Moja chodząca do podstawówki córka powiedziała mi niedawno, że nie wie, czy chce być wierząca. Znam też rodziców, którzy latami wychowywali dzieci po chrześcijańsku, aż usłyszeli, że nie chcą one mieć z Kościołem nic wspólnego. Ponieśli porażkę jako rodzice i chrześcijanie?
– Po pierwsze nie wiesz, co będzie za pięć czy dziesięć lat, nie wiemy, jaka będzie droga naszych dzieci. To trochę pokusa naszych czasów, że chcemy natychmiast stawiać diagnozy i widzieć efekty.
Gdy na różnych spotkaniach zadaję podobne do Twojego pytanie, zawsze wśród kilkudziesięciu katolików znajdzie się kilkunastu, którzy mówią, że to również ich problem. Kim jesteśmy, by wyrokować, czy ponieśli porażkę?
Oni zresztą zazwyczaj sami się oskarżają. Przez lata słyszeli, że mają wychować dzieci do wiary, a podczas ślubu, przed Bogiem uroczyście przysięgali „przyjąć i po katolicku wychować potomstwo” i nagle ich nastolatek („grunt to bunt”) nie chce mieć nic wspólnego z instytucją Kościoła. Zaczynają pytać: „Co zrobiliśmy nie tak?”. Doskonale rozumiem podłoże tego pytania, ale myślę, że nie powinni w żadnym razie wchodzić w samooskarżenie, rozdrapywanie ran. Przyznam, że nie słyszałem często z ambony, że wychowujemy dzieci przede wszystkim do wolności wyboru. Bóg ma synów i córki, ale nie ma wnuków.
Za tym kryje się chyba jeszcze inny lęk. Rodzice zastanawiają się, czy skoro dziecko, które tak kochają, przestało wierzyć albo oddaliło się od Kościoła, zostanie zbawione? A może pójdzie do piekła? Jak pogodzić tę troskę ze świadomością, że nie możemy przejść za dziecko jego drogi wiary?
– Pisałem kiedyś tekst o „Monikach”, matkach, które bardzo długo, często we łzach, czekały na powrót dzieci do Kościoła. Łączyło je jedno doświadczenie: im bardziej się starały... tym było gorzej. A bunt, choć w Kościele długo traktowany podejrzliwie, jest naturalnym etapem dojrzewania.
Bardzo poruszyło mnie pytanie, które zadał mi biskup Artur Ważny, kiedy rozmawialiśmy o przypowieści o synu marnotrawnym: dlaczego miłosierny ojciec dał powracającemu synowi sandały? Choć motywacją powrotu nie była skrucha tylko zwykły głód, ojcu to wystarczyło, by wybiec mu naprzeciw. „Dał synowi sandały – opowiadał mi biskup Artur – jakby chciał mu powiedzieć: w każdej chwili możesz znów odejść. Jesteś wolny”.
Do dziś rezonują we mnie te słowa. Czy mam takie serce? Lider Armii, Tomek Budzyński, którego przed laty zapytałem, co zrobi, jeśli jego dzieci odejdą od Kościoła, odpowiedział mi: „Robimy z żoną wszystko, by miały dokąd wrócić”. To jedyna odpowiedź, jaką mam. Czy pozwalam swoim dzieciom odejść i potrafię im powiedzieć, że zawsze mogą i mają gdzie wrócić? To dla mnie najważniejsze pytanie.
Skoro jednak musimy uznać, że nasze dzieci mogą wybrać własną drogę, to co właściwie jesteśmy w stanie im przekazać? Kiedy mówimy o wychowaniu w wierze, często mamy na myśli określone zasady moralne czy po prostu wiedzę o Bogu. Ale przecież to nie jest jeszcze osobista wiara, relacja z Bogiem, której sami doświadczamy.
– To dla mnie podstawowe rozróżnienie. Wiara jest relacją, a ja nie jestem w stanie przekazać nikomu swojej relacji z Bogiem. Przysłowie „Niedaleko pada jabłko od jabłoni” nie sprawdza się w rzeczywistości duszpasterstwa.
Mogę przekazać wiedzę i zasady, opowiedzieć o swym doświadczeniu, ale nie sprawię, by moje dziecko spotkało Boga tak samo jak ja. Ojciec Joachim Badeni powiedział mi kiedyś, że Bóg ma kilka miliardów dróg dotarcia do człowieka. To uwalniające. Rabini pisali, że Najwyższy przedstawiał się jako Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, bo do każdego przychodził inaczej.
Często chcielibyśmy zastosować metodę „kopiuj–wklej”: skoro Bóg przyszedł w taki sposób do ojca Pio czy siostry Faustyny, to może właśnie tak dotrze do naszych dzieci? Przypomina mi to Dawida, który przed walką z Goliatem dostał najlepszą zbroję w Izraelu, należącą do Saula, ale nie mógł w niej zrobić kroku. Była świetna, tylko nie była jego. My też próbujemy czasem wyposażać dzieci w cudze doświadczenie wiary.
O wiele łatwiej przekazuje się system zakazów. Znam rodziny, w których dzieciom nie pozwalano czytać Harry’ego Pottera czy chodzić na halloweenowe imprezy i rzeczywiście, dzieci tego przestrzegały. Tyle że gdy osiągnęły pełnoletniość, zaczęły omijać kościoły szerokim łukiem.
Jak pokazać dzieciom tę relację, kiedy sami nie mamy wszystkiego poukładanego? Wielu wierzących rodziców ma złożoną relację z Kościołem, przeżywa kryzys zaufania do instytucji, patrząc na grzechy ludzi mówiących w jej imieniu. Czy powinniśmy wychowywać dzieci również do wątpliwości, czy raczej pozostać dla nich niewzruszoną skałą?
– Przez lata słyszeliśmy raczej tę drugą narrację. W moim pokoleniu pewnych pytań się nie zadawało. Niedawno rozmawiałem z księdzem, który opowiedział mi, że na wykładach z homiletyki w seminarium uczono ich, iż ksiądz nie powinien wypowiadać dwóch zdań: „Nie wiem” i „Przepraszam”. Chodziło o to, by nie gorszyć maluczkich. Jak ktoś tak zaprogramowany ma opowiadać o Jezusie, który myje uczniom nogi?
Jednym z najważniejszych zdań w Biblii jest dla mnie wołanie ojca, który przyprowadził do Jezusa opętanego syna: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu”. To jest genialne! W jednym zdaniu mieści się „wierzę” i „nie wierzę”. Dlaczego mielibyśmy ukrywać to zmaganie przed dziećmi? Jeśli widzą, że ojciec również ma wątpliwości i słabości, ale jest w tym prawdziwy, może stać się dla nich bardziej wiarygodny. Młodzi mają dziś do wyboru ogromną liczbę propozycji, chrześcijaństwo jest dla nich jedną z opcji. Nie uznają czegoś wyłącznie dlatego, że powiedział to autorytet, dlatego szczerość rodzica może stać się podstawą rozmowy.
Ale czy ta szczerość nie ma swojej ceny? Jeśli pięcio-, ośmio- czy nastoletnie dziecko widzi, że nawet rodzic wątpi, to jak ma czuć się bezpiecznie? Wiara rodzica nie powinna być jak skała?
– A jeśli młody się o tę skałę rozbije? W lutym prowadziłem na rekolekcjach dla rodzin część dla nastolatków. Bałem się, że nie będę wiedział, jak do nich dotrzeć, więc z pomocą młodego małżeństwa przygotowaliśmy temat „Supermoce”. Chcieliśmy pokazać, że wrażliwość, delikatność, które bywają wyśmiewane przez ich rówieśników, są ich ogromnym zasobem. Po rekolekcjach zapytałem uczestników, jakie supermoce sami chcieliby mieć i sporo z nich odpowiedziało: „Moc znikania. Chcielibyśmy, żeby nas nie było”. To mną wstrząsnęło. Ich rodzice w tym czasie uczestniczyli w uwielbieniu, ciesząc się, że cała rodzina przyjechała na rekolekcje. Wczoraj rozmawiałem z psychiatrą z Podbeskidzia. Powiedziała mi, że ich szpital notuje na izbie przyjęć niemal sto interwencji psychiatrycznych miesięcznie. Nieplanowanych, nagłych. A mówimy jedynie o młodych!
To pokolenie jest tak niepewne wszystkiego, że kiedy spotka się ze skałą, może się o nią rozbić. Młodzi potrzebują wysłuchania. Powie Ci to każdy ksiądz prowadzący rekolekcje oazowe (od rana do wieczora siedzą i słuchają, bo każdy z młodych chce w kilku minutach opowiedzieć im całe swoje życie). Są ludzie, którzy drwią z takiego „pluszowego chrześcijaństwa”. Karmelita Mateusz Filipowski powiedział mi, że woli pluszowe chrześcijaństwo od betonowego. To samo powtórzyła niedawno Agnieszka Kozak. Kiedy kruchy człowiek zderza się z betonem, może się rozbić. Potrzebuje spotkać kogoś takiego jak Jezus, u którego nie ma przemocy. Który pyta: „Co chcesz, abym ci uczynił?”, mówi: „Jeśli kto chce pójść za Mną”. To język propozycji, nie przymusu.
Dykasteria Nauki Wiary w opublikowanych niedawno rozważaniach o przekazywaniu wiary zwraca uwagę, że powinniśmy więcej troski poświęcić katechizacji dorosłych. Dzieci przygotowują się do Komunii i bierzmowania, narzeczeni mają nauki przedmałżeńskie, a dorosłemu, który nie należy do wspólnoty, zostaje zwykle niedzielne kazanie. Nie odwróciliśmy porządku?
– Jezus błogosławił dzieci, a nauczał dorosłych, a my robimy na odwrót: błogosławimy dorosłych i nauczamy dzieci. Nie wypracowaliśmy powszechnej propozycji katechezy dla dorosłych. Są świetne inicjatywy, jak katechezy ks. Grzegorza Strzelczyka i wspólnoty prowadzące formację...
