Zawód polityk

Przegrali głosowanie ws. zniesienia dwukadencyjności w samorządzie, zaproponowali więc złożenie projektu ograniczającego kadencję niemal wszędzie, w tym w parlamencie. Tymczasem stabilne państwo potrzebuje profesjonalnych i doświadczonych polityków.
Czyta się kilka minut
Dwie kadencje i wystarczy – tak można streścić inicjatywę PSL-u. Co ciekawe, ludowcy mają w swoich szeregach wielu polityków sprawujących mandat poselski od wielu kadencji | fot. Jacek Domiński/Reporter/East News
Dwie kadencje i wystarczy – tak można streścić inicjatywę PSL-u. Co ciekawe, ludowcy mają w swoich szeregach wielu polityków sprawujących mandat poselski od wielu kadencji | fot. Jacek Domiński/Reporter/East News

Rok przed wyborami do parlamentu w koalicji rządzącej nastąpił niebywały zgrzyt. Forsowane przez Polskie Stronnictwo Ludowe zniesienie dwukadencyjności władz wykonawczych w gminach przepadło w głosowaniu sejmowym przewagą zaledwie dwóch głosów. Przeciw projektowi PSL-u głosowała część większości rządowej, w szczególności niektórzy posłowie i posłanki Nowej Lewicy i resztek po Polsce 2050. Dodatkowo w głosowaniu nie brało udział kilku bardzo ważnych polityków Koalicji Obywatelskiej, z premierem Donaldem Tuskiem i ministrem finansów Andrzejem Domańskim na czele, którzy wizytowali wtedy w Indiach i Wietnamie.

Na złość mamie

Politycy PSL-u wzięli tę porażkę bardzo do siebie, traktując ją jako policzek ze strony sojuszników. Lewica zaprzecza jednak, jakoby istniały uzgodnienia koalicyjne dotyczące głosowania w sprawie zniesienia dwukadencyjności. Poza tym szefowa klubu NL Anna Maria Żukowska zgłaszała wicemarszałkowi Piotrowi Zgorzelskiemu z PSL-u, że brakuje większości, więc lepiej dla ludowców będzie przesunąć procedowanie ustawy. Wizyta Tuska i Domańskiego w Azji także była zaplanowana, więc trudno doszukiwać się tu podstępu liderów KO. Nie zmienia to faktu, że ludowcy zapowiedzieli złożenie projektu wprowadzającego dwukadencyjność niemal wszędzie, czyli także w parlamencie krajowym.

Co ciekawe, akurat PSL ma w swoich szeregach wielu polityków sprawujących mandat poselski od wielu kadencji, więc to właśnie ich listy musiałyby zostać bardzo przewietrzone. Marek Sawicki zasiada w ławach sejmowych nieprzerwanie od drugiej kadencji Sejmu III RP, czyli od 1993 roku. Piotr Zgorzelski jest posłem czwartą kadencję z rzędu, a trzecią kadencję spędza jako wicemarszałek izby niższej. Także czwarta kadencja biegnie liderowi PSL-u Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, który ma dopiero 45 lat, więc zgodnie z pomysłem ludowców musiałby skończyć swoją karierę parlamentarną przed ukończeniem 55 lat (dwukadencyjność musiałaby być liczona od kolejnej kadencji). Niektórzy politycy dopiero wtedy zaczynają działalność na szczeblu ogólnokrajowym. Inaczej mówiąc, ci doświadczeni parlamentarzyści, deklaratywnie kontynuujący dziedzictwo słynnego Wincentego Witosa, postanowili na złość mamie odmrozić sobie uszy.

Oczywiście ludowcy mają ten komfort, że nikt przy zdrowych zmysłach nie podejrzewa, by posłowie dobrowolnie zmontowali na samych siebie taką ordynacyjną gilotynę. Członkowie PSL-u są po prostu wściekli, że nie byli w stanie dowieźć jednej ze swoich kluczowych obietnic. Poparcie dla stronnictwa topnieje w oczach, a na horyzoncie brakuje szalupy, na której mogliby jakoś dopłynąć do Sejmu kolejnej kadencji. Wieszczenie wypadnięcia tej partii z parlamentu to melodia grana od już dwóch dekad, ale zawsze rzutem na taśmę przekraczała ona próg wyborczy. Od kilku kadencji robi to jednak na plecach jakichś sojuszników. Dwie kadencje temu była to zbieranina od Kukiz’15 aż do maruderów wyrzuconych z PO, którą nazwano niezbyt oryginalnie Koalicją Polską. W ostatnich wyborach szalupą ratunkową była Trzecia Droga, złożona z Polski 2050 i przygarniętych wcześniej sierot po Jarosławie Gowinie. Niestety partię Szymona Hołowni popiera obecnie błąd statystyczny, z kukizowcami pokłócono się o pieniądze (oficjalnie o program), a resztówki po różnych mniejszych partiach wchłonięto. Nie przyciągnięto jednak żadnego nowego elektoratu, a stary odpłynął do partii na prawo od coraz bardziej nieokreślonych ludowców. Jedyne zaplecze polityczne, jakie zostało partii Kosiniaka-Kamysza, to samorządowcy w gminach wiejskich i mniejszych miastach. Właśnie w interesie wójtów i burmistrzów jest zniesienie dwukadencyjności.

