napis”.

Z niedalekiego Gołuchowa informatorzy donieśli o bardzo spontanicznej reakcji na poznański bunt, mianowicie sklepikarz z radości stawiał wszystkim wódkę w miejscowej gospodzie. W sąsiednim Ostrowie Wielkopolskim również odnotowano wyrazy poparcia dla poznaniaków. Na adres miejscowego komitetu PZPR wysłany został anonimowy list w imieniu pracowników ZNTK, solidaryzujący się z wystąpieniami w Poznaniu. Napisano w nim, iż „jest to sygnał dla klasy robotniczej, że komuniści nie są w stanie podnieść stopy życiowej ludności do poziomu przedwojennego”.

Robimy rewolucję!
Szczególny incydent, pośrednio związany z buntem poznańskim, miał miejsce wieczorem 30 czerwca w Kaliszu. O godzinie 21 dyżurny miejscowego pogotowia milicyjnego otrzymał informację od patrolującego miasto funkcjonariusza, iż na ulicy Częstochowskiej bije się trzech pijanych osobników. Natychmiast wyruszyła na wskazane miejsce furgonetka milicyjna z trzema umundurowanymi funkcjonariuszami MO i kierowcą. Pogotowie nie zastało już awanturujących się pijanych osobników na ul. Częstochowskiej, ponieważ ci – jak wynikało „z rozpytania ludności” – zbiegli w stronę ulicy Lotniczej. Podczas interwencji milicji doszło do szamotaniny z nietrzeźwymi mężczyznami, w czasie której Czesław M. zaczął głośno krzyczeć: „koniec z wami, robimy rewolucję poznańską”. Okrzyk ten zmobilizował obezwładnionego już w milicyjnym samochodzie Kazimierza K., który również zaczął krzyczeć w stronę otaczającego tłumu, aby nie pozwolili go zabrać do komendy MO. Zamieszanie na ulicy Lotniczej spowodowało bowiem zgromadzenie się ponaddwustuosobowego tłumu, który otoczył milicyjny samochód i zaczął „sympatyzować po stronie chuliganów”. Milicjanci obawiali się, że „wspomniana publiczność stojąca po stronie chuliganów może się wmieszać do awantury i spowodować zajście na większą skalę”.

Na krzyki zatrzymanych: „robimy rewolucję w Kaliszu, taką jak w Poznaniu” – tłum się powiększał i gdy pogotowie MO niespodziewanie ruszyło, „otaczająca publiczność rzuciła się w pogoń za samochodem z gwizdem i krzykami”. Zdaniem interweniujących funkcjonariuszy, tylko dzięki dużej szybkości swego pojazdu nie zostali zatrzymani przez biegnących za samochodem ludzi.

Dwaj zatrzymani, rozgrzani aprobatą tłumu kaliszan, także po przywiezieniu na Komendę Miejską stawiali czynny opór milicjantom i głośno krzyczeli, nawołując do zrobienia rewolucji w Kaliszu, co spowodowało kolejne zbiegowisko. W swej notatce dowódca patrolu plutonowy Tadeusz Nowak zapisał, iż „nie było możliwości ani celowości spisać świadków z tego rodzaju publiczności, która stała po stronie chuliganów”.

Zamroczeni antypaństwowcy
W czasie, kiedy zatrzymani siedzieli w areszcie, Prokuratura Miasta i Powiatu Kaliskiego prowadziła dochodzenie i 18 sierpnia 1956 r. sporządziła akt oskarżenia. Obu zatrzymanym postawiono zarzut przede wszystkim o to, że „działając wspólnie, publicznie pochwalali osobników, którzy dopuścili się przestępstwa o charakterze antypaństwowym w Poznaniu oraz nawoływali do popełnienia podobnych czynów w Kaliszu”, to jest o przestępstwo z art. 2 dekretu z 13 czerwca 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa, czyli tak zwanego małego kodeksu karnego. Oprócz tego zostali oskarżeni także o znieważenie milicjantów i próbę zmuszenia funkcjonariuszy do zaniechania ich zatrzymania przez wywołanie publicznej awantury. Sami zainteresowani, jak stwierdziła prokuratura, tłumaczyli się niepamięcią „z powodu zamroczenia alkoholem”.

Wydarzenie z 30 czerwca znalazło swój epilog w Sądzie Wojewódzkim w Poznaniu, chociaż na sesji w Kaliszu, który rozpoznawał sprawę 21 września 1956 r. oskarżeni przed sądem nie przyznali się do zarzucanych im czynów, tłumacząc się tym, iż „urwał im się film”. Nie wykluczyli jednak „zelżenia” funkcjonariuszy i szarpania się z nimi. Sąd uznał ich zachowanie za typowo chuligańskie. Nie do końca jednak dał wiarę w „kompletne upojenie alkoholem”, skoro mieli siły stawiać opór „władzy”, krzyczeć i zwracać się do zgromadzonej publiczności. Większość składu sędziowskiego, czyli ławnicy – Irena Siciarek i Wiktor Sielicki – uniewinnili obu oskarżonych od najcięższego zarzutu: świadomego występowania przeciwko „organom Władzy Ludowej”. Sędziowie ci wzięli pod uwagę pochodzenie robotnicze obwinionych oraz brak w ich dotychczasowym życiu przejawów „wrogiego stosunku do obecnego ustroju”. Uznali także, iż do popełnienia przestępstwa natury politycznej, które zarzuciła im prokuratura, potrzebna jest u sprawcy pełna świadomość skutków swego działania.

Wyrokiem z 22 wrzenia 1956 roku sąd uwolnił oskarżonych od zarzutu „pochwalania osobników, którzy dopuścili się przestępstw o charakterze antypaństwowym w Poznaniu oraz nawoływania do popełnienia podobnych czynów w Kaliszu”. Zapadł wyrok „łagodny”, chociaż przewodniczący, sędzia zawodowy Ryszard Młotek, w zdaniu odrębnym wykazywał, iż nawoływanie przez oskarżanych do wrogich wystąpień przeciwko organom bezpieczeństwa – m.in. przez wykrzykiwanie: „możemy zginąć, możecie wywozić nas na Sybir, za nas pomści się na was łapciuchy rodzina i ludność Kalisza i matki wasze i żony będą was opłakiwać jak w Poznaniu”, czy: „zobaczycie, jak ludność kaliska walczy”– nie było pijackim bełkotem i powinni odpowiadać za popełnienie zbrodni. Jak wiemy, został przegłosowany i ostatecznie skazano niedoszłych rebeliantów „tylko” na 8 i 6 miesięcy więzienia, ale przykład ten pokazuje, jak łatwo wówczas było popełnić zbrodnię z małego kodeksu karnego.

Autor jest historykiem z oddziałowego Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN w Poznaniu.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki