Dwa dni po operacji, podczas której usunięto mu dolny płat prawego płuca, Leon XIV sam przestawiał krzesła w szpitalnej kaplicy. Kiedy personel próbował go wyręczyć, odpowiedział, że skoro może coś zrobić, to zrobi to sam. Scenę opowiedział prof. Stefano Margaritora, chirurg kierujący zespołem, który 13 października operował papieża w rzymskiej klinice Gemelli. Ta anegdota mówi jednak więcej niż opowieści o pracowitości augustianina, będąc metaforą papieskiego spojrzenia na świat, samego siebie i swoją posługę.
Młody papież w szpitalu
Jeszcze niedawno Robert Francis Prevost uchodził za zaprzeczenie starzejącego się papiestwa. Szczupły, grający w tenisa i pływający w Castel Gandolfo, łączył amerykańską dyscyplinę z doświadczeniem peruwiańskich misji. Kiedy 8 maja 2025 roku został wybrany, miał 69 lat, o siedem mniej niż Franciszek w chwili wyboru i o dziewięć mniej niż Benedykt XVI. Po cierpieniu Jana Pawła II, rezygnacji Benedykta i chorobach Franciszka spodziewano się pontyfikatu długiego i zdolnego nadać Kurii przewidywalny rytm. Rak płuca nie unieważnia oczywiście tych oczekiwań, ale przypomina, jak wiele z nich opierało się na złudzeniu, że zdrowie można wpisać w program zarządzania Kościołem. Tymczasem 11 października po modlitwie Anioł Pański papież sam poinformował wiernych o niewielkim guzku wykrytym w płucu podczas badań i zapowiedział swoją operację. Nie pozwolił, by wiadomość krążyła po Rzymie w postaci domysłów i plotek. Dwa dni później lekarze usunęli dolny płat prawego płuca metodą wspomaganą obrazem wideo, zabieg trwał około półtorej godziny, przebiegł bez powikłań, a badanie śródoperacyjne potwierdziło gruczolakoraka – jeden z najczęstszych typów raka płuc. 17 października Leon opuścił szpital, nazajutrz pokazał się w oknie Pałacu Apostolskiego, a 21 października znów przejechał papamobile przez plac św. Piotra i poprowadził audiencję promiennie się uśmiechając, mówił także wyraźnie.
Nowy sposób komunikacji o stanie zdrowia papieża
Wiele mówi sposób odkrycia choroby. Jak wyjaśnił prof. Margaritora, zmianę zauważono przypadkowo podczas rutynowych badań jamy brzusznej: na obrazie znalazł się również fragment dolnej części płuca. Gdyby guzek leżał nieco wyżej, mógłby pozostać niewidoczny, papież nie odczuwał dolegliwości oddechowych. Przypadkowa geometria obrazu medycznego przypomina, że wysportowana sylwetka nie daje gwarancji zdrowia. Wczesne wykrycie umożliwiło szybką interwencję, ale nie kończy historii. Nie podano jeszcze pełnej oceny zaawansowania nowotworu ani wyników badań węzłów chłonnych, od których zależeć mogą dalsze decyzje terapeutyczne. Pomyślna rekonwalescencja po operacji i długoterminowe rokowanie to przecież dwie różne sprawy.
Trudno nie wspomnieć tu św. Jana Pawła II, który coraz słabiej mówił, poruszał się z trudnością, a ostatecznie pozostawał przed kamerami niemal bez głosu. Jego cierpienie było świadectwem, lecz budziło pytania o dostęp do papieża i odpowiedzialność ludzi działających w jego imieniu i otoczeniu. Benedykt XVI, uznawszy, że brak mu sił, wyciągnął z ograniczeń wieku wniosek instytucjonalny: ustąpił. Franciszek niemal do końca próbował negocjować z własną słabością kolejną podróż, spotkanie, dzień pracy.
Leon wybrał inną drogę. W komunikowaniu jego stanu zdrowia pojawiła się rozpoznawalna granica między medycyną a polityką informacyjną: krótkie biuletyny podpisywali osobisty lekarz papieża Luigi Carbone i operujący go Stefano Margaritora, nie tylko watykański rzecznik. Associated Press zwróciła uwagę, jak bardzo odbiega to od czasów, kiedy nawet najbardziej niepokojące informacje o zdrowiu Jana Pawła II przykrywano budującymi opisami śniadania czy samopoczucia. Nie każdy szczegół historii choroby jest dobrem publicznym, ważna jest jednak zasada: o medycynie powinni mówić lekarze, o decyzjach dotyczących pontyfikatu sam papież i odpowiedzialne za nie osoby, a wierni powinni wiedzieć, czego rzeczywiście jeszcze nie wiadomo.
