Śrubowanie wymagań. Pułapka wbudowana we współczesne małżeństwo

Nasi przodkowie oczekiwali od współmałżonka mniej niż my i byli szczęśliwsi. Warto zrozumieć, dlaczego tak było, bo kryje się w tym odpowiedź na frustrację, która dotyka dziś wielu małżeństw, które teoretycznie powinny być najszczęśliwsze na świecie, a nie są.
psycholog
Czyta się kilka minut
Il. Agnieszka Sozańska
Il. Agnieszka Sozańska

Joanna zapisała siebie i męża na weekendowe rekolekcje dla małżeństw. Trzecie w ciągu tego roku. Mąż, Jan, powiedział „dobrze", spakował torbę i przez całą drogę milczał, bo z góry wiedział, jak to będzie wyglądało. Wykład, praca w parach, arkusz z pytaniami do wypełnienia razem, a na koniec lista rzeczy, które robi źle – delikatnie, po chrześcijańsku podana. Joanna jechała z rosnącą złością, bo od kilku lat powtarza mu to samo, trzy razy usłyszał to samo od ludzi mądrzejszych od niej i… nic nie zmienił.

Jan miał w planach zupełnie inny weekend. W październiku chciał zabrać żonę na trzydniową wyprawę rowerową. Rozpisał już trasę, znalazł noclegi, sprawdził, gdzie po drodze jest kościół z niedzielną mszą świętą o właściwej porze, kupił zapasowe dętki. Marzył po cichu, że Joanna wsiada na rower i jedzie, a jeśli okaże się, że w wynajętym domku nie działa prysznic, ona się z tego śmieje zamiast jak zwykle rzucić: „Niczego nie potrafisz załatwić porządnie".

Oboje w gruncie rzeczy chcą tego samego. Chcą, żeby małżeństwo dawało im więcej, niż daje w tej chwili. I oboje są zmęczeni. A obiektywnie rzecz ujmując, są naprawdę dobrym małżeństwem. Dziesięcioletni staż, dzieci, dom, stabilność finansowa i zawodowa, razem się modlą, chodzą do kościoła, nigdy nie mieli poważnego kryzysu… Co jest nie tak?

Trzy epoki małżeństwa

Eli Finkel, psycholog z Northwestern University, zaproponował porządkujące obraz spojrzenie na to, jak zmieniały się – kulturowo – nasze oczekiwania wobec małżeństwa. Wyróżnił on trzy epoki.

Na początku istniało „małżeństwo praktyczne", dominujące jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku. Instytucja małżeństwa dawała przede wszystkim zabezpieczenie przetrwania. Gospodarstwo, pole, warsztat, dzieci jako równorzędni (jeśli chodzi o obciążenie obowiązkami) członkowie rodziny i zabezpieczenie na starość. W tamtym modelu rodzina pracowała razem, bawiła się razem, modliła się razem i to dawało im poczucie stabilności i ufność w przyszłość. Od żony oczekiwano pracowitości i zdrowia, od męża zaradności, zdobywania pieniędzy i tego, żeby nie pił. Uczucie było mile widzianym dodatkiem. Nikt nie zawierał małżeństwa po to, żeby lepiej rozumieć samego siebie.

Drugi etap to „małżeństwo romantyczne", które wyrosło wraz z uprzemysłowieniem i przenosinami do miast. Mąż wychodził do pracy, żona prowadziła dom, a od ich związku zaczęto oczekiwać czegoś nowego: przyjaźni, towarzystwa, uczuciowej bliskości. To wtedy narodził się model, który większość z nas widziała u dziadków, i który wciąż uważamy za „naturalny", chociaż ma zaledwie sto kilkadziesiąt lat. W tym modelu emocje, przywiązanie są ważne, choć nadal nie kluczowe.

Etap współczesny, „małżeństwo samorealizacyjne", zaczęło się mniej więcej w latach 60. XX wieku i trwa do dziś. Do wcześniejszych oczekiwań doszły kolejne. Współmałżonek ma nam pomagać wzrastać. Ma być tym, przy kim stajemy się najlepszą wersją siebie. Ma nas rozumieć głębiej niż rozumiemy się sami.

Zsumujmy tę listę tak, jak wygląda ona w oczach współczesnych. Jedna osoba ma być kochankiem, najlepszym przyjacielem, powiernikiem, wspólnikiem finansowym, współrodzicem, partnerem intelektualnym, towarzyszem duchowego wzrostu, a przy okazji kimś, kto pomoże przepracować rany z dzieciństwa. Naszym pradziadkom wystarczyłoby, gdyby druga strona była uczciwa i nie chorowała.

