Przed kilkudziesięciu laty próbę taką podjęli, niezależnie od siebie, teolog z Niemiec i filozof z Polski. Wydaje się ona wciąż aktualna.
Naukowcy i myśliciele od lat próbują wyjaśnić skomplikowane mechanizmy stojące za pojawianiem się w życiu indywidualnym i społecznym nienawiści. Rokrocznie we wrześniu, w związku z kolejnymi rocznicami wybuchu II wojny światowej, regularnie stawiamy sobie pytania, co powoduje, że w człowieku rodzi się zamiar zaszkodzenia lub wprost zniszczenia innych? I nierzadko zamysł ten bywa później metodycznie i bezwzględnie realizowany, nie tylko przez pojedynczych ludzi, ale przez grupy i większe zbiorowości. Do takiej pilnej refleksji nakłaniają również napięcia z ostatnich miesięcy, które skłoniły Radę Stałą Biskupów do wystosowania w tegoroczną uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej apelu w sprawie pojednania polsko-ukraińskiego. Hierarchowie wezwali w nim do szukania w relacjach z naszym sąsiadem przede wszystkim ducha pojednania i chrześcijańskiej miłości.
Ratzinger spotyka Tischnera
Zanim poznamy szczegóły ciekawej propozycji związanej ze zidentyfikowaniem i przezwyciężeniem ugruntowanej niechęci i nienawiści, cofnijmy się kilkadziesiąt lat. We wrześniu 1980 roku – kilkanaście dni po zakończeniu strajków na Wybrzeżu i w momencie narodzin „Solidarności” – odwiedziła Polskę delegacja Konferencji Episkopatu Niemiec (wówczas byli to biskupi z Republiki Federalnej Niemiec). Była to rewizyta biskupów znad Renu. Dwa lata wcześniej, jesienią 1978 roku, tuż przed październikowym konklawe, na którym papieżem został Jan Paweł II, w Niemczech Zachodnich gościli polscy hierarchowie z kardynałami Stefanem Wyszyńskim i Karolem Wojtyłą na czele. W Polsce zupełnie odmienionej po sierpniowych, robotniczych protestach gościł wówczas w ramach tej delegacji ówczesny arcybiskup Monachium i Fryzyngi kard. Joseph Ratzinger. Mniej więcej w tym samym czasie po prawie miesięcznym pobycie w Rzymie i Austrii do Polski powrócił ks. prof. Józef Tischner, już wówczas powszechnie ceniony filozof, duszpasterz i autor „Polskiego kształtu dialogu”. Źródła biograficzne wskazują, że obydwaj duchowni prawdopodobnie nie spotkali się wtedy osobiście. Okazja taka miała miejsce dopiero w latach późniejszych, podczas jednej z konferencji teologów i filozofów włoskich oraz niemieckich. Jak wyglądałaby hipotetyczna rozmowa abp. Ratzingera i ks. Tischnera na temat korzeni nienawiści i prób ich przezwyciężenia? Nie tylko zresztą w kontekście relacji polsko-niemieckich, ale również dialogu prowadzonego przez teologię i filozofię?
W wydanym w 1979 roku przez oficynę „Kyrios” we Fryzyndze zbiorze esejów Gottes Angesicht suchen. Betrachtungen im Kirchenjahr (pol. „Szukać oblicza Boga. Refleksje na rok kościelny”) kard. Ratzinger na kanwie rozważań związanych z kalendarzem liturgicznym poszukiwał odpowiedzi na zasadnicze pytania dotyczące głębszego sensu dziejów i zjawisk społecznych. Z kolei na początku października 1980 roku ks. Tischner, odpowiadając na prośbę delegacji powstającej „Solidarności”, rozpoczął przygotowanie homilii, którą wygłosił 19 października tegoż roku podczas mszy świętej dla związkowców sprawowanej w katedrze na Wawelu. Głównym celebransem liturgii był ks. prałat Stanisław Czartoryski. Zasadnicze wątki homilii znalazły się następnie w fundamentalnym zbiorze esejów ks. Tischnera Etyka Solidarności wydanym w 1981 roku. Stał się on jednym z najważniejszych komentarzy etycznych do ruchu, który trwale zmienił kształt Europy i świata.
Sąd bez miłosierdzia?
Przyszły papież, w swoich rozważaniach opublikowanych w 1979 roku, zajął się problemem występowania w życiu społecznym agresji. Skierowanej nie tylko wobec potocznie rozumianych „obcych”, ale również i po prostu – drugiego człowieka. Przemyślenia kard. Ratzingera wpisywały się w ówczesny kontekst historyczno-społeczny RFN. Starały się odpowiedzieć na pytanie o istnienie odpowiedzialności zbiorowej społeczności i narodów oraz odnieść się do koncepcji tzw. agregatowej formuły wroga. Przypisuje ona a priori danej grupie („im”) wyłącznie złe intencje i zamiary wobec „nas”. Arcybiskup Monachium reagował również na dziedzictwo ruchów kontestacji 1968 roku oraz pojawiające się w ich następstwie mechanizmy zbiorowego resentymentu i agresji wobec konkretnych grup – przedsiębiorców, funkcjonariuszy państwowych lub przedstawicieli elity intelektualnej. Niekiedy postawy te realizowane były w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w Niemczech Zachodnich w skrajnej formie ataków terrorystycznych i zamachów, uprawianych przez takie grupy jak Frakcja Czerwonej Armii (RAF). Jednakże po niemal półwieczu, pomimo zmiany kontekstu społecznego, refleksje te pozostają aktualne w uniwersalnym kontekście teologicznym i humanistycznym.
Kard. Ratzinger w sposób oryginalny połączył w omawianym zbiorze zjawiska winy, agresji i jej usprawiedliwienia. Zwrócił uwagę, że cechujące myślenie nowoczesne usunięcie z horyzontu Boga oraz pojęcia grzechu wiązało się z zakwestionowaniem chrześcijańskiego przebaczenia. Jako że rzeczywistość nie znosi pustki, w miejsce zanegowanych wartości pojawiły się mechanizmy zastępcze. Skoro nie ma już Boga, który przebacza i przezwycięża ludzką winę, świadomość zła obecna w ludzkim sumieniu musi zostać usunięta w inny sposób. Ratzinger ironicznie stwierdzał, że we współczesnym życiu społecznym powstały całe nowe gałęzie nauki zajmujące się usuwaniem pojęć winy i odpowiedzialności.
Najprostszym sposobem poradzenia sobie z niepożądaną winą jest znalezienie nowego, najczęściej zbiorowego „nosiciela” winy i skierowanie wobec niego zbiorowej emocji agresji. Ratzinger przypomniał, że narodowy socjalizm znalazł takiego „nosiciela” w Żydach, a kontestatorzy 1968 roku – w tradycyjnych normach moralnych i instytucjach życia zbiorowego. Usunięcie Boga i uczynienie centralnym podmiotem refleksji moralnej jedynie społeczeństwa ma według przyszłego papieża dwuznaczny charakter. Pojedynczemu człowiekowi trudno jest przebaczyć winę, za którą obciąża całe społeczeństwo. Ale też same społeczeństwa niekiedy nie czują zbiorowej potrzeby przebaczenia, zwłaszcza własnych, realnych win wobec jednostek i grup. Teolog dostrzegał jednak nie tylko historyczne źródła przemocy, lecz trwały mechanizm antropologiczny, powracający w różnych epokach i pod różnymi ideologicznymi postaciami.
Mechanizm współczesnego usprawiedliwienia nie jest więc w stanie bez Boga poradzić sobie z uzdrowieniem z winy. Zamiast tego próbuje unieważnić miłosierdzie, a winę wciąż lokalizować lub przenosić na nowe grupy, czyniąc je przedmiotem ataku i agresji. Ratzinger przyznaje, że taki mechanizm psychologiczno-społeczny, polegający na kanalizacji agresji i przenoszenia winy na zewnątrz nie czyni człowieka i społeczności wolnymi wewnętrznie. W jego przekonaniu jest to kolejne złudzenie współczesności, likwidujące przebaczenie i miłosierdzie. Złudzenie to powoduje w świecie i w samym człowieku kolejne, bolesne podziały.
Nie bez kozery kardynał połączył te refleksje ze sferą liturgii. Wejście we wspólny rytuał Kościoła, we wspólne działanie społeczne, w którym następuje objawienie Boga, a na samym jego początku doświadczamy wyznania win i przebaczenia, pomaga przezwyciężyć samotność nowoczesnych społeczeństw. Bez transcendencji nowoczesne społeczeństwa są narażone na nieustanny cykl przenoszenia winy na innych, zwłaszcza tych uznawanych za „obcych”, oraz na powracającą wobec nich agresję. Kolejne fazy roku liturgicznego prowadzą nas ku porzuceniu błędnych mechanizmów usprawiedliwienia i pomagają znaleźć właściwy sens dziejów i życia społecznego. W tym kontekście nie sposób nie pamiętać, że różnego rodzaju publiczne akty przebaczenia win i pojednania pomiędzy ludźmi, narodami i społecznościami w naszym regionie Europy miały nie tylko charakter symboliki politycznej lub wizerunkowej. Były przede wszystkim aktem liturgicznym – jak chociażby Msza Pojednania polsko-niemieckiego w Krzyżowej w listopadzie 1989 roku z udziałem premiera Tadeusza Mazowieckiego i kanclerza Helmuta Kohla.
