Kiedy Leon XIV pojechał w marcu do Monako na jednodniową wizytę, łatwo było potraktować ją jako dyplomatyczny epizod: papież w niewielkim, zamożnym księstwie, na tle Morza Śródziemnego. Tymczasem właśnie tam padły słowa, które dobrze otwierają papieskie myślenie o Starym Kontynencie. Bogactwo, przekonywał Leon, powinno zostać oddane na służbę prawu i sprawiedliwości, zwłaszcza w epoce, w której demonstracja siły i logika dominacji znów zaczynają określać stosunki między ludźmi i państwami. Kilka miesięcy później, w Hiszpanii, Leon XIV powiedział rzecz jeszcze ważniejszą. Europa ma, jego zdaniem, szczególne powołanie do rozumienia złożoności. W Madrycie papież przestrzegał przed narracjami polaryzującymi i przed budowaniem politycznej popularności przez mnożenie lęków; wskazywał zarazem, że integracja europejska nie powinna być przedsięwzięciem wymierzonym przeciw innym potęgom, lecz wkładem w dobro całej rodziny ludzkiej.
Europa ducha
To zasadnicza różnica między Europą rozumianą jako konstrukcja gospodarcza a Europą rozumianą jako cywilizacja. Pierwsza potrzebuje rynku i regulacji, druga zaś przede wszystkim odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek, czym jest wolność, skąd bierze się zobowiązanie wobec słabszego i dlaczego pokój jest czymś więcej niż chwilową równowagą strachu. Leon XIV konsekwentnie przesuwa rozmowę w tę stronę. Nie odrzuca instytucji, prawa ani gospodarki, przeciwnie: przypomina, że bez antropologicznego i moralnego fundamentu stają się one techniką zarządzania przestrzenią, która coraz mniej wie, po co właściwie istnieje. Podczas kwietniowego spotkania z członkami Europejskiej Partii Ludowej mówił przecież, że europejski projekt od początku był czymś więcej niż pragmatycznym zabezpieczeniem przed następną wojną: zawierał również wizję wspólnego dziedzictwa ludzkiego, kulturowego i religijnego.
Najpełniej wybrzmiało to we Francji, zwłaszcza w Metz, w miejscu związanym z Robertem Schumanem. Leon XIV powiedział tam wprost, że Europę trzeba rozumieć najpierw jako rzeczywistość kulturową i historyczną, a dopiero później geograficzną. Jej tożsamość nie jest prostą sumą granic, PKB, traktatów i procedur. Powstawała przez stulecia, w kolejnych kryzysach, syntezach i odrodzeniach. Papież wskazał na św. Benedykta, na monastyczne źródła europejskiej edukacji, opieki nad chorymi, nauki i sztuki, a następnie na Schumana i De Gasperiego, dla których chrześcijaństwo nie było prywatnym dodatkiem do polityki, ale językiem pozwalającym mówić o godności osoby, braterstwie, odpowiedzialności i prawie. Nie chodzi przy tym o próbę odtworzenia Europy wyznaniowej. Leon bardzo wyraźnie odróżnia uznanie chrześcijańskiego długu europejskiej kultury od projektu konfesyjnego państwa. Otwarcie na transcendencję przedstawia jako jeden z konstytutywnych wymiarów osoby i źródło cywilizacji, a świeckość nie jako program usuwania religii z życia publicznego, lecz jako ramę współpracy przy zachowaniu autonomii obu porządków. W Paryżu mówił podobnie: właściwie pojęta laickość nie potrzebuje religii wyciszać, lecz może potraktować ją jako zasób służący dobru wspólnemu.