Góra Maslowa

Finkel opisuje tę zmianę metaforą. Wspinamy się po piramidzie potrzeb Maslowa. Kiedyś małżeństwo obsługiwało jej podstawę: jedzenie, dach, bezpieczeństwo. Potem środek: przynależność i miłość. Dziś sięgamy szczytu, gdzie mieszczą się szacunek do siebie, sens i samorealizacja. Widok z góry jest wspanialszy, jednak na dużej wysokości potrzeba znacznie więcej tlenu, żeby w ogóle iść dalej. Tlenem małżeństwa są czas, uwaga i energia psychiczna. Tu zaczyna się kłopot, bo dokładnie w tej samej epoce, w której podnieśliśmy oczekiwania pod sam szczyt, zaczęliśmy inwestować w małżeństwo coraz mniej godzin.

Badania nad wykorzystaniem czasu, na które powołuje się Finkel, pokazują wyraźny spadek. Amerykańskie małżeństwa bezdzietne spędzały we dwoje, bez nikogo trzeciego, około 35 godzin tygodniowo w połowie lat 70. i około 26 na początku XXI wieku. Pary z dziećmi zeszły w tym samym czasie mniej więcej z 13 godzin do 9. Dziewięć godzin tygodniowo, w które trzeba zmieścić logistykę, rozmowę, czułość, wspólną modlitwę i wzajemne prowadzenie ku pełni człowieczeństwa. Stąd paradoks, który Finkel nazywa „małżeństwem wszystko albo nic". Statystyczna jakość małżeństw spadła, ale rozrzut wyników ogromnie wzrósł. Małżeństwa, które dostają dość czasu i uwagi, są dziś szczęśliwsze, niż małżeństwa bywały kiedykolwiek w historii. Te, które go nie dostają, radzą sobie gorzej niż ich odpowiedniki sprzed 50 lat, a dodatkowo mają o wiele wyższe oczekiwania co do potrzeb, jakie małżeństwo ma im zaspokoić.

Ludzie, których wokół nas ubyło

Jest jeszcze druga zmiana kulturowa, która mocno wpłynęła na współczesne małżeństwo. Nasza prababcia mieszkała w jednym dużym domu z mamą wdową i siostrą, starą panną, miała drugą zamężną siostrę mieszkającą w sąsiednim domu, sąsiadki, z którymi prała, kumę z parafii, spowiednika, którego znała od 20 lat. Kiedy z czymś sobie nie radziła, miała pięć adresów. Dziadek miał kolegów z warsztatu, brata, z którym budował stodołę, i mężczyzn, z którymi co niedzielę stał przed kościołem.

Badania nad sieciami wsparcia w krajach zachodnich pokazują, że liczba osób, którym człowiek powierza sprawy naprawdę ważne, wyraźnie się przez ostatnie dekady skurczyła, a udział ludzi wskazujących wyłącznie współmałżonka mocno wzrósł. Zniknęły niemal rodziny wielodzietne i domy wielopokoleniowe. Przeprowadziliśmy się „za pracą", znajomi rozjechali się po kraju, rodzina jest daleko, na wspólnotę nie ma czasu, a przyjaźnie z czasów studiów zamieniły się w serduszko na Instagramie. Cały ciężar spadł na jedną osobę: męża, żonę. Ta jedna osoba jest zmęczona, pracuje, wychowuje z nami dzieci i ma własne kłopoty, o których też chciałaby komuś powiedzieć.

Dlaczego Jan nie chce jechać na rekolekcje

Wróćmy do milczącej jazdy samochodem Joanny i Jana. Joanna robi rzecz rozsądną i dobrą. Widzi, że dzieje się źle, i szuka pomocy. Są dostępne warsztaty dla małżeństw, inni je chwalą, to zabiera tam męża. Kłopot polega na tym, że każde takie wydarzenie, oprócz konkretnych narzędzi, przynosi ze sobą także podniesienie poprzeczki oczekiwań. Po trzech takich weekendach Jan nauczył się, że efektem rekolekcji jest nowa lista jego braków.

Jest tu jeszcze coś subtelniejszego. Psychologowie Caryl Rusbult i Stephen Drigotas opisali dwa sposoby, na jakie małżonkowie kształtują się nawzajem. Pierwszy nazwali efektem Michała Anioła. Rzeźbiarz odsłania kształt, który już tkwi w bryle marmuru – mąż czy żona dostrzega ideał, do którego druga osoba sama zmierza, i pomaga jej się do niego zbliżyć. Skutkiem jest wzrost i wdzięczność. Drugi nazwali efektem Pigmaliona. Rzeźbiarz z mitu wykuł kobietę według własnego wyobrażenia o doskonałości. Współmałżonek dostaje wtedy do realizacji cudzy projekt siebie. Badania pokazują, że taki układ pogarsza jakość związku, i to niezależnie od tego, jak szlachetny jest wzorzec.