Małe układziki

Przypomnijmy, że dwukadencyjność wójtów, burmistrzów i prezydentów miast została wprowadzona przez PiS. Pierwsza kadencja pod nowym prawem rozpoczęła się w 2018 roku i trwała aż do 2024 roku, gdyż równocześnie wydłużono okres urzędowania władz samorządowych do 5 lat, a następnie przesunięto wybory na kwiecień 2024 r., by nie kolidowały z wyborami parlamentarnymi rok wcześniej. Pierwsza wymuszona dwukadencyjnością wymiana włodarzy gmin nastąpi więc po wyborach w 2029 roku.

Przyczyny ograniczenia czasu sprawowania władzy we wspólnotach lokalnych dotyczyły powstawania lokalnych układów wokół środowisk trzymających władzę. Pod hasłem „rozbijania sitw” wprowadzono więc dwukadencyjność, by co dziesięć lat przewietrzyć magistraty. W małych wspólnotach politycznych znacznie łatwiej jest stworzyć system klientelistyczny, gdyż więcej spraw załatwianych jest między osobami znającymi się. W małych ośrodkach urząd gminy bywa największym pracodawcą, a zatrudnienie w magistracie jest najlepszym miejscem pracy w okolicy. Wójt lub burmistrz może więc rozdzielać przysługi w formie etatów lub pozytywnych decyzji administracyjnych, tworząc wokół siebie relatywnie szeroki krąg wdzięcznych i lojalnych mieszkańców, których część tworzy też jego bezpośrednie zaplecze polityczne w radzie czy kluczowych stanowiskach administracyjnych – szefów miejskich spółek, sekretarzy gmin itd. Na szczeblu centralnym frukta są co prawda większe, ale grupy interesu znacznie szersze i silniejsze, więc trudniej jest sobie je podporządkować. Polityków ogólnokrajowych nieustannie kontrolują media, tymczasem na szczeblu lokalnym często główną gazetą jest periodyk wydawany przez samego burmistrza.

Poza tym wójt, burmistrz i prezydent to jednoosobowe stanowiska władzy wykonawczej, które podejmują decyzje samodzielnie i są nieodwoływalne przez lokalny organ uchwałodawczy. Ich pozycja jest więc bardzo silna. Dwukadencyjność nie obejmuje starostów powiatów czy marszałków województwa, gdyż na tych szczeblach organem wykonawczym jest kolegialny zarząd, wybierany przez radę lub sejmik. Starosta i marszałek tylko stoją na jego czele i mogą zostać odwołani przez radnych. Z tego samego powodu ograniczenie kadencji obejmuje także prezydenta kraju, ale premiera i członków rządu już nie.

Zalety profesjonalizacji

Wprowadzenie dwukadencyjności także w organie ustawodawczym lub w radzie ministrów byłoby już wyjątkowo szkodliwe. Profesjonalizacja zawodu polityka krajowego jest pożądana, gdyż członkowie centralnych organów władzy zajmują się znacznie szerszym katalogiem spraw, często dotyczących bezpieczeństwa państwa i chronionych klauzulą tajności. Najbardziej wartościowi politycy, którzy brylują w rządzie lub komisjach legislacyjnych, a nie w mediach, zwykle specjalizują się w danych obszarach, a ich wiedza bywa bardzo niedoceniana. Znają też działalność procedur, których złamanie może zagrozić całemu państwu. Poddawani są znacznie silniejszym naciskom grup interesu i przeróżnych lobbystów, więc muszą być pewnymi siebie profesjonalistami, a nie nowicjuszami, którzy zabłysnęli jednym chwytliwym postulatem lub ledwie tylko hasłem wyborczym. Politycy centralni są też nieustannie na świeczniku, co jest niebywale stresujące i potrafi wykończyć nawet teoretycznie utalentowanych lub rzutkich ludzi. Regularnie spotykają się na szczeblu międzynarodowym, więc muszą znać protokół i etykietę – a najlepiej też przynajmniej język angielski.

Przypadek Michała Kołodziejczaka, oskarżonego przez współpracowniczki o mobbing i namawianie do narkotyków, który podczas negocjacji z Kijowem w sprawie handlu płodami rolnymi zachowywał się tak kompromitująco, że zdumiało to nawet Ukraińców, pokazuje, jak szybko władza centralna może zdegenerować niedoświadczoną jednostkę i jakie szkody państwu mogą spowodować tzw. ludzie z łapanki. Słusznie krytykując polskich polityków nie warto wpadać w przesadę i postulować oddania „władzy w ręce ludu”, bo może się okazać, że skończymy z połową Sejmu złożoną z Kołodziejczaków.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 45/2026