Listopad ma swój nastrój. Krótkie dni, nagie drzewa, chłód. Na cmentarzach płoną znicze, w kościołach trwają modlitwy za zmarłych. Wracają twarze tych, których kochaliśmy – jedne wyraźne, inne zacierające się w pamięci. Jesień przypomina o przemijaniu, o którym przez resztę roku łatwo zapomnieć.
Jeśli jesteście podobni do mnie, czujecie wtedy sprzeczne uczucia. Smutek, bo ktoś odszedł i nie usiądzie już z nami przy stole. Radość, bo wierzymy w zmartwychwstanie. I lęk, którego nawet głęboka wiara nie rozwiewa do końca. Czy naprawdę nie boję się śmierci? Czy spokojnie przyjąłbym wiadomość, że moje dni dobiegają kresu?
Nie jestem pewien. Kocham życie i ludzi, z którymi chciałbym pobyć dłużej. Gdyby medycyna ofiarowała mi dodatkowe 20 lat w dobrym zdrowiu, zapewne przyjąłbym je z wdzięcznością. Nie widzę w tym sprzeczności z wiarą. Chęć długiego życia może być formą dziękczynienia za dar istnienia. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy z pragnienia robimy żądanie, a z nadziei na życie wieczne – projekt technologiczny.
Nieszczęśliwi nieśmiertelni
Jonathan Swift, autor Podróży Guliwera, opisał w XVIII wieku Struldbruggów, dziwnych mieszkańców krainy Luggnagg. Rodzili się wśród zwykłych ludzi, naznaczeni znakiem na czole, i nie mogli umrzeć. Guliwer był zachwycony. Ile książek można przeczytać przez kilkaset lat, ile zdobyć wiedzy i majątku! Nieśmiertelni mogliby przekazywać potomnym swoją mądrość. Wkrótce jednak odkrył coś przerażającego. Struldbruggowie nie umierali, ale starzeli się jak inni. Tracili zdrowie, pamięć i przyjaciół. Z czasem przestawali rozumieć nawet mowę młodszych pokoleń. Po osiemdziesiątce prawo uznawało ich za zmarłych, choć ciągle oddychali. Stawali się obcymi we własnym kraju. To, co Guliwer początkowo brał za błogosławieństwo, okazało się klątwą.
Swift zadał pytanie zaskakująco współczesne: czy rzeczywiście pragniemy żyć wiecznie, czy raczej chcemy zachować na zawsze młodość, zdrowie i wszystko, co nadaje życiu smak? Dzisiejsi gerontolodzy dobrze znają tę różnicę. Długość życia, czyli lifespan, odróżniają od healthspan – lat przeżytych w dobrej kondycji. To drugie pociąga nas bardziej.
Cyborg nosi okulary
Ulepszanie natury od dawna należy do ludzkich ambicji. Konstruujemy protezy, wymieniamy stawy, wspieramy serce. Filozof Andy Clark, autor książki Natural-Born Cyborgs, dowodzi, że człowiek z natury łączy swoje możliwości z technologią. Aby pojąć tę myśl, wystarczą okulary. Noszę je nie po to, by stać się kimś więcej niż człowiekiem, lecz by lepiej widzieć. Osoba z rozrusznikiem serca również chce po prostu żyć. Gdzie więc wytyczyć granicę? Czy sztuczna soczewka jest dopuszczalna, a sztuczna siatkówka już nie? Dlaczego można wymienić biodro, a nie wolno marzyć o narządzie wyhodowanym w laboratorium?
Nie każda ingerencja w naturę godzi w człowieczeństwo. Świadczy o tym historia medycyny. Warto jednak odróżniać leczenie od nieograniczonego udoskonalania zdrowego człowieka. Linia podziału bywa niewyraźna, ale to nie znaczy, że jej nie ma. Troska o umiar nie traci sensu nawet wtedy, gdy możliwości rosną z roku na rok.
Laboratorium długowieczności
Nauka otwiera drzwi, które jeszcze niedawno należały do fantastyki. Badacze analizują mechanizmy starzenia się komórek, uszkodzenia DNA i zaburzenia metabolizmu. Sprawdzają senolityki, które mają usuwać część starzejących się komórek, badają rapamycynę i metforminę, próbują częściowo przeprogramować komórki. Wyniki doświadczeń na zwierzętach bywają obiecujące, lecz nie dowodzą skuteczności u ludzi.
Tymczasem rozrasta się rynek drogich leków, suplementów i zabiegów, a nie wszystkie mają oparcie w nauce. Nie opracowano jeszcze uznanej terapii, która pozwalałaby zatrzymać starzenie albo osiągnąć biologiczną nieśmiertelność.