Joanna ma w głowie obraz męża, który potrafi rozmawiać o uczuciach, jeździ na rekolekcje z entuzjazmem, empatuje i z chęcią weźmie udział w scence małżeńskiej odgrywanej przed resztą uczestników warsztatów. Piękny obraz. Nie jest to jednak obraz, który Jan nosi w sobie. Jan widzi siebie jako kogoś, kto ogarnia, prowadzi, zabezpiecza i wyciąga rodzinę na przygodę. Wyprawa rowerowa, którą zaplanował od pierwszego kilometra do ostatniego, to jego pomysł na bycie opiekuńczym mężem. I dlatego ten potencjalnie niedziałający podczas wyprawy prysznic waży tyle, ile waży. Joanna, która parska śmiechem i mówi: „No to myjemy się w zlewie", potwierdza Janowi, że jego projekt się udał. Joanna, która wzdycha: „Przecież mówiłeś, że będzie ciepła woda", zabiera mu jedyną rzecz, po którą tam jechał.

Co z tym zrobić

Rozdźwięk między tym, czego od małżeństwa oczekujemy, a tym, ile w nie wkładamy, można zmniejszać z dwóch stron. Finkel proponuje, by poobserwować ilość i jakość czasu spędzanego ze sobą przez małżonków i starać się wygospodarować go więcej – na randki małżeńskie, czy nawet rozmowę na tematy interesujące oboje.

Dobrze jest postarać się też rozłożyć potrzeby na więcej osób. Kobieta, która ma dwie przyjaciółki, matkę i siostrę, przychodzi do męża z jedną trzecią tego, z czym przyszłaby bez nich, i przychodzi spokojniejsza. Mężczyzna, który raz w miesiącu wychodzi na piwo z kolegami albo należy do męskiej grupy przy parafii, przestaje być całkowicie zależny od żony w sprawie własnej równowagi. Odciążenie małżeństwa bywa dla niego lepszym prezentem niż kolejny warsztat.

Co jeszcze ważne – wspólne aktywności dobrze jest wybierać na zmianę. Jeśli w tym roku były trzy wydarzenia wybrane przez żonę, następne wybiera mąż i nikt nie ocenia, czy jego pomysł jest wystarczająco rozwojowy. Wspólna wyprawa rowerowa, remont, koncert czy trzy dni ciszy nad jeziorem budują więź dokładnie tak samo jak warsztat komunikacji, a czasem lepiej, bo obie strony chcą tam być.

Warto też wypróbować ćwiczenie siedmiu minut, zaskakująco prostą interwencję, którą przebadał Finkel. Trzy razy w roku, po siedem minut, każde z małżonków opisuje na piśmie ostatni konflikt z perspektywy życzliwego, bezstronnego obserwatora, któremu zależy na dobru obojga. Następnie zastanawia się, co utrudnia mu przyjęcie takiej perspektywy w codziennym życiu. W badaniu pary, które to robiły, po roku zdecydowanie lepiej radziły sobie z problemami i wzajemnymi oczekiwaniami, od par z grupy kontrolnej. Cały roczny koszt: dwadzieścia jeden minut.

Możemy też nauczyć się czegoś od naszych przodków. Nie musi być idealnie. Żona, mąż nie muszą być coachem dopingującym do samorozwoju i radośnie z nami przekraczającym coraz wyższe stopnie samorealizacji. Warto docenić co mamy: zacząć skupiać się na realnych zaletach drugiej osoby, zamiast na jego brakach. Inwestujmy w Michała Anioła, nie w Pigmaliona.

Mądrości dawnych czasów

Starsza forma małżeństwa miała pewną właściwość, o której warto pamiętać. Była zwrócona na zewnątrz. Małżonkowie mieli razem coś do zrobienia: gospodarstwo, dzieci, miejsce w parafii, opiekę nad starymi rodzicami. Ich związek nie musiał być jedynym źródłem sensu, bo sens leżał także poza nim i obojgu dawał wspólny kierunek patrzenia. Może warto powrócić do patrzenia na małżeństwo jako na powołanie, a nie centrum pielęgnowania samorealizacji.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 41/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Śrubowanie wymagań