W starym kinie

W „12 Dreams for Piano” unosi się magia starego kina, a w kreowaniu tej magii Aleksander Dębicz jest mistrzem. Jego muzyczny styl jest połączeniem klasycznego języka fortepianu, narracyjności muzyki filmowej i improwizacji.
Czyta się kilka minut
fot. Materiały prasowe/Warner Music Group/A.Salski
fot. Materiały prasowe/Warner Music Group/A.Salski

Kiedy piszę do Państwa te słowa, w przestrzeni publicznej trwa gorąca dyskusja na temat Lalki. Świeżo wyemitowany serial zbiera coraz to bardziej dzielące publiczność recenzje, apetyt związany z filmem, który pojawi się pod koniec września, wzrasta z każdym dniem. Mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieli okazję o tym porozmawiać, ale póki co chciałabym zwrócić Państwa uwagę na muzykę w kinie, a zanim na nią – na ciszę.

Przenieśmy się myślami do czasów ciut późniejszych niż akcja Lalki – do początków kina. W oglądanym przez nas filmie akcja goni akcję: ktoś z niepokojem zerka przez uchylone kuchenne okno, ktoś biegnie, ktoś pisze list, który na zawsze zmieni bieg jego życia, a ktoś swoje życie właśnie kończy. Obraz jest niemy, ale na sali nie panuje cisza. Przy fortepianie siedzi muzyk i tak jak my, gapi się w ekran, i tak jak nie my – w zależności od czasu i miejsca, improwizuje albo wykonuje przygotowaną wcześniej muzykę. Patrzy i gra, słucha tego, czego nie słychać i całą tę bezdźwięczność przerabia na melodie, które nierzadko współtworzą charakter całego filmu, formują nasze odczucia i sprawiają, że to, co mogło zostać zapomniane, zostaje z nami na długo.

Od obrazu do obrazu

I w tym momencie na scenę wchodzi Aleksander Dębicz – przeniesiony już do współczesności, która aż kipi od kompozytorsko-wykonawczych możliwości. Dziś opowiem Państwu o nim nie dlatego, że jego najnowsza płyta jest muzyką filmową w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Choć z kinem ma sporo wspólnego – początki kariery Dębicza związane są przecież z (niestety nieodbywającym się już cyklicznie) Transatlantyk Festival i konkursem improwizacji filmowej – tym razem interesuje mnie coś innego. W 12 Dreams for Piano unosi się magia starego kina, a w kreowaniu tej magii Dębicz jest mistrzem.

Jego muzyczny styl określany jest mianem cinematic classical, będący połączeniem klasycznego języka fortepianu, narracyjności muzyki filmowej i improwizacji. W wywiadach Dębicz często wspomina o fascynacji montażem filmowym i możliwościami, jakie on daje – tym, jak muzyka może płynnie przechodzić od jednego obrazu do drugiego, zmieniać perspektywę, przyspieszać, zatrzymywać się i prowadzić nas dalej, zanim zdążymy zapytać, dokąd właściwie zmierzamy. Ten sposób myślenia towarzyszy mu od debiutanckiego albumu Cinematic Piano z 2015 roku, który bardzo Państwu polecam.

Bohaterką dzisiejszego spotkania jest płyta 12 Dreams for Piano, w której Dębicz bierze na warsztat materiał, który z definicji zdaje się umykać narracji. Sen.

Żadnych podpowiedzi

Jak go opowiedzieć? Naturalnie – można próbować. Można znaleźć słowa, które oddadzą senne pomieszanie z poplątaniem, spotkania z wydarzeniami, emocje z odczuciami. Tylko zazwyczaj – kiedy już zaczniemy opowiadać, sen dość szybko traci na znaczeniu; zostają „fakty”, a umyka to najlepsze, najdziwniejsze poczucie, że przez kilka minut byliśmy zupełnie gdzieś indziej. Dębicz nie próbuje nam tych swoich snów tłumaczyć. Zamiast tego robi z nich muzykę.

12 Dreams for Piano to dwanaście fortepianowych miniatur, które można słuchać osobno, ale które razem tworzą cykl. Kompozytor nawiązuje przy tym do tradycji klasycznego cyklu fortepianowego i romantycznego preludium. Równocześnie sen staje się tutaj nie tylko tematem, ale także formą – z własną logiką, czasem prostą, czasem trochę osobliwą.