... ale korzystają z nich głównie ludzie już zaangażowani. A co z pozostałymi?
– W Zamościu zetknąłem się ze znakomitą inicjatywą. Tuż przed niedzielnymi mszami prowadzono krótkie katechezy przygotowywane przez ks. Piotra Spyrę. Ludzie i tak byli już w kościele, a mogli krok po kroku poznawać katechizm. Nie zerkali nerwowo na zegarek, nie wymagało to zapisania się do wspólnoty ani znalezienia czasu na kurs.
Wróćmy do wolności, o której mówiłeś wcześniej. Co zrobić, kiedy nastolatek oświadcza, że nie pójdzie już w niedzielę do kościoła? Wychowanie polega przecież także na stawianiu wymagań, a rodzicom łatwo mierzyć wiarę dziecka jego udziałem we mszy. Gdzie kończy się odpowiedzialność za wychowanie religijne, a zaczyna przymus, który może od wiary odpychać?
– Nie popadajmy w skrajności. Słyszę czasem skargi dorosłych, opowiadających że „rodzice zmuszali ich jako czterolatków do chodzenia do kościoła”, tak, jakby czterolatek mógł sam o sobie decydować. Gdyby wybierał swoje jedzenie, skończyłoby się na chipsach. Do pewnego momentu jest naturalne, że rodzina idzie razem na mszę. Ale przychodzi moment, gdy z nastolatkiem trzeba porozmawiać. Trzeba go wysłuchać. Matki, o których wspomniałem, nieraz wobec osiemnastolatków stosowały metody, które „działały” kilka lat wcześniej. Tyle, że wówczas hasło „idziemy do kościoła” brzmi jak „wynieś śmieci”. To już nie jest ten etap! Trzeba wyczuć moment, w którym zamiast wydawać polecenie, należy zapytać: „dlaczego nie chcesz?”.
Zbytnio spirytualizujemy rzeczywistość. Nie każda trudność ze skupieniem się na mszy oznacza problem duchowy. Młodzi są bombardowani bodźcami, oglądają filmy w przyspieszeniu, mają ogromne problemy z trzymaniem koncentracji, boją się długiego dystansu, długich zobowiązań. Pojadą na jednodniowe wydarzenie, ale dziesięciotygodniowy kurs czy regularny wolontariat to dla nich nie do przejścia. Nazywamy to kryzysem wiary, a wynika to przede wszystkim z tempa ich życia.
W Polsce jak mantra pyta się wierzących rodziców: „Czy twoje dzieci chodzą do kościoła?”, jakby to rozstrzygało o całym ich życiu duchowym. Nie o to, czy mają między sobą dobre relacje i czy chcą z nami spędzać czas...
W naszej narracji jest zbyt mało opowieści o świetle. Chrześcijaństwo nad Wisłą czy nad Wartą stało się grzechocentryczne, a nie chrystocentryczne. Nie znaczy to, że mamy bagatelizować grzech (gdyby był błahym zagadnieniem, Chrystus nie musiałby umierać na krzyżu) – ale centrum naszej wiary jest przesiąknięte paschalnym światłem zmartwychwstania.
Skoro nie możemy sprowadzać wiary do przestrzegania zasad i spełniania religijnych obowiązków, to może powinniśmy również zaakceptować, że nasze dzieci będą przeżywać ją inaczej niż my? Dykasteria przypomina również o wartości tradycyjnej pobożności ludowej. Czy jesteśmy gotowi pozwolić młodym szukać własnych dróg do Boga, także poza formami religijności, które sami znamy i cenimy?
– Ileż razy słyszałem od intelektualistów, że spotkanie z prostotą ludowej pobożności uczyło ich pokory! Ogromnym błędem ewangelizatorów jest wchodzenie w tę przestrzeń „z butami” i odgórne założenie: „modlicie się źle”.
Z drugiej strony jeden z proboszczów powiedział mi z uśmiechem: „Nasza parafia jest bardzo tradycyjna. To wiara, której nie da się wykorzenić, ale... nie da się jej też pogłębić”. Gdy biskup Edward Dajczak powiedział, że być może niedzielne nieszpory zastąpią wieczory uwielbienia, ludzie pytali: a co złego jest w niedzielnych nieszporach? Nic, odpowiedział biskup Edward: ale zmieni się jedynie forma. Przychodzi na nie garstka wiernych, a wieczory uwielbienia przyciągają tłumy.
Gdy Duch Święty zstąpił na apostołów, nie sprawił, że wszyscy śpiewali unisono po aramejsku, hebrajsku czy łacinie. Każdy mówił innym językiem. Bóg kocha różnorodność, której my w Kościele się obawiamy. Od lat powtarzam, że jestem wielkim fanem literki „i”. Jest mi bliższa niż nasze sformułowanie „albo-albo„.
Marcin Jakimowicz
Mąż i ojciec, dziennikarz, ewangelizator, autor książek. Ostatnio wydał, wraz z Mateuszem Filipowskim, książkę „Modlitwa zmęczonych Kościołem. O buncie, gniewie i zaufaniu”
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











