Przyjaciele kontra skąpcy

Konflikt interesów między unijnymi bogaczami a państwami na dorobku staje się coraz poważniejszy. Ci pierwsi chcą zmniejszyć wydatki na politykę spójności oraz na wspólną politykę rolną. To zła wiadomość dla Polski. Ale sprawa nie jest przegrana.
Czyta się kilka minut
Liderzy państw Unii Europejskiej podczas szczytu w Brukseli 27 czerwca 2024 r. To właśnie szefowie rządów podejmują kluczowe decyzje dotyczące strategii unijnej oraz kierunków integracji europejskiej | Fot. Thierry Monasse/REPORTER/East News
Liderzy państw Unii Europejskiej podczas szczytu w Brukseli 27 czerwca 2024 r. To właśnie szefowie rządów podejmują kluczowe decyzje dotyczące strategii unijnej oraz kierunków integracji europejskiej | Fot. Thierry Monasse/REPORTER/East News

Mniej więcej co siedem lat w Unii Europejskiej rozpoczyna się gorąca dyskusja na temat kolejnej perspektywy finansowej. Obecna trwa do końca 2027 roku, więc projekt nadchodzących ram finansowych powinien zostać przyjęty przez szefów rządów państw członkowskich jeszcze w tym roku. Problem w tym, że konflikt interesów między unijnymi bogaczami a państwami na dorobku staje się coraz bardziej poważny. Zjednoczona Europa przeszła już niejeden spór, więc zapewne i w tym przypadku kraje członkowskie finalnie dojdą do porozumienia. Prawdopodobnie będzie to jednak kompromis trudny do przełknięcia dla wszystkich.

Atut w Komisji

Nadchodzące Wieloletnie Ramy Finansowe (WRF) obejmą lata 2028–2034. Aktualny budżet unijny opiewa na 1,2 biliona euro, lecz był negocjowany jeszcze przed pandemią, więc w zamierzchłych czasach niskich cen i ogólnej beztroski. Przyszłe ramy muszą być odpowiednio wyższe, by realnie nie ważyć mniej. Skutki pandemii częściowo skompensował dodatkowy Fundusz Odbudowy (w Polsce znany jako KPO) o wartości 750 mld euro, z czego jednak ponad połowa była w formie preferencyjnych pożyczek. Aktualne WRF są bardzo korzystne dla Polski, która otrzymała łącznie aż 106 mld euro, czyli prawie pół biliona złotych (kwota ta nie uwzględnia pieniędzy z KPO).

Zdecydowanie największą część środków unijnych, które popłynęły nad Wisłę, stanowił fundusz spójności wyrównujący różnice w poziomie rozwoju między poszczególnymi członkami UE. Jako kraj zarówno duży, jak i pozostający w tyle, otrzymaliśmy największą kwotę ze wszystkich beneficjentów polityki spójności – ponad 72 mld euro. Dla polskiej wsi jeszcze ważniejsze są jednak pieniądze ze Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), czyli kolejnego filaru unijnego budżetu. Do właścicieli gruntów rolnych popłynęło ponad 31 mld euro. Kwoty te uzupełnił klimatyczny Fundusz Sprawiedliwej Transformacji, z którego nadwiślańskie regiony otrzymały ponad 3 mld euro.

Jest więc o co walczyć. Teoretycznie Polsce powinno być łatwiej, gdyż aktualny komisarz Komisji Europejskiej znad Wisły, Piotr Serafin, jest odpowiedzialny za unijną kasę, administrację publiczną oraz zwalczanie nadużyć finansowych. Do jego zadań należy m.in. „opracowanie nowego podejścia, które zapewni, że budżet UE będzie nowoczesny i oparty na solidnych podstawach”, a także „przekształcenie budżetu opartego na programach w budżet oparty na strategiach politycznych”. Problem w tym, że rola komisarza jest ograniczona. Członek KE nie powinien kierować się partykularnym interesem swojego kraju, lecz dobrem całej Wspólnoty. Oczywiście w praktyce bywa różnie, nie zmienia to faktu, że Serafin nie może wprost walczyć o interesy Warszawy. Co najwyżej może promować taki kierunek zmian, który nie będzie dla Polski niekorzystny. To już jest coś – niewątpliwie stanowisko Serafina, jak i sam komisarz, który jest bardzo doświadczonym i sprawnym urzędnikiem, to znaczący polski atut w nadchodzących negocjacjach.

Pytanie, czy ten as w rękawie zostanie wykorzystany, gdyż nad Komisją stoi najważniejszy organ w UE, czyli Rada Europejska. To odbywający się regularnie szczyt liderów państw członkowskich, który podejmuje najważniejsze decyzje dotyczące strategii unijnej oraz kierunków integracji europejskiej. UE to wciąż organizacja międzynarodowa, a nie państwo, więc to szefowie rządów mają w niej do powiedzenia najwięcej. Niestety w kwestii finansów wśród unijnych liderów zgody jak na razie brakuje.

