By po stracie żyć dalej

Żałoba na pewno nie trwa rok, jak głosi mit. Znamy wiele mitów dotyczących żałoby i zależy nam na tym, żeby je odkłamać. Takie tezy szkodzą tym, którzy doświadczają żałoby inaczej, a wydaje im się to nienormalne – z dr. Piotrem Kiembłowskim i Bogną Sayną z Fundacji Nagle Sami rozmawia Małgorzata Bilska
Czyta się kilka minut
fot. Jacob Wackerhausen/Getty Images
fot. Jacob Wackerhausen/Getty Images

Od 15 lat pomagacie ludziom, którzy doświadczają straty bliskiej osoby: macie grupy wsparcia, telefon zaufania, gdzie każdy znajdzie pomoc. Dodaliście do tego badania naukowe, co pokazuje duży profesjonalizm. Co Wam dał raport z badań Jak przeżywamy żałobę? – chyba pierwszy w kraju na ten temat?

PIOTR KIEMBŁOWSKI: Od początku istnienia fundacji widzieliśmy lukę w wiedzy na temat żałoby. To, jak patrzy się na nią w społeczeństwie, jest często sprzeczne z opiniami, jakie słyszymy od osób, które szukają pomocy. Doświadczeń, z jakimi się spotykamy w naszej pracy, nie ma ani w przestrzeni publicznej, ani w badaniach czy publikacjach. Błąkała się gdzieś między ludźmi jedna książka, wydana jeszcze pod koniec lat 70. XX wieku – Rozmowy o śmierci i umieraniu Elizabeth Kübler-Ross. Niestety, zawiera fałszywy model etapów żałoby, gdyż autorka wprost przeniosła go z walki z chorobą nowotworową. Nasze doświadczenie jest więc takie, że „pacjenci” (czy „klienci”) zachowują się zupełnie inaczej – i nikt o tym nie mówi.

Mam stopień naukowy, wiele lat pracowałem w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, a wcześniej – na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, dlatego od lat starałem się gromadzić wiedzę i dane na ten temat. W końcu przeprowadziliśmy badania. 

One są jakościowe, nie ilościowe? Próba nie jest reprezentatywna dla populacji Polaków, ale bardzo dużo dowiadujemy się na temat żałoby od osób, które wzięły w nich udział. 

PK: Tak, raport nie stanowi diagnozy społecznej. To przyczynek do dyskusji i dalszych analiz, do refleksji nad problematyką przeżywania żałoby. Mimo że udział w badaniach wzięło prawie 500 osób, to ponad 90 proc. stanowią kobiety, one najczęściej szukają u nas wsparcia. Męska żałoba jest ukrywana.

BOGNA SAYNA: Do badań zaprosiliśmy przede wszystkim osoby, które korzystały z pomocy naszego ośrodka. Ogromna przewaga kobiet wzięła się stąd, że one do nas przychodzą. To samo widać w statystykach osób dzwoniących na nasz telefon wsparcia. 

Jednym z głównych celów było lepsze poznanie potrzeb i uczuć osób w żałobie, a także samego procesu, na przykład jego długości. W Fundacji Nagle Sami pomagamy osobom na różnych etapach żałoby i badanie potwierdza, że nie można wskazać jednoznacznie, ile ona trwa, pojawiają się różne dane, np. że to około trzech lat, co przeczy potocznym przekonaniom o roku trwania żałoby. Czas zależy od człowieka. I od więzi z osobą, której już nie ma.

Jednak liczba trzech lat w raporcie się pojawia. 

PK: Ująłbym to inaczej – żałoba na pewno nie trwa rok, jak głosi mit. Znamy masę mitów dotyczących żałoby i zależy nam na tym, żeby je odkłamać. Takie tezy szkodzą tym, którzy doświadczają żałoby inaczej, a wydaje im się to nienormalne. Po demitologizacji zdejmujemy z nich presję oczekiwań i powinności. 

Jakie są inne mity?

PK: Kiedy rozmawiam z osobami starszymi, zwłaszcza wychowanymi w środowisku wiejskim zaraz po migracjach powojennych, wspominają katalog norm. Wpojono im, że żałoba ma trwać rok, a w przypadku śmierci bliskiego członka rodziny należy w tym czasie nosić się wyłącznie na czarno. Nie wolno iść na potańcówkę, bo to grzech ciężki. Po cioci czy stryjku żałoba ma jeszcze inne obostrzenia. 

To był katalog kościelny? Nie znam takiego grzechu…

PK: Moim zdaniem nie, rzecz wymaga badań. To raczej tradycja – niesiona z pokolenia na pokolenie, która przetrwała do dzisiaj. Nasze przesłanie po badaniach jest następujące: żałoba ma trwać tyle, ile czasu potrzebuje konkretny człowiek. Każdy przeżywa ją inaczej. 