Kto rządzi, kiedy papież jest w szpitalu?
To sprawdzian stylu władzy. Były przełożony augustianów i prefekt Dykasterii ds. Biskupów zna Kościół od strony peruwiańskich wspólnot i rzymskiej administracji. Jego pontyfikat od początku bywa opisywany jako bardziej kolegialny, uporządkowany i nastawiony na korzystanie z kompetencji innych. Teraz pojawia się pytanie: czy człowiek posiadający najwyższy autorytet w Kościele potrafi uznać, że w określonej sprawie decyzja należy do specjalisty? Papieski chirurg nazwał Leona pacjentem idealnym, bo stosował się do zaleceń i współpracował podczas rehabilitacji. W Rzymie nie jest to banał, potwierdzą to ci, którzy znają włoski temperament. Sam papież podczas niedzielnego spotkania z wiernymi powiedział, że pobyt w szpitalu pozwolił mu w szczególny sposób poczuć bliskość osób żyjących z chorobą i niesprawnością. Kilka tygodni wcześniej, podczas wrześniowej wizyty w Lourdes, spotykał chorych i uczestniczył w modlitwach pielgrzymów przybywających do groty Massabielle. Nie wiemy, co podczas pielgrzymki wiedział o swojej diagnozie; dopisywanie do niej opowieści o przeczuciu byłoby nadużyciem. Znacznie ważniejsze jest coś innego: misjonarz przyzwyczajony do towarzyszenia słabym sam znalazł się po drugiej stronie szpitalnego łóżka. Chrześcijaństwo nie wymaga od niego, aby chorobę upiększał ani przedstawiał jako zaplanowaną lekcję daną światu przez Opatrzność. Nie da się jednak uciec od pytania, czy niespodziewana choroba nie ograniczy reformatorskich zamiarów Leona XIV. Warto przypomnieć sobie, co działo się nieraz w Watykanie, gdy kolejni papieże słabli. Pytanie to wykracza poza medycynę. Zdrowie papieża jest sprawą osobistą, ale skutki jego niedyspozycji bywają instytucjonalne: odwołane audiencje, odsunięte decyzje, rosnąca rola współpracowników, pokusa tworzenia nieformalnych ośrodków wpływu wokół człowieka, do którego dostęp staje się coraz trudniejszy. Słabość pasterza może zwiększać znaczenie tych, którzy kontrolują dokumenty i dostęp do jego apartamentu. Dlatego pytanie o zdrowie Leona jest także pytaniem o odporność instytucji na sytuację, w której papież musi zwolnić. Pierwszym oczywiście tego sprawdzianem będzie zaplanowana na 6–17 listopada podróż do Urugwaju, Argentyny i Peru. Chirurg nie widział, według stanu z połowy października, medycznych przeszkód uniemożliwiających wyjazd; kard. Pietro Parolin dopuszczał jednak potrzebę zmiany tempa zajęć, choć zdaje się, że kiedy jego słowa dotarły do samego papieża, nie wzbudziły wielkiej sympatii. Nie ma jednak w tej ostrożności sprzeczności, jest zdrowy rozsądek. Zdolność do odbycia lotu i uczestniczenia w uroczystościach nie przesądza jeszcze o tym, czy kilkunastodniowy program z wieloma przemieszczeniami służy rekonwalescencji. Papiestwo przyzwyczaiło świat do kalendarzy na miarę człowieka o niewyczerpanych siłach. Być może więc potrzebuje teraz umiejętności odwoływania spotkań równie dojrzałej, jak sztuka ich organizowania?
Pozwolić sobie na troskę
W środowy poranek 21 października pośród pielgrzymów stojących na mokrym od deszczu placu Leon mówił o rodzinie, odwołując się do soborowej konstytucji Gaudium et spes. Podziękował za modlitwę, ale nie zamienił katechezy w sprawozdanie z leczenia. W tym geście widać proporcję: choroba nie musi pochłonąć całej tożsamości chorego. Kościół potrzebuje papieża zdolnego do podejmowania decyzji, a nie bohatera zmuszonego bezustannie dowodzić, że nic mu nie dolega; potrzebuje też prawdy o ludzkiej kondycji, w której siła nie polega na zaprzeczaniu ograniczeniom. Robert Prevost stał się Leonem XIV, lecz nie przestał być człowiekiem powierzonym opiece innych i być może właśnie z tego prostego faktu wypływa najważniejsza lekcja tego października: nawet ten, kto błogosławi światu, musi czasem pozwolić, aby ktoś inny zatroszczył się o niego.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