Walka na listy

Projekt Komisji Europejskiej zakłada, że kolejne WRF sięgną niespełna dwóch bilionów euro. To oczywiście ogromna kwota, jednak wyzwań stojących przed Europą jest bez liku. Poprzednia prezydencja cypryjska zaproponowała korektę projektu KE o 2 proc. w dół, chociaż postulowała przy tym podniesienie środków w polityce spójności o 5 mld euro. Byłoby to do przyjęcia dla większości beneficjentów unijnych funduszy, jednak nie dla tzw. płatników netto. Sześciu szefów rządów wysłało list skierowany do premiera Irlandii, czyli kraju sprawującego obecną prezydencję, by dokonać w budżecie znacznie głębszych zmian.

Liderzy Niemiec, Austrii, Danii, Holandii, Szwecji i Finlandii stwierdzili, że propozycja KE podnosząca unijny budżet nominalnie o ponad 60 proc. jest zupełnie nierealna. Sygnatariusze listu domagają się znacznego przycięcia przyszłych WRF, gdyż większość państw UE przechodzi obecnie duże problemy fiskalne, zmagając się z wysokim zadłużeniem publicznym. Przeciętny dług publiczny w UE to 80 proc. PKB, więc statystycznie cała Europa nie przestrzega przyjętego przez siebie Traktatu z Maastricht, który zobowiązuje członków Wspólnoty do utrzymywania długu poniżej progu 60 proc. Poza tym „oszczędna szóstka” postuluje także istotne przesunięcia. Autorzy odezwy proponują, by priorytetowo traktować kwestie bezpieczeństwa, konkurencyjności oraz ochrony granic. Wszystkie te trzy kwestie nie stanowią obecnie w Europie szczególnej kontrowersji. Logiczne jest jednak, że skoro budżet ma być mniejszy, a nakłady na bezpieczeństwo i gospodarkę większe, to inne obszary muszą bardzo ucierpieć. Chodzi o politykę spójności oraz wspólną politykę rolną, czyli dwa kluczowe dla Polski źródła pieniędzy z UE.

W reakcji na list „sześciu skąpców” pojawiła się jeszcze większa inicjatywa. „Przyjaciele spójności”, czyli głowy 17 państw UE z Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej – w tym oczywiście Polski – kategorycznie sprzeciwiają się drastycznemu ograniczeniu obu filarów unijnego budżetu. Według nich, polityka spójności i wspólna polityka rolna już w pierwotnym projekcie KE uległy cięciom w ujęciu realnym. „Ich dalsza redukcja nie doprowadziłaby do modernizacji budżetu UE; jedynie by go osłabiła i mogłaby podważyć poparcie społeczne dla projektu europejskiego” – piszą sygnatariusze dokumentu.

Zmiana planów

„Przyjaciele spójności” zgodzili się z szóstką „dusigroszy”, że UE musi zmierzyć się z wyzwaniami związanymi z obronnością i konkurencyjnością. Według krajów siedemnastki, stawianie czoła nowym zagrożeniom nie może się jednak odbyć kosztem polityk, które pozostają filarem integracji europejskiej. Orędownicy wysokiego budżetu chcą, by wydatki na regiony i rolnictwo w kolejnych WRF zostały utrzymane na poziomie postulowanym przez prezydencję cypryjską.

W sukurs przyszła im szefowa KE Ursula von der Leyen, która 6 października w Parlamencie Europejskim przestrzegła przed próbą ograniczenia unijnego budżetu. Zaznaczyła, że projekt Komisji opiewa na zaledwie 1,26 proc. unijnego PKB, więc jego odchudzenie oznaczałoby osłabienie Europy w krytycznym okresie. Von der Leyen przypomniała również, że propozycja KE zakłada zapewnienie UE nowych dochodów własnych. I tu pojawia się zgrzyt, gdyż wśród tych nowych źródeł wpływów do unijnej kasy znalazły się również opłaty za emisję dwutlenku węgla, które obecnie trafiają do budżetów krajów członkowskich. A to już przyjaciołom spójności zapewne się nie spodoba. Szefowa KE wymieniła również priorytety UE na nową siedmioletnią perspektywę. Są to obronność i bezpieczeństwo, konkurencyjność, rozwój i regulacja sztucznej inteligencji, rozbudowa infrastruktury energetycznej, surowce krytyczne, innowacyjność, rozszerzenie UE oraz partnerstwa międzynarodowe. Polityka klimatyczna i Zielony Ład zostały więc po cichu zdjęte ze sztandaru, co dobrze obrazuje obecny duch dziejów, w którym ambitne cele i wartości zostały zastąpione przez globalną rywalizację.

Jest oczywiste, że nadchodzący budżet UE nie będzie już tak korzystny dla Polski jak obecny. W ostatnich siedmiu latach kraj wyraźnie się rozwinął i zbliżył pod względem PKB na głowę do średniej UE. Polska musi więc znaleźć nowy pomysł na siebie, gdyż obecne motory wzrostu powoli będą odchodzić w zapomnienie.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 42/2026