Nie jesteśmy u schyłku chrześcijaństwa

O pokoleniu odkrywającym utracone dziedzictwo wiary, nadziei francuskiego Kościoła i Europie zrodzonej z pragnienia pokoju – z Laurentem Landete, dyrektorem generalnym paryskiego Collège des Bernardins, rozmawia Michał Kłosowski.
Czyta się kilka minut
Gotycka nawa Collège des Bernardins w Paryżu, miejsca dialogu Kościoła ze współczesną kulturą i społeczeństwem | Fot. Fred de Noyelle/Getty Images
Gotycka nawa Collège des Bernardins w Paryżu, miejsca dialogu Kościoła ze współczesną kulturą i społeczeństwem | Fot. Fred de Noyelle/Getty Images

Spotykamy się w Collège des Bernardins, gdzie monastyczna przeszłość spotyka się ze współczesną debatą. Jaka jest dzisiaj misja Kolegium?

– Chcemy tworzyć przestrzeń spotkania Kościoła katolickiego ze współczesnym społeczeństwem, również z jego świecką częścią. Dyskutować można przecież wszędzie. Tym, co jednak wyróżnia bernardynów, jest zakorzenienie rozmowy w Ewangelii i teologii. Kiedy spotykamy człowieka spoza Kościoła, nie przychodzimy z gotowym zestawem odpowiedzi na każde pytanie, staramy się słuchać, przygotowując się wcześniej jednak do dialogu w świetle wiary. To ona pozwala nam rozpoznać, co możemy wnieść do wspólnego poszukiwania prawdy.

To wymaga otwarcia na ludzi, którzy nie podzielają katolickiego sposobu myślenia.

– Tak, ponieważ wielu ludzi dobrej woli odczuwa, że dotychczasowy język opisywania świata przestaje wystarczać. Rozmawiamy z politykami, lekarzami, prawnikami, dziennikarzami i ekonomistami, którzy szukają głębszego rozumienia rzeczywistości. Nie muszą podzielać naszej wiary, by rozpoznawać kryzys duchowy, ale także kryzys intelektualny, kryzys samego rozumu. Coraz trudniej odróżnić wiedzę od opinii, namysł od natychmiastowej reakcji.

Ma Pan na myśli Francję czy szersze doświadczenie współczesnego świata?

– Francja uczestniczy w doświadczeniu, które obejmuje Europę i cały świat. Wystarczy spojrzeć na przemiany stosunków międzynarodowych i sposób, w jaki o nich mówimy. Żyjemy w rytmie mediów społecznościowych, nieustannego przepływu wiadomości, presji błyskawicznej odpowiedzi. Tymczasem myśl potrzebuje czasu i spotkania z kimś, kto widzi rzeczywistość inaczej. Niewiele już pozostało miejsc, w których może naprawdę dojrzeć. Bernardyni mają być jednym z nich.

Kolegium Bernardynów to głęboko soborowa intuicja. Konstytucja Gaudium et spes przypomina, że radości i nadzieje, smutki i lęki ludzi współczesnych są również udziałem uczniów Chrystusa. Przyjmujemy więc pytania świata jako własne. Teologia i filozofia pomagają szukać odpowiedzi, lecz również one mogą się czegoś nauczyć od współczesności. Nie oznacza to kwestionowania tego, co trwałe w nauczaniu Kościoła: oznacza, że refleksja teologiczna żyje i się rozwija. Lubię powtarzać, że trzeba mieć jedną nogę mocno postawioną w nauczaniu Kościoła, drugą zaś w świecie, pośród ludzkich spraw. Dopiero tak zachowuje się równowagę.

Co chrześcijanie mogą zaproponować społeczeństwu, które coraz rzadziej oczekuje od nich odpowiedzi?

– Przede wszystkim nadzieję. Nie wystarczy opisać kryzysu ani przekonywać, że niegdyś było lepiej. Trzeba wskazać drogę wyjścia z kręgu rezygnacji i rozpaczy. Pięknie mówił o tym Jan Paweł II. Chrześcijaństwo ma do przekazania słowo, które otwiera przyszłość.

W tym kontekście za głęboko poruszające uznaję hasło pielgrzymki Leona XIV do Francji: „Aby świat miał życie”. Zestawiam je ze słowami wybranymi na papieską podróż do Hiszpanii: „Podnieście oczy”. Oba wezwania, nawiązujące do Ewangelii św. Jana, układają się dla mnie w jedno zdanie: podnieście oczy, aby świat miał życie. Najpierw trzeba bowiem odważyć się zobaczyć rzeczywistość, nie odwracać wzroku od przemocy, cierpienia i lęku, potem zaś szukać słów i dróg, które prowadzą ku życiu, nie ku śmierci. Nadzieja nie polega na ucieczce od świata, lecz na odpowiedzialnym spojrzeniu na niego.