I chyba właśnie dlatego bardzo podoba mi się sposób, w jaki Dębicz nazwał poszczególne utwory: Dream 1, Dream 2, Dream 3… i tak aż do dwunastki. Żadnych podpowiedzi, żadnego „Noc nad jeziorem”, „Wspomnienie z dzieciństwa” czy „Spotkanie z nieznajomą”. Dostajemy sny, ale pozbawione instrukcji, co powinniśmy w nich zobaczyć.

Lubię, kiedy tytuł nie zamyka muzyki w jednej interpretacji, tylko zostawia trochę miejsca dla nas. Taka jest zresztą specyfika stanu bycia pomiędzy – trudno jest zebrać sny w jednym pojęciu, przykleić im etykiety i powkładać do katalogowych szuflad. To stan, odczucie daleko bardziej niż jasno określona kategoria. I tak samo jest u Dębicza. Wszystko płynie, obrazy pojawiają się i znikają, jeden nastrój przechodzi w drugi; nie zawsze wiadomo, dlaczego właśnie teraz jesteśmy tutaj, a za chwilę przenosimy się już zupełnie gdzie indziej.

Niektóre zostają chwilę, inne dłużej

Ten sposób komponowania muzyki ma coś wspólnego z tym, co Dębicza od dawna fascynuje w kinie, a o czym opowiadałam Państwu chwilę wcześniej. W filmie nie musimy przecież dostać wszystkiego wprost. Montaż może przenieść nas w inne miejsce, zanim zdążymy się zorientować, że poprzednia scena już się skończyła. Muzyka może zrobić podobną rzecz – jeden motyw otwiera drzwi do następnego, napięcie pojawia się i znika, a fortepian, który w jednym momencie brzmi bardzo blisko, niemal intymnie, jakby szeptał nam zaklęcia prosto do ucha, innym razem zdaje się budować znacznie większą przestrzeń, inspirując nas do spojrzenia na całość z lotu ptaka.

Klasyczne skojarzenia pojawiają się obok filmowej narracyjności, improwizacyjnej lekkości i współczesnego brzmienia fortepianu. Granice są rozmyte, prym wiedzie sfumato. Wystarczy pierwszych kilka dźwięków, by z tej miękkości formy przy jednoczesnej wyrazistości brzmienia zaczęły wyłaniać się obrazy, które tylko my będziemy w stanie dostrzec. Niektóre zostają na chwilę, inne trochę dłużej. Jedne mogą przywołać konkretne wspomnienie, inne tylko nastrój. W moim przypadku działa to trochę jak oglądanie filmu, którego scenariusz za każdym razem na nowo układam sobie w głowie. Obłoki przeplatają się z promieniami zachodzącego słońca, pojawiają się krajobrazy, zapachy, smaki, wspomnienia, ale i rzeczy zupełnie zmyślone. Nie trzeba ich nazywać, wystarczy pozwolić im się pojawić, przepłynąć i zobaczyć, czy są w stanie zostawić w nas jakiś ślad.

Nie tylko pianino

Po snach przychodzi czas na REM, ostatni utwór albumu i zarazem jedyny, w którym obok fortepianu pojawia się wokal. Dębicz stworzył go wspólnie z WEARYMARY, artystką, z którą połączyło go między innymi zainteresowanie tematyką snów. W efekcie dostajemy coś trochę innego od pozostałych miniatur (bo opartego na słowach), jednak wcale nie mniej onirycznego.

Aleksander Dębicz za pomocą swojego najnowszego albumu zaprasza nas do tego, byśmy przenieśli się w inny wymiar, ten w głąb siebie, nierealny, nierzeczywisty, a jednocześnie tak bardzo bliski. Szkiełko i oko mają ogromną wartość, ale tym razem to czucie i wiara dochodzą do głosu. Ja – zachwycona kilkoma pierwszymi odsłuchami – zdecydowanie chcę ich więcej, więc idę w to bez zawahania. A Państwo?

12 Dreams for Piano
Aleksander Dębicz
Warner Music Group 2026

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 39/2026