Zwolennicy krioniki przechowują ciała zmarłych w ekstremalnie niskich temperaturach, licząc na ich przyszłe wskrzeszenie. Czy to kiedykolwiek się uda? Wątpię. Futuryści myślą o przeniesieniu świadomości do komputera, ale czy cyfrowa kopia moich wspomnień byłaby mną? Tu również mam poważne zastrzeżenia.
Kto będzie żył dłużej?
Kto skorzysta z technologii radykalnie wydłużających życie? Wszyscy czy tylko najzamożniejsi? Wyobraźmy sobie, że bogaci kupują dziesiątki lat sprawności, a ubożsi umierają na choroby, którym można zapobiec. Nierówność majątkowa przybrałaby wtedy najdotkliwszą postać: nierówność w długości życia.
Z drugiej strony wiele terapii bywało na początku drogich, a potem stawało się powszechnie dostępnych. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Dlatego odruchowe potępianie tych badań mnie nie przekonuje. Bardziej niepokoi mnie świat, w którym pieniądze wydawane na obietnice nieśmiertelności odciągają uwagę od ludzi potrzebujących pomocy dziś.
Nie ufam ani tym, którzy każdą nowość nazywają zamachem na boski porządek, ani tym, którzy traktują śmierć jak usterkę techniczną. Jedni zbyt szybko ucinają dyskusję, drudzy zbyt łatwo wierzą we własną wszechmoc. Wyłania się stąd kwestia moralnego ładu naszych ambicji. Czy chcemy przedłużać życie, bo jest cenne, czy dlatego, że nie umiemy się pogodzić z granicami własnej władzy?
Wieczność to nie nieskończony listopad
W encyklice Spe salvi Benedykt XVI pochylił się nad paradoksem ludzkiej tęsknoty za nieśmiertelnością. Chcemy oddalić śmierć, lecz życie bez końca, w znanej nam postaci, mogłoby stać się nie do zniesienia. Papież przywoływał św. Ambrożego, według którego śmierć bywa lekarstwem, bo życie w ciągłym trudzie i cierpieniu stałoby się zbyt wielkim ciężarem. Do podobnej intuicji doszedł Swift. Benedykt XVI pisał, że wieczność nie jest nieskończonym ciągiem dni. Ukazywał ją jako pełnię życia i miłości, której nie dotyka przemijanie. Technika może dać nam więcej czasu. Chrześcijaństwo obiecuje coś innego – życie, którego pełnia nie zależy od zegara.
Chrześcijanin może leczyć choroby i pragnąć długich lat. Nie powinien jednak utożsamiać ludzkiej zaradności ze zbawieniem. Zmartwychwstanie nie jest przecież wyjątkowo udanym zabiegiem medycznym. Jest przemianą człowieka, której żadne laboratorium nie dokona.
Ile życia wystarczy?
Co zrobiłbym z dodatkowym stuleciem? Przeczytałbym więcej książek, zwiedził kawał świata, poznał nowe dziedziny nauki? A może naprawiłbym kilka relacji i uniknął błędów, na które dzisiaj patrzę z żalem? Skąd jednak pewność, że naprawdę by tak było? Może po prostu miałbym więcej czasu na odkładanie ważnych rozmów i decyzji. Raz po raz łapię się na tym, że żyję, jakbym miał przed sobą całą wieczność.
Nie idealizuję śmierci. Wiem, czym jest żałoba. Nie wierzę, że każdy koniec przychodzi w odpowiednim momencie. Przedwczesna śmierć dziecka albo młodego rodzica pozostaje tragedią, a mądre wywody o naturalnym porządku rzeczy brzmią wtedy okrutnie. Dlatego kibicuję medycynie, która pomaga żyć dłużej i lepiej. Chciałbym tylko, żebyśmy w pogoni za kolejnymi latami nie zapomnieli, po co nam one.
Myślami wędruję na listopadowy cmentarz. Do zniczy i nazwisk na kamiennych płytach. Jedni dożyli dziewięćdziesiątki, inni nie doczekali dorosłości. Same daty nic jeszcze nie mówią o wartości ich życia. Patrzę na te groby i wiem, że nie pragnąłbym losu Struldbruggów. Chciałbym raczej dobrze przeżyć czas, który mi pozostał. Kochać ludzi, za których odpowiadam. Być komuś potrzebnym. Umieć przeprosić i przebaczyć. Nie przegapić tego, co najważniejsze.
A gdy ten czas się wypełni, zostaje nadzieja, którą listopad przywołuje wyjątkowo mocno: śmierć nie musi być ostatnim słowem o człowieku. Nie dlatego, że kiedyś zdołamy ją skutecznie oszukać, lecz dlatego, że wierzymy w zmartwychwstanie.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