We Francji przybywa dorosłych proszących o chrzest. Czego Leon XIV może nauczyć się od francuskiego Kościoła?

– Może odkrycia rzeczywistości, która zaskakuje także nas. Zasiadam w watykańskiej dykasterii zajmującej się świeckimi i rodziną, toteż podczas pobytów w Rzymie wciąż słyszę pytania o Francję: skąd tyle chrztów, skąd ponowne zainteresowanie praktykami religijnymi, a nawet pierwsze sygnały przyrostu powołań w seminariach? Moi rozmówcy próbują zrozumieć, co się wydarzyło. Sądzę, że nie ma jednej odpowiedzi. Myślę jednak, że nie doceniamy czterdziestu lat cierpliwej pracy świeckich katolików: kobiet i mężczyzn zakładających wspólnoty, angażujących się w diecezjach, wychowujących dzieci w wierze, głoszących Ewangelię również wtedy, gdy wydawało się, że nikt nie słucha. Nie chcę idealizować. Francuski Kościół zna zaniedbania, nadużycia i wydarzenia niezwykle bolesne, których nie wolno pomijać, równocześnie jednak była to historia cichej, często niedostrzeganej wierności. Przygotowywano grunt pod coś, co dziś zaczynamy obserwować.

Czy ożywienie wyrasta przede wszystkim z wiary przekazywanej w rodzinach, czy także migracje zapowiadają nową epokę francuskiego katolicyzmu?

– Nie sprowadzałbym go do jednego wyjaśnienia. Rodziny odegrały ogromną rolę, choć wierzący przez dziesięciolecia stanowili stosunkowo niewielką część społeczeństwa. Rodziny nie ograniczały się do pielęgnowania prywatnej tradycji: działały w ruchach kościelnych, parafiach i diecezjach. Przekazywały wiarę cierpliwie, często bez pewności, czy ich wysiłek przyniesie owoce. Ale istnieje również druga strona tego zjawiska. Wychowało się pokolenie, któremu nie przekazano niemal żadnego religijnego dziedzictwa. Ludzie ci dorastali w przekonaniu, że wiara należy do przeszłości, a równocześnie odkrywają w sobie pustkę, której nie umieją nazwać. Spotykają rówieśników, w których rodzinach przetrwało coś im nieznanego. Zaczynają pytać, skąd bierze się ich nadzieja, co nadaje sens ich życiu. Nowo ochrzczeni nie przybyli przecież z Księżyca ani z Marsa, ale wyrastają z francuskiego społeczeństwa i jego pytań.

Mówi Pan o pustce. Czy ktoś, kto sam nie wierzy, może żałować, że nie otrzymał wiary?

– Niedawno pewien młody człowiek powiedział mi: „Żałuję, że rodzice mnie nie ochrzcili”. Zapytałem dlaczego, skoro nie jest wierzący. Odpowiedział: „Bo nie przekazali mi dziedzictwa”. To zdanie we mnie pozostało. Wiary nie można oczywiście sprowadzić do kulturowego spadku, odziedziczyć jej jak domu czy rodzinnych pamiątek. A jednak człowiek może odczuwać brak czegoś, czego nigdy nie poznał. Dlatego spotkanie dwóch pokoleń jest tak istotne: jedni otrzymali żywą tradycję, drudzy pragną pojąć, co ona znaczy. Nie dotyczy to wyłącznie środowisk intelektualnych — wśród katechumenów spotykamy ludzi z najróżniejszych warstw społecznych, którzy szukają możliwości połączenia rozumu i wrażliwości, potrzeby sensu i doświadczenia wspólnoty. Kościół może pomóc im złączyć te wymiary.

Paryż, Lourdes i Metz — trzy etapy papieskiej pielgrzymki. I zobaczyliśmy inną Francję?

– Każde z tych miejsc pozwala wypowiedzieć coś innego. Paryż ma wymiar światowy, a słowa wygłoszone tutaj mogą dotrzeć daleko poza granice Francji; przesłanie o dużej sile intelektualnej, filozoficznej i teologicznej, podobne w swej głębi do tego, co papież mówił w Hiszpanii. Spotkanie w UNESCO miało szczególnie uniwersalny charakter. Samo zainteresowanie pielgrzymką także jest niezwykłe. Wiele wpływowych osób uczestniczyło w papieskiej mszy. Mówi się nawet o milionie ludzi w Paryżu. To pokazuje, że papieskiego głosu słucha się również poza Kościołem.

A Lourdes? Czy pozostaje sercem francuskiego katolicyzmu?