Powrót Benedykta
Leon nie proponuje jednak nostalgii. Jego Europa nie ma wracać do któregoś ze swoich dawnych kształtów, lecz odzyskać zdolność pamiętania. Nostalgia idealizuje przeszłość; pamięć pozwala wydobyć kryteria oceny teraźniejszości. Dlatego papież tak często wraca do Schumana, Adenauera i De Gasperiego. Europejscy ojcowie założyciele rozumieli politykę jako pracę wykonywaną pod presją pamięci o katastrofie. Europejska współpraca miała sprawić, aby kolejny konflikt nie był tylko moralnie niedopuszczalny, lecz coraz trudniejszy do wyobrażenia i przeprowadzenia. W tym sensie wspólnota interesów gospodarczych była narzędziem większego przedsięwzięcia: pojednania. To prowadzi Leona XIV do jednego z najbardziej wyrazistych punktów jego europejskiej diagnozy: pokoju. W Madrycie mówił parlamentarzystom, że broń może wymusić ciszę, ale nie zbuduje trwałego pokoju; w Metz ostrzegał przed złudzeniem, że odpowiedzią na kryzys bezpieczeństwa może być wyłącznie ponowne zbrojenie, przypominając dalej wagę prawa międzynarodowego, dyplomacji i multilateralizmu. Nie przedstawia przy tym pokoju jako bezczynności czy prostego ignorowania zagrożeń. W jego ujęciu wymaga on „twórczych wysiłków”, zdolności negocjowania, respektowania zawartych umów oraz utrzymywania instytucji, które pozwalają interesy państw uzgadniać inaczej niż za pomocą przewagi siły.
Jest w tym zresztą coś bardzo europejskiego w dawnym znaczeniu tego słowa: przekonanie, że polityka zaczyna się tam, gdzie przeciwnik nie musi jeszcze stać się wrogiem. W Metz Leon mówił o prawie międzynarodowym i multilateralizmie jako o antidotum na pragnienie dominacji. Europa ma – według niego – szczególne doświadczenie uczenia się, że sprzeczne interesy można przedstawiać, negocjować i uzgadniać. Podobny schemat widać w papieskim myśleniu o migracji. Na Wyspach Kanaryjskich Leon domagał się bezpiecznych i legalnych dróg, ratowania ludzi, walki z handlarzami, ochrony ofiar oraz rzeczywistych procesów przyjmowania i integracji. W Metz dopowiedział jednak coś jeszcze: przyjąć człowieka nie oznacza tylko wpuścić go na terytorium, ale włączyć do wspólnoty i pozwolić mu poznać „ducha domu”. Europa ma zatem jednocześnie strzec godności przybysza i posiadać własną treść, do której można kogoś zaprosić. Bez pierwszego zamienia się w twierdzę, bez drugiego – w poczekalnię.
Dom człowieczeństwa
Francuski etap tej opowieści dopełnił jeszcze jeden wątek. W Pałacu Elizejskim i w UNESCO papież mówił o kulturze, nauce i technologii jako dziedzinach, które potrzebują celu. W Paryżu przywołał nawet Bernanosa i jego ostrzeżenie przed „rajem maszyn”, przekonując, że rozwój sztucznej inteligencji wymaga ponownego umieszczenia osoby w centrum namysłu, w UNESCO powrócił do klasycznej intuicji powojennego ładu: nauka, edukacja i kultura mają służyć pokojowi, prawu i godności człowieka.
Można więc z kolejnych wystąpień ułożyć dość spójną mapę. Leon XIV nie proponuje „więcej Europy” ani „mniej Europy” w sensie partyjnego sloganu. Pyta raczej, jaka Europa? Czy będzie jedynie sprawnym mechanizmem wymiany, ochrony interesów i zarządzania ryzykiem, czy pozostanie zdolna wytwarzać znaczenia, wychowywać do odpowiedzialności, ustanawiać prawo zakorzenione w godności osoby i budować pokój inaczej niż przez samą logikę odstraszania. Nie jest to spór, który można łatwo sprowadzić do podziału na federalistów i zwolenników państw narodowych, prawicę i lewicę, Północ i Południe. Papieskie pytanie biegnie głębiej: czy Europa nadal uważa siebie za cywilizację, czy już tylko za dobrze zorganizowaną przestrzeń?
Europa według Leona jest więc projektem ducha nie dlatego, że papież lekceważy gospodarkę, bezpieczeństwo czy instytucje, ale dlatego, że wszystkie one potrzebują miary większej od siebie. Tą miarą jest człowiek: wolny, odpowiedzialny, zakorzeniony w historii, otwarty na transcendencję, zdolny do solidarności z obcym i zobowiązany wobec przyszłych pokoleń. Dopóki kontynent potrafi o takim człowieku mówić, jego problemy pozostają problemami politycznymi, społecznymi i gospodarczymi, a więc takimi, nad którymi można pracować. Gdyby jednak utracił sam język pozwalający zapytać o prawdę, dobro, godność i odpowiedzialność, kryzys Europy przestałby być kryzysem kolejnego traktatu, budżetu czy instytucji, a stałby się kryzysem pewnej cywilizacji.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