Istnieje chyba problem żałoby zbyt głębokiej, kiedy ktoś nie jest w stanie pogodzić się ze stratą. 

PK: Ale to nie jest kwestia ilości czasu. Jedynym kryterium oceny jest to, czy osoba potrafi wrócić do życia; do pracy, opieki nad dziećmi i codziennych obowiązków. Jeżeli człowiek zagraża sobie, wtedy konieczna staje się interwencja psychologa lub psychiatry; farmakoterapia. Ale to nie ma związku z długością trwania żałoby. 

Mottem naszej fundacji jest zdanie: „By móc żyć dalej”. Osoby, które wymagają głębszej interwencji (można ich stan porównać do PTSD, tj. zespołu stresu pourazowego, ang. Post Traumatic Stress Disorder), nie umieją po stracie żyć dalej. Nie mają jakby dwóch „zbiorników”, przestrzeni funkcjonujących równolegle. Jedna jest na to, by móc przeżywać ból po stracie, druga pozwala mi wrócić do roli rodzica czy pracy zawodowej. Jeśli jestem w stanie przełączyć się z jednej do drugiej, żyję dalej, choć ból może być ogromny i wcale się nie zmniejszać. Do końca życia.

BS: Raport powstał po to, żebyśmy mogli lepiej, bardziej odpowiedzialnie i skutecznie wspierać osoby, które potrzebują pomocy. Tak poznajemy ich potrzeby. Dla mnie ta wiedza jest ważna, bo muszę wiedzieć, jak z nimi na co dzień rozmawiać. Prowadzimy też edukację w tym zakresie. Wsparcie psychologiczne i terapia to nie są jedyne obszary, w których działamy. 

Z osobą po stracie trzeba rozmawiać! Ona tego potrzebuje. Niestety, dość często słyszymy, że po pogrzebie inni zaczynają unikać osoby w żałobie. Pogrzeb wymaga aktywności, organizacji itd. Najgorszy okres zaczyna się później, kiedy ludzie złożą wyrazy współczucia i uznają, że lepiej się odsunąć, dać przestrzeń. Uczymy też tego, jak towarzyszyć ludziom, którzy muszą sobie z żałobą radzić. 

PK: To kolejny mit – człowiek po stracie chce być sam i płakać. Czasem się zdarza, że po stracie ktoś ma ciężkie stany subdepresyjne. Zmienne nastroje, nieprzewidywalne itd. W raporcie wyszło, na różnych poziomach, jak ważne jest towarzyszenie. Bliscy po stracie są często podwójnie straumatyzowani, po pierwsze – z powodu odejścia osoby bliskiej, po drugie – bo otoczenie traktuje ich jak „trędowatych”. Ludzie mają mechanizmy obronne w takich sytuacjach. Wszyscy boimy się śmierci…

Warto dodać, że tzw. trwoga przed śmiercią pojawia się w rozwoju około 11 roku życia. W tym wieku dziecko zaczyna rozumieć, że śmierć jest ostateczna (chyba że wcześniej miało miejsce jakieś tragiczne wydarzenie). Jeśli tłumaczymy dziecku, że ktoś „poszedł do nieba”, „jest u aniołków”, ono tego do końca nie wie. Przychodzi moment, w którym zdaje już sobie sprawę z faktu, że śmierć jest nieodwołalna. Dziecku w ogóle trudno jest towarzyszyć – ono też bywa opuszczane. 

Dawniej żałobę przeżywano głównie we wspólnocie, śmierć przychodziła w domu, pośród  bliskich, podczas gdy dziś to bywa szpital, hospicjum. A zwyczaje były faktycznie dziwne, na przykład zmarłym robiono zdjęcia w trumnie. Nie tylko w Polsce. 

PK: Specyficznie polską tradycją były portrety trumienne szlachty, to ewenement w skali globu. Tym bardziej że niektóre prezentują niesamowicie wysoki poziom artyzmu. Są historycy sztuki, którzy zajmują się wyłącznie analizą tych dzieł. 

Artystom łatwiej wyrazić uczucia (weźmy choćby Treny Jana Kochanowskiego). Żałoba to są przede wszystkim emocje. W raporcie dominują smutek i pustka. Pewnie dlatego tak trudno sobie z nimi poradzić mężczyznom. Kobietom kulturowo zabraniano czuć złość, a im – strach, smutek, bezradność. A przecież nie ma emocji dobrych i złych, bo one nie zależą od woli; nie podlegają ocenie moralnej, co podkreśla nauczanie Kościoła. Każda jest informacją, za każdą stoi jakaś potrzeba. Dobre i złe są zachowania, ale tu – płacz po stracie jest normą.