– Lourdes należy do miejsc, bez których trudno zrozumieć francuską religijność. Znają je nawet ludzie, którzy nigdy tam nie pielgrzymowali; słyszeli o cudach i chorych przybywających z nadzieją. Dzisiaj jego znaczenie staje się szczególne. Zarówno w stosunkach międzynarodowych, jak i w życiu społecznym odradza się pokusa podporządkowywania wszystkiego prawu silniejszego. Coraz łatwiej uwierzyć, że rację ma ten, kto dysponuje większą siłą. Lourdes przypomina więc o ludziach ubogich, słabych i bezbronnych. O tym, że siła powinna rodzić odpowiedzialność za tych, którzy nie mogą się obronić. Jedna pielgrzymka nie odmieni świata, nie należy być naiwnym, ale słowa wypowiedziane z takiego miejsca, przez kogoś, kogo słucha cały świat, mogą przynosić owoce długo po zakończeniu wizyty.

Metz jest z kolei miastem naznaczonym historią europejskiego pojednania. Dlaczego właśnie tam papież mówił o Europie?

– Europa nie narodziła się jako wielki rynek, wspólnota węgla i stali miała wymiar gospodarczy, lecz jej sens był głębszy: chodziło o zasoby, od których zależała także możliwość prowadzenia wojny. Postanowiono objąć je wspólną odpowiedzialnością, ponieważ narody, które wcześniej walczyły, zapragnęły budować pokój. Zanim pojawiły się wspólne reguły rynku, istniała wola pojednania. Bez pamięci o niej Europa ryzykuje, że pozostanie jedynie systemem przepisów i interesów. Są one potrzebne, ale nie uzasadnią wspólnej przyszłości. Metz przypomina o moralnym początku europejskiego projektu: nie chcemy się więcej wzajemnie niszczyć. Chcemy żyć razem.

Czy powoływanie się na chrześcijańskie korzenie Europy wystarczy, by ocalić jej tożsamość?

– Samo powtarzanie, że Europa jest chrześcijańska i przywiązana do określonych wartości, niewiele zmieni. Drzewo potrzebuje korzeni nie po to, by je podziwiano, lecz aby czerpało z nich życie i mogło owocować, podobnie jak europejska tradycja: jeśli chrześcijaństwo ma coś wnieść do przyszłości kontynentu, musi pozostać żywym źródłem, a nie tylko znakiem rozpoznawczym pewnej grupy. Dostrzegam jednak dwie pokusy. Instytucje europejskie mówią często niemal wyłącznie językiem rynku, gospodarki i regulacji, na co część chrześcijan odpowiada, zamykając się w obronie tożsamości. W pierwszym przypadku gubimy ducha, w drugim ryzykujemy zamianę wiary w granicę oddzielającą od innych. Powinniśmy wrócić do tego, co rzeczywiście pozwala żyć i przekazywać życie dalej. Tylko tak chrześcijańskie dziedzictwo może służyć Europie przyszłości.

W murach Kolegium Bernardynów, w zasadzie w miejscu gdzie rozmawiamy, Benedykt XVI mówił o mnichach i narodzinach europejskiej kultury. Czy Kolegium nadal żyje tamtym przesłaniem?

– Bardzo mocno. Papież przemawiał dokładnie tu, gdzie teraz siedzimy. Przypomniał mnichów żyjących u schyłku antyku, pośród zamętu i niepewności. Nie zaczęli od projektu odbudowy cywilizacji, ale poszukiwali tego, co ma wartość i trwa — szukali życia. A to poszukiwanie okazało się twórcze również dla kultury. Z tamtych słów płynie ważna myśl: chrześcijaństwo nie musi określać siebie przez odrzucenie świata. Nie chodzi o ucieczkę czy budowanie zamkniętej kontrkultury, ale o życie wiarą, która służy dobru wspólnemu. Praca intelektualna prowadzona po wizycie Benedykta XVI, podobnie jak wcześniejsza działalność kardynała Jeana-Marie Lustigera, należy do długiej historii przygotowywania gruntu. Dziś, przy okazji wizyty papieża Leona XIV, zaczynamy dostrzegać pierwsze owoce, lecz wierzę, że nadejdą następne.

Kardynał Lustiger patrzył na przyszłość chrześcijaństwa we Francji bez pesymizmu. Podziela Pan jego przekonanie?

– Powiedział kiedyś rzecz niezwykłą: „Jesteśmy na początku chrześcijaństwa”. Warto usłyszeć wagę tych słów. Przywykliśmy wyobrażać sobie Kościół we Francji jako wspólnotę, która zajmuje się już tylko własnym schyłkiem. Jakbyśmy stali przy łóżku umierającego, próbując uczynić spokojniejszymi jego ostatnie chwile. A ja sądzę, że znaleźliśmy się w zupełnie innym miejscu. Nie jesteśmy w sali, w której towarzyszy się komuś odchodzącemu, ale na sali porodowej. Coś się rodzi, a my dopiero zaczynamy rozpoznawać pierwsze oznaki nowego życia.


LAURENT LANDETE 

Były moderator Wspólnoty Emmanuel, konsultor Papieskiej Rady ds. Świeckich, a następnie członek Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Obecnie jest dyrektorem generalnym Collège des Bernardins

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 42/2026