Zrzucić maski, być dla drugiego
Jak można wyobrazić sobie odpowiedź ks. Tischnera na refleksje kard. z Monachium i pytania, które przyszły papież mógłby mu postawić? Obydwaj bowiem, wychodząc z nieco odmiennych perspektyw, zastanawiali się nad podobnymi problemami i doszli do zbliżonych wniosków.
We wspomnianej homilii na Wawelu 19 października 1980 roku Tischner zwrócił uwagę, że rodzący się ruch „Solidarności” (formalnie zarejestrowany przez władze PRL jako związek zawodowy dopiero niecały miesiąc później) zainspirowany Ewangelią nie potrzebuje poszukiwać wroga, aby definiować swoją tożsamość. Zwraca się bowiem do wszystkich, ale nie przeciw komukolwiek. Jest więc przede wszystkim głęboką więzią i solidarnością sumień, odkrytą przez ludzi dotychczas względem siebie anonimowych. Niekiedy sobie obojętnych lub wręcz wrogich, poróżnionych na zasadzie „dziel i rządź” i sprzecznymi interesami lub arbitralnie uzyskanymi korzyściami. Odkrycie solidarności sumień pozwala stanąć człowiekowi w prawdzie, pokazać się takim, jakim rzeczywiście jest. Słabym i ułomnym, ale jednocześnie zdolnym do solidarności z innymi. – Ludzie odrzucają maski z twarzy, wychodzą z kryjówek, ukazują prawdziwe twarze. Spod prochu i zapomnienia wydobywają się na jaw ich sumienia. Jesteśmy dziś tacy, jacy naprawdę jesteśmy. Wierzący są wierzącymi, wątpiący wątpiącymi, a niewierzący niewierzącymi. Nie ma sensu grać cudzych ról – mówił w krakowskiej świątyni.
Czy często nie jest tak, że to właśnie sztuczne maski, stereotypy i ufundowane na nich błędne przeświadczenia wzmagają międzyludzką niechęć i nienawiść? Ks. Tischner zwrócił dalej uwagę, że panaceum na nienawiść, niechęć i podział stanowi solidarność. Rozumiana jako zatroskanie o drugą osobę. To zatroskanie jest wyrazem miłości, podejmowanej – jak każda miłość, w wolności i przez ludzi wolnych, nie zaś z przymusu. Autor Historii filozofii po góralsku proponuje przy tym pewne odwrócenie hierarchii życia społecznego, które może w konsekwencji zdemontować nienawiść, osłabić niechęć, wyciszyć agresywny resentyment. Zamiast ustawienia w pierwszym rzędzie „ja” – co będzie grozić egoizmem, lub „my” – niosącego niebezpieczeństwo tworzenia tożsamości plemiennej, warto skoncentrować się na „dla niego”. Powstanie solidarnej wspólnoty jest zawsze wtórne wobec wspólnego dostrzeżenia cierpienia lub złej doli innych.
Właściwą przestrzenią życia społecznego i politycznego jest w tej optyce miejsce wolnych działań współczesnych Samarytan, którzy, jak ten z przypowieści ewangelicznej – „gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go” (Łk 10, 33–34). Solidarność i miłosierdzie są w tym spojrzeniu kluczem stosunku do „innego”. Rozbrajają względem niego obcość i wrogość. Solidarność pojawiająca się w miejsce wrogości łączy ze sobą wszystkich odpowiadających na cierpienie drugiego. Takich solidarnych odpowiedzi na cierpienie mieliśmy w naszej najnowszej historii już wiele przykładów, zwłaszcza tuż po 24 lutego 2022 roku. Warto w chwilach zwątpienia, rozczarowania, zmęczenia – wciąż do nich wracać jako do momentów epifanii solidarności sumień.
Być może w słabnącej świadomości teologicznej, liturgicznej i etycznej, a zarazem w nowoczesnych, dużo silniejszych niż w czasach Ratzingera i Tischnera cyfrowych mechanizmach wzmacniających zbiorowe oburzenie i przenoszenie winy, znajdują się źródła współczesnego kryzysu relacji międzyludzkich, rodzenia się nienawiści oraz deficytów solidarności. Refleksja podjęta przed kilkudziesięciu laty przez niemieckiego teologa i polskiego filozofa wciąż wymaga kontynuowania i praktycznej realizacji.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.