PK: Raport zaczyna się rozdziałem o emocjach. To są pustka, smutek, przygnębienie. U osób wierzących często pojawia się złość, bunt. Najgorsze, co można wtedy powiedzieć, to „Bóg tak chciał”. Bóg nigdy nie chce cierpienia człowieka, takie zdania są po prostu manipulacją. 

BS: Jest też sporo uczuć, których ludzie się wstydzą (wstyd też jest emocją!). Kiedy ktoś na przykład umiera po długiej chorobie, pojawia się ulga. I ona jest naturalna, normalna. Nie świadczy o nas źle! Ludzie jednak wstydzą się tych uczuć, bo im wpojono, że są społecznie nieakceptowalne. 

PK: Kiedy opuszczamy osobę po stracie, bo nie wiemy, jak jej towarzyszyć, pustka się jeszcze pogłębia. Brak często zgody na odczuwanie emocji, ich wyrażanie. Najgorsze jest udawanie. I ucieczka.

Czego osoba w żałobie potrzebuje? 

PK: Obecności. Dostępności. Prostych gestów – przyniosę zupę, żeby nie trzeba było jej gotować. Zabiorę dzieci na spacer. Akceptacji dla zmiennych nastrojów i tego, że jednego dnia ktoś ma się lepiej, już się uśmiecha, a potem znów płacze. 

BS: Żałoba pojawia się falami. I to jest trudne. Nawet kiedy wrócimy do życia, przychodzą urodziny osoby, która zmarła, rocznica ślubu, Wszystkich Świętych czy Boże Narodzenie i wszystko wraca. Trzeba to przyjąć i się nie dziwić, nie oceniać. Czasem kobieta cierpi, bo szykuje ślub córki, a męża przy niej nie ma. 

Na pewno to, co irytuje i zniechęca do rozmowy, to pocieszanie (wszystko będzie dobrze, jakoś się ułoży itp.) i doradzanie (idź do pracy, rozerwij się, przestać już płakać). Eksperci od komunikacji nazywają je barierami komunikacyjnymi. Co zamiast?

PK: Tak, ale gdy ktoś potrzebuje rady, to dajmy. Trzeba pytać: czego potrzebujesz? Jak cię wesprzeć? Usłyszeć to, co dana osoba po stracie nam komunikuje. Obecność i słuchanie wymagają czasu, cierpliwości. W epoce ciągłego pędu, życia w biegu, chcemy wszystko przyspieszyć, podczas gdy żałoba musi trwać. Tłumienie uczuć może mieć tragiczne skutki. Ludzie radzą sobie z emocjami na różne sposoby, czasem je zamrażają. Nie chcą czuć, nie mają języka, który pozwala je nazwać i wyrazić. Najtrudniej jest mężczyznom, którzy zamiast rozmawiać, zaczynają często uciekać w alkohol lub inne destrukcyjne zachowania. Zamrażanie uczuć sprawia, że tracimy z nimi kontakt, co uniemożliwia budowanie z kimś bliskich, głębokich relacji. Jesteśmy też niezdolni do empatii, współodczuwania z drugim. 

BS: Właśnie zaczynamy nowy projekt, tym razem dla szkół. Zdarza nam się prowadzić w klasach interwencje kryzysowe po samobójczej śmierci ucznia, ale wiemy też, że niemal w każdej klasie jest dziecko, które straciło rodzica lub rodzeństwo. Jak dać dziecku wsparcie? Jak mu towarzyszyć, skoro w szkole spędza czasem więcej czasu niż w domu? 

Czasem na pogrzebie pojawiają się prośby, aby nie kupować kwiatów, lecz ofiarować coś na hospicjum. Można tak wesprzeć nasz projekt, gdyż realnie pomagamy wielu dzieciom – a poza nami nikt tego nie robi. Jeśli – przykładowo – umrze ktoś z rodziców, w domu zostaje jedna pensja. Pomoc psychologa jest droga, na terapię darmową czeka się bardzo długo w kolejce. Prowadzimy bezpłatny telefon wsparcia 800 108 108, ale edukować chcemy w tym przypadku na miejscu. Jeśli ktoś zechce nas wesprzeć, będziemy wdzięczni. Dziecko nie powinno być w żałobie samo. A szkoła też zwykle nie wie, czego ono potrzebuje…

PIOTR KIEMBŁOWSKI

Doktor psychologii, psychoterapeuta, trener biznesu, nauczyciel akademicki, członek Rady Fundacji Nagle Sami

BOGNA SAYNA

Liderka komunikacji Fundacji Nagle Sami

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 44/